Klara Cykorz

Gdynia 2018: U stóp Kamiennej Góry

Hotspot
/fwm/article/Gdynia+2018%3A+U+st%C3%B3p+Kamiennej+G%C3%B3ry-130041
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Rozmawiamy+o+%22Ozark%22+z+Jasonem+Batemanem+i+Laur%C4%85+Linney-129755

Rozmawiamy o "Ozark" z Jasonem Batemanem i Laurą Linney

WYWIADPodziel się

Jason i Laura opowiedzieli nam nie tylko o nadchodzących odcinkach, ale i tym, co nadaje "Ozarkowi" indywidualny charakter.

Z Jasonem Batemanem i Laurą Linney mieliśmy okazję porozmawiać przed paroma miesiącami – na długo zanim dotarły do nas upały – na planie serialu "Ozark", którego drugi sezon można oglądać na Netfliksie od 31 sierpnia. Jason – producent i odtwórca głównej roli – i Laura opowiedzieli nam nie tylko o nadchodzących odcinkach, ale i tym, co nadaje "Ozarkowi" indywidualny charakter.

***

Jason Bateman: Wybacz, że zostanę w kurtce, ale zima naprawdę daje się nam tu we znaki.

Bartek Czartoryski. U nas jest znacznie gorzej.

Laura Linney: Poważnie?

Mówimy o Polsce, mamy zimę przez pół roku.

LL: Brr...

Przed chwilą przyglądałem się, jak nagrywacie jedną ze scen i choć to, co powiem, może wydawać się niesamowicie oklepane, wydaje się, że jest między wami spora aktorska chemia.

PB: Cóż mogę powiedzieć: kocham Laurę!

LL: Chyba zawsze, kiedy decydujesz się dołączyć do projektu, który będzie się ciągnął przez dłuższy czas, praktycznie modlisz się o podobne relacje z partnerem z planu. Świetnie się dogadujemy, co jest bezcenne, bo spędzamy razem całe dnie, często pracujemy pod presją, dlatego przynosi nam ulgę sama świadomość, że jest przy tobie ktoś, kto będzie twoim oparciem.

JB: Nie inaczej, bo to przecież nie działa tak, że można podpisać kontrakt i w każdej chwili sobie pójść. Trafisz na kogoś, kogo nie lubisz i trudno, musicie razem pracować. Na szczęście mamy profesjonalną i sympatyczną ekipę, wszyscy jesteśmy cywilizowanymi ludźmi.

Marty i Wendy mają całe mnóstwo rzeczy na głowie i zastanawiam się, co stanowi dla nich zarazem priorytet, jak i trudniejsze wyzwanie: zmagania z mafią czy pielęgnowanie nadwątlonych relacji rodzinnych?

JB: Przede wszystkim muszą się skoncentrować na tym, aby przeżyć. Bo jeśli ich pozabijają, to nie będzie żadnej rodziny, którą można by było naprawić! Czyli, przede wszystkim, muszą utrzymać się przy życiu, dopiero wtedy da się myśleć o całej reszcie. Oczywiście nie oznacza to, że wszystko przyjdzie samo. Trzeba zadbać o dzieciaki, poświęcić uwagę małżeństwu... Rzecz jasna każdy związek wymaga uwagi, lecz Marty i Wendy nie mają praktycznie ani chwili, aby się sobą zająć, a każdy najmniejszy nawet problem może wszystko, że tak powiem, wykoleić.

Czy w drugim sezonie również będziecie dopowiadać fabułę retrospektywami?


JB: Chyba niezbyt często, co?

LL: Nie naszymi... Ale za to opowiemy o innych postaciach. Zobaczysz, jak wyglądały początki ich znajomości.

Do obsady dołączyła Janet McTeer. Możecie powiedzieć, kogo zagra?


JB: Janet jest kolejnym wysłannikiem kartelu. To wątek, którego nie możemy zaniedbać i trzeba cały czas oliwić kółka, żeby się kręcił. Aktorka tej klasy co Janet, przydaje całemu przedsięwzięciu powagi. Poza tym jest niesamowita. Mieliśmy szczęście, że zgodziła się z nami zagrać, bo wymagało to od niej ciągłego latania z Maine w tę i we w tę.

To, czego doświadczyliśmy, nas wzmocniło, nabraliśmy dzięki temu sił, aby skierować małżeństwo na inne tory.
Laura Linney
Wendy i Marty są zdecydowanie bliżej siebie, niż byli na początku pierwszego sezonu.

LL: Podoba mi się, jak Wendy się rozwija, staje się coraz bardziej samodzielna, niezależna od męża. Śmielsza. Myślę, że w wyniku ogromnego stresu, traumatycznego przeżycia, tego, co przeszli razem, zaczęła postrzegać swój związek z Martym z zupełnie innej perspektywy.

JB: Można by rzec, że to, czego doświadczyliśmy, nas wzmocniło, nabraliśmy dzięki temu sił, aby skierować małżeństwo na inne tory.

LL: Sporo się o sobie nauczyli. Bo w sytuacji kryzysowej dowiadujesz się o bliskim człowieku nowych rzeczy. Ujawnili się przed sobą. Odkryli karty. Znają się lepiej niż na początku.

Jason, wyreżyserowałeś dwa pierwsze odcinki, ale poprzednio zrobiłeś aż cztery. Reżyseria przestała cię cieszyć?

JB: Nie, nie o to chodzi. Po prostu w zeszłym roku spędziłem tak mało czasu z moją żoną i dziećmi, tymi prawdziwymi, że tym razem chciałem posiedzieć z nimi nieco dłużej przed kolejnym zleceniem. Ale ciągle pracowałem blisko z reżyserami. Realizacja "Ozark" przypomina trochę precyzyjną operację chirurgiczną, bo wszyscy musimy przestawić się na ten sam tryb, żeby niezależnie od tego, kto stoi za kamerą, uzyskać podobną atmosferę. Chciałbym coś nakręcić, lecz nie dałem rady. Może za rok? Zobaczymy, jak się dzieciakom poukłada plan lekcji.

Mówisz o atmosferze i muszę przyznać, że podoba mi się odejście od popkulturowego stereotypu portretowania ludzi z małych, górskich miejscowości jako niedouczonych obwiesi.

JB: Musimy podziękować za to Chrisowi Mundy'emu, czuwającemu nad scenarzystami, któremu udało się podobnej pułapki uniknąć. Zresztą i aktorzy nie ciążą ku rzeczonemu stereotypowi, który mógłby faktycznie kusić mniej doświadczoną obsadę. Cieszę się, że te starania nie pozostają niezauważone, spotykamy się z przychylnymi recenzjami, co z kolei cieszy nasze szefostwo.

Pokazujecie wykoślawioną wersję amerykańskiego snu, który staje się koszmarem.

LL: Bo jest wynikiem błędnych decyzji. Łatwo jest pójść niewłaściwą ścieżką, która wydaje nam się szersza i wygodniejsza. Marty tylko pozornie zdawał sobie sprawę z konsekwencji swojej decyzji. Dopiero teraz udaje się i jemu, i Wendy poznać siebie bliżej, kiedy mleko się rozlało.

JB: Nie są tak moralnie czyści, jak im się wydaje. Idą na skróty i tłumaczą sobie, że cel uświęca środki, bo przecież chcą jedynie pomóc swoim bliskim. Swoboda, jaką się w dzisiejszych czasach cieszymy, daje nam mnóstwo możliwości i niekiedy ich nadużywany. Próbujemy nagiąć zasady dla swojej korzyści i myślę, że ten koncept, towarzyszący nam od samego początku, pozwoli ludziom zastanowić się nad ich własnymi wyborami.

LL: "Ozark" traktuje o rodzinie, o chciwości, o Ameryce. O tym, kim myślisz, że jesteś i kim faktycznie jesteś.

JB: I kim chciałbyś być.

LL: Zastanawiamy się nad pytaniem, co jest autentyczne, a co nie.

Jason, grasz księgowego, nauczyłeś się przez ten czas czegoś o finansach?

JB: Nie bardzo, nadal rozumiem tylko podstawowe rzeczy. Chyba bym się za bardzo stresował, gdybym miał do czynienia z tak skomplikowanymi operacjami. Może Chris Mundy potrafi ogarnąć to wszystko, o czym mówi Marty... U nas to moja żona jest tą mądrą, która zajmuje się rachunkami.


Pewna rzecz nas z "Breaking Bad" łączy, a mianowicie pytanie, czy cel uświęca środki.
Jason Bateman
Jako że punktem wyjścia dla całej intrygi "Ozark" jest przerzucenie Marty'ego, Wendy i ich dzieci do całkowicie nowego środowiska, gdzie są jak ryby wyjęte z wody, nie uniknęliście porównań z "Breaking Bad". Macie już ich dość?

LL: Nie, ja nie! Tym przyjemniejszy jest powrót na plan. Pamiętajmy, że "Breaking Bad" było z kolei porównywane z "Trawką". I im to nie przeszkadzało. Każdy serial z czasem wyrabia indywidualną osobowość, poza tym "Breaking Badbyło świetne pod każdym względem i to dla nas nic innego jak komplement. Ale upieram się, że "Ozark" to zupełnie inny serial. Z początku można było zbudować takie skojarzenia, lecz teraz? Byłabym szczerze zdziwiona.

JB: Zgadzam się jednak, że pewna rzecz nas z "Breaking Bad" łączy, a mianowicie pytanie, czy cel uświęca środki. Bo przecież Marty i Wendy robią wszystko, aby ich rodzina była bezpieczna, lecz czy to usprawiedliwia ich działania? To fascynująca kwestia i cieszę się, że scenarzyści potrafią ją intrygująco zarysować, unikając łatwych do przewidzenia rozwiązań fabularnych.

LL: Ta kwestia etyczna jest kluczowa dla amerykańskiej kultury. I pewnie każdej innej.

Sama Ameryka również nie stanowi kulturowego monolitu.

LL: Bynajmniej! Dlatego tak istotnym motywem jest w "Ozark" to, o czym mówiłeś: wykorzenienie Marty'ego i Wendy z ich środowiska naturalnego. Trafili do innej społeczności.

JB: Która jest przez nich traktowana nieco z góry, uzewnętrzniają się spory klasowe. Miastowym wydaje się, że można stamtąd sporo wyciągnąć bez żadnych konsekwencji.

Jason, zwykle jesteś kojarzony z produkcjami innego rodzaju – kinem komediowym. Czy myślisz, że ten fakt wpływa na odbiór "Ozark"?

JB: Zdaje mi się, że ludzie kojarzą grane przeze mnie postacie jako normalnych gości, niezależnie od gatunku. Takich, przy których można czuć się swobodnie. Bo Marty to przeciętny facet, który znalazł się w nieprzeciętnej sytuacji. I gdyby był twardym, zahartowanym zawodnikiem, nie towarzyszyłaby serialowi ta niepewność, czy da sobie radę. Przecież oboje, ja i Laura, gramy zwyczajnych Amerykanów w średnim wieku. Wydaje się, że nic złego nie może nas spotkać, bo i jakim prawem? A jednak. Po zmroku, kiedy zajrzysz za zasłonkę, zobaczysz, że nawet zwykli ludzie zmagają się z niezwykłymi problemami.

Czujecie się w pewnym stopniu odpowiedzialni za młodych aktorów, z którymi gracie? Dla niektórych to pierwsza tak duża rola.

LL: Ja na pewno. To chyba dość naturalne, że zerkasz jednym okiem, czy są tam, gdzie powinni być. Sama, gdybym miała czternaście lat i znalazła się w takim środowisku, też chciałabym, aby ktoś nade mną czuwał. Im młodsze są, tym bardziej irytująca się staję dla całej ekipy!

JB: Sam zaczynałem jako dziecięcy aktor i obcowanie ze starszymi członkami obsady pomogło mi zrozumieć pewne zasady funkcjonowania planu filmowego. Mogłem się wyluzować, mając świadomość, że wszyscy są po mojej stronie.

LL: Ale nic takiego nie jest możliwe bez fajnych rodziców. A widziałam już na planach przeróżne problematyczne sytuacje. Tutaj dopisało nam szczęście, bo lubimy ze sobą przebywać.

Mamy poczucie, że kręcimy nie indywidualne odcinki, ale jednolitą opowieść
Jason Bateman
Netflix umożliwia oglądanie seriali praktycznie za jednym zamachem, wypuszczając wszystkie odcinki tego samego dnia. Zmieniło to Wasze telewizyjne przyzwyczajenia?

LL: Po trosze. Nie mogłam oderwać się od "The Crown".

JB: A ja mam tego pecha, że jestem uzależniony od baseballu, trwa akurat sezon... No i ćpam politykę, serwisy informacyjne. Są jak reality showy.

Czy opisany przeze mnie system wpływa jakoś na Wasze podejście do samego aktorstwa?

LL: Zdecydowanie. Mogę bardziej zaufać narracji, bo nie będzie skrojona pod fabularne twisty. Łatwiej mi ze świadomością, że zwykle ludzie oglądają po dwa, trzy odcinki z rzędu, czuję się dzięki temu swobodniej. Czas jest naszym sprzymierzeńcem, a przeważnie był dla telewizji przeciwnikiem, bo niełatwo jest zatrzymać widza przed ekranem. Tutaj możemy być praktycznie pewni, że będzie z nami przez parę godzin pod rząd.

JB: No i mamy poczucie, że kręcimy nie indywidualne odcinki, ale jednolitą opowieść, rozrzucamy te okruszki chleba i przez pięć miesięcy składamy z nich długą i nieposzatkowaną historię. Nie wygląda to tak, że odhaczamy kolejne odcinki, kręcimy, mając świadomość ciągłości historii. Chris omija dzięki temu scenariuszowe sidła, bo nie musi myśleć o tym sztucznym podziale i może pisać dziesięciogodzinną fabułę. Nie myślimy o kolejnych sezonach, staramy się, aby każdy był jako tako zamknięty, a potem czekamy na decyzję, czy pozwolą nam nakręcić sequel. Nie musimy niczego rozwadniać, zachowywać fajnych scen na kolejne, potencjalne sezony.

Dobrze, to obowiązkowe pytanie: czego mam się spodziewać po drugim sezonie?

JB: Że będzie tak samo dobry jak poprzedni. Nie chcę mówić, że lepszy, ale obiecuję, że stawka jest jeszcze wyższa, niebezpieczeństwo większe, wyzwania trudniejsze, a ciężar emocjonalny przytłaczający. Scenarzyści stanęli na wysokości zadania, tyle mogę powiedzieć. Mam rację?

LL: Absolutną!
3