Jakub Socha

Rachunek zysków i strat

Gorączka złota
/fwm/article/Rachunek+zysk%C3%B3w+i+strat-139852
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Potrzeba+drzemki-120419
GORĄCZKA ZŁOTA

Potrzeba drzemki

Podziel się

Drzemki Wajdy na planie to była przemyślana strategia, gest jak najbardziej kontrolowany. Oznaka wielkości i sposób bycia.





Kiedy Andrzej Wajda wszedł powoli na scenę Teatru Muzycznego w Gdyni, tuż przed premierowym pokazem jego "Powidoków", cała sala wstała z miejsc, bijąc brawo jubilatowi, który kończył właśnie 90 lat. Chwilę później pojawiła się na niej grupa aktorów z jego filmów. Autor "Dyrygenta" usiadł na przygotowanym dla niego tronie, pierwszy zaczął Andrzej Seweryn i zaczął od cytatu z św. Augustyna. Bożena Dykiel całe szczęście zeszła trzy piętra niżej i przypomniała historię z pracy przy "Weselu": mimo wielkiego rozgardiaszu na planie Wajda, jak gdyby nigdy nic, przyciął komara. Kto pamięta dokument z realizacji "Katynia", nakręcony przez Macieja Cuske, Piotra Stasika, Marcina Sautera i Thierry'ego Paladino, pamięta też pewnie te sceny, w których kamera podpatruje mistrza przysypiającego w foteliku. Kto nie znał Wajdy osobiście albo kto chociaż nie czytał książki Bartosza Michalaka "Wajda. Kronika wypadków filmowych", która niedawno pojawiła się w księgarniach, mógłby wspominane przez Dykiel i zarejestrowane przez obiektyw drzemki zrozumieć opacznie, jako wyraz słabości, lenistwa, świadectwo braku kontroli nad wydarzeniami na planie. Otóż nic bardziej błędnego; była to przemyślana strategia, gest jak najbardziej kontrolowany. Oznaka wielkości i sposób bycia.



W książce Michalaka, składającej się z wypowiedzi tych, którzy pracowali przez lata z Wajdą, można śledzić wątek drzemek i spojrzeć na nie z właściwej strony, chociażby tak, jak Bogusław Kierc, aktor, który zagrał u reżysera w "Popiołach": "Wajda zachwycił mnie swoją nieprawdopodobną witalnością, zdolnością do regeneracji. On potrafił siąść na planie pod byle płotem, zasnąć na minutę i ocknąć się w pełni zregenerowany". Najpełniejszą pochwałę krótkiego snu w ciągu dnia wygłasza jednak Daniel Olbrychski, wspominając prace na planie filmu "Piłat i inni": "W pewnej chwili obaj z Wajdą usiedliśmy na swoich fotelach i zasnęliśmy na dziesięć minut. Obaj mamy umiejętność błyskawicznego zasypiania. Nauczyłem się jej w czasie treningów w judo, a Andrzej nie wiem gdzie. Taki krótkotrwały sen daje czasem znakomite odświeżenie umysłu. Napięcie w mięśniach pozostaje takie samo  jak przed snem, ale dodatkowo zyskuje się nową porcję energii. Po 10 minutach obudziłem się i mówię: Kręcimy. Wajda ustawił kamerę, szeroki obiektyw, a ja – improwizując – zagrałem wszystko od początku do końca". Ciekawe, czy dzisiaj jeszcze zdarzają się na planach takie cuda? Ciekawe, czy Wajda też trenował judo.


Książka Michalaka jest opowieścią o nieustającej improwizacji, duchu przygody, nieprzerwanej gorączce. Widzimy Wajdę, który wchodzi na plan bez gotowego scenariusza, który pierwszego dnia zdjęć wyrzuca gotowy scenariusz do kosza, który każe swoim asystentom dopisywać brakujące sceny po nocach, który w taksówce wiozącej go z aktorami na plan kombinuje, co za chwilę będą robić.
Jakub Socha


W "Wajdzie. Kronice wypadków filmowych" kolejni rozmówcy Michalaka opowiadają na różne sposoby o słynnej metodzie pracy Andrzeja Wajdy, któremu zdarzało się często wpadać na plan i mówić: "Nic nie wiem. Nie wiem ani co kręcić, ani jak kręcić. A poza tym pogoda jest brzydka". Małgorzata Braunek przestrzega jednak przed traktowaniem tych słów całkiem dosłownie. Wajda dobrze wiedział, wiedział też bardzo dobrze, że gdy tylko rzuci taką uwagę, zaraz wszyscy się zbiegną, od kaskadera aż po dźwiękowca, i zaczną podsuwać mu swoje pomysły. On ich wysłucha i wybierze najlepszy dla siebie. Czy czuł się źle z taką metodą pracy? Chyba nie, skoro zwykł mawiać:  "Nieważne, kto rzuci pomysł, ważne, kto powiedział: Kamera". Ciekawe jest to, że ci, którzy je rzucali, potem nigdy nie mieli pretensji. Nikt, nawet Kazimierz Kutz, nie mówi, że bez jego inwencji by tego lub tamtego filmu nie było, że to on tak naprawdę jest jego autorem. To, dlaczego nie ma w książce śladów żali i resentymentów, chyba najlepiej wyjaśnił Andrzej Żuławski: "Można robić film z Wajdą, nie czując sympatii do jego zamierzeń, nie zgadzając się z tym czy z tamtym, a przecież wczuwając się w kierunek jego myśli i poszukując dla niej najlepszego spełnienia. Wajda posługuje się ludźmi, wprawia ich w stan nerwowego podniecenia w pracy, wynagradza ich uwagą, zmusza do wyciśnięcia z siebie tego, co najlepsze. Wajda improwizuje stale. Jest to jego metoda pracy, jego sposób, kiedy fantazja i wrażliwość działają najsprawniej w kontakcie z tym, co żywe".



Książka Michalaka jest opowieścią o nieustającej improwizacji, duchu przygody, nieprzerwanej gorączce. Widzimy Wajdę, który wchodzi na plan bez gotowego scenariusza, który pierwszego dnia zdjęć wyrzuca gotowy scenariusz do kosza, który każe swoim asystentom dopisywać brakujące sceny po nocach, który w taksówce wiozącej go z aktorami na plan kombinuje, co za chwilę będą robić. Wajdę, który oddaje kawałek swojego filmu drugiemu reżyserowi, który schodzi z planu, bo musi jechać do Warszawy, żeby coś załatwić, który bierze między ujęciami album architektoniczny leżący na biurku i zapomina o całym świecie, albo postanawia wziąć farbę i przemalować drzwi mieszkania jednego ze swoich bohaterów. Wajda w "Wajdzie. Kronice wypadków filmowych", na pytanie jednej aktorki, jak coś zagrać, wypala:  "Graj prosto i do przodu"; drugiej, która prosi go, żeby spełnił jej marzenie i pozwolił wystąpić aktorce w piegach, odpowiada: "A to sobie zrób". Mimo tego wszystkiego, a może właśnie dlatego tak dużo mu się w kinie udało. 

Agnieszka Holland powiedziała Michalakowi: "Andrzej nie lubił nigdy rzeczywistości, zaczynała go podniecać, kiedy już została przetworzona". Myślę, że właśnie dlatego ta książka by mu się tak spodobała. Jest to właśnie życie przetworzone, ujęte w ciąg anegdot, podkręcone, tak jak każda dobra anegdota. Wajda zresztą sam je uwielbiał, co więcej, umiał je opowiadać, kto nie wierzy, niech znajdzie na Youtubie nagranie, w którym reżyser, popalając cygaro we francuskiej restauracji, wspomina pierwsze spotkanie Romana Polańskiego z Adolfem Dymszą. A potem niech sięgnie po książkę, gdzie są na przykład takie perełki, jak ta, której autorem jest Kazimierz Kutz: "Zachowywaliśmy się jak chłopcy, którzy robią psoty. Ford, stary wyga, zorientował się, że coś kombinujemy i kazał Andrzejowi niektóre sceny przekręcać bądź wręcz wyrzucać. Wszystko to odbywało się na wysokim poziomie salonowym: Panie Andrzeju i Panie Aleksandrze. Wajda zachowywał się fantastycznie. Ani nie przekręcał scen, ani materiału nie wyrzucał, tylko chował. Kiedy "Pokolenie" zostało zmontowane, Ford zobaczył, że został nabrany. Nastąpił wówczas moment, który mówi o Fordzie wszystko. Powiedział: Andrzejku, lepiej nie można było. I zniszczył dwie najlepsze sceny".
25