Jakub Socha

To już koniec

Gorączka złota
/fwm/article/To+ju%C5%BC+koniec-133873
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Spoilerofobia%3A+Koniec+gry-133557

Spoilerofobia: Koniec gry

HOTSPOTPodziel się

W swoim najnowszym tekście nasz współpracownik Sebastian Smoliński dzieli się spostrzeżeniami na temat tego, jak strach przed spoilerami wpłynął na rozmowy o kinie.

W swoim najnowszym tekście nasz współpracownik Sebastian Smoliński dzieli się spostrzeżeniami na temat tego, jak strach przed spoilerami wpłynął na rozmowy o kinie. 

***

Rygorystyczne aplikowanie antyspoilerowych założeń do większości filmów, gier i książek, jakie pochłaniamy, może się obrócić we własną karykaturę. (...) Spoilerofobia jest, jak sama nazwa wskazuje, fobią właśnie: zachowaniem podszytym lękiem, angażującym siły do beznadziejnej walki o trwanie w czystości internetowych rozmów o kulturze. 

***

Rok 1945. Amerykański krytyk Manny Farber rozpoczyna recenzję melodramatu noir Michaela Curtiza na łamach "The New Republic" takim akapitem:

Fabuła filmu Warner Brothers "Mildred Pierce" opowiada o wielkich i niedocenianych poświęceniach matki (Joan Crawford) na rzecz rozpieszczonej, chciwej córki (Ann Blyth). Matka, której mąż (Bruce Bennett) opuścił ją, by zamieszkać z inną kobietą, zaczyna wypiekać ciasta i placki dla sąsiadów, zostaje kelnerką w herbaciarni, otwiera restaurację typu drive-in, poślubia żigolaka z towarzystwa ze względu na jego imię i wreszcie próbuje doprowadzić do skazania swojego partnera biznesowego (Jack Carson) za morderstwo popełnione przez własną córkę. Film kończy się w momencie, gdy dziewczyna zostaje zaprowadzona do więzienia, a matka zaczyna nową, piękniejszą egzystencję ze swoim pierwszym mężem, który właśnie dostał pracę w fabryce samolotów i którego kochanka poślubiła kogoś innego.

Rok 2019. Bracia Russo wystosowują podniosłą odezwę do widzów na całym świecie, która w formie zdjęcia wydrukowanego listu (dżentelmeni wciąż wolą papier) krąży po mediach społecznościowych. Treść ich prośby najlepiej streszcza hasztag #DontSpoilTheEndgame. Po tym, jak kilka minut "Avengers: Koniec gry" wyciekło przed premierą do sieci, fani zostali postawieni w stan gotowości. W internecie rozpoczęło się polowanie na zdrajców, którzy łamią umowę społeczną i publikują informacje o fabule trzygodzinnego finału sagi. Na oficjalnym fanpejdżu Marvela 22 kwietnia zostaje ustanowiony zakaz spoilowania, który ma zostać odwołany dopiero 14 maja. W Polsce wstręt do spoilerów też kwitnie. Na fanpejdżu "Brody z kosmosu" autor porywa się nawet na roboczą definicję widzów-szkodników: 

Zastanawiałem się, jak najlepiej opisać tę masę ludzi spoilujących bez powodu filmy innym. I chyba lepiej się nie da: 
Małe, zakompleksione ch**ki 
Kropka.


Przeważająca większość opublikowanych recenzji albo lojalnie uprzedza, że poniżej znajdują się spoilery, albo, najczęściej, przymila się do czytelnika, podkreślając, że tekst nie zdradza szczegółów akcji. Mimo że coraz większą grupę widzów (w tym osoby piszące o filmie) zakaz publicznego omawiania fabuły zwyczajnie irytuje, konsensus wydaje się silny jak nigdy: nie odnoś się do filmowych wydarzeń, nie pisz nawet, czy finałowe starcie odbywa się w dzień czy w nocy, nie wspominaj o zakończeniu – zepsujesz mi w ten sposób największą przyjemność, jaką mam z seansu, czyli odkrywanie kolejnych zwrotów akcji. Staniesz się godną pożałowania popsujzabawą i być może spotkasz się z agresją ze strony innych komentujących.

Tabula rasa

Od lat 40. ubiegłego wieku, kiedy Manny Farber publikował swoją recenzję, dużo się zmieniło. Dzisiaj autor zostałby wybatożony przez czytelników: jak złośliwym trzeba być, żeby na samym początku tekstu opowiadać fabułę od A do Z? Po co mamy oglądać film, skoro wszystko już wiemy? Aktualny domyślny model widza – promowany przez dystrybutorów, większość mediów i, jak widać, coraz częściej samych filmowców – przypomina czystą kartę. To zjadacz kina nieskażony kontekstem, czekający na nowe widowisko w błogiej nieświadomości, niezainteresowany choćby zarysem fabuły – dzisiaj spoilerem może być wszystko, dlatego też co bardziej wrażliwi przestali już nawet oglądać zwiastuny. To poniekąd wielki sukces hollywoodzkiej machiny, która filmami komiksowymi zdobyła względnie stały rząd dusz. Skoro i tak wiadomo, że obejrzymy kolejny film Marvela, to nie ma sensu zawracać sobie głowy streszczeniami – im więcej zaskoczeń, tym większa radocha.

Za narodziny nowoczesnej spoilerofobii można uznać rok 1960. Wtedy do kin weszła "Psychoza" Alfreda Hitchcocka, którego talent marketingowy z pewnością nie ustępował reżyserskiemu. Mistrz suspensu opracował pionierską strategię dystrybucyjną: nikt nie był wpuszczany na salę po rozpoczęciu projekcji (żeby przypadkiem nie przegapić występu Janet Leigh), a materiały reklamowe zawierały prośbę, w której pobrzmiewała nuta groźby ("Jeśli nie umiesz dochować sekretu, po obejrzeniu "Psychozy", trzymaj się z dala od ludzi"). Hitchcock ponoć wykupił też z księgarni egzemplarze powieściowego pierwowzoru autorstwa Roberta Blocha, żeby jak najmniej osób znało finał opowieści. Gigantyczny wysiłek został włożony w to, żeby dwa wielkie zwroty fabularne były dla widzów absolutnym szokiem – nawet dla tych, którzy oglądali "Psychozę" dopiero kilka miesięcy po premierze. Im mniej wiemy, tym większy czujemy strach – zapewne także dlatego we wspomnieniach widzów, którzy oglądali film w roku premiery, powraca ten sam wątek: gotycki horror Hitchcocka był najbardziej przerażającym filmem, jaki w życiu widzieli.

Jest w tej strategii coś atrakcyjnego dla tych, których kino wciąż podnieca. Rozkosz, jakiej doświadczamy, kiedy narracja nami manipuluje, zwodzi na manowce i podsuwa fałszywe tropy, może mieć zabarwienie jak najbardziej erotyczne. Oglądając "Szósty zmysł" M. Night Shyamalana lub "Zaginioną dziewczynę" Davida Finchera, czujemy, że przyjemność seansu opiera się w dużej mierze na sposobach, w jakich filmowcy odmawiają nam dostępu do kluczowych informacji i chronią przed całkowitą penetracją świata przedstawionego. Takie filmy żerują – często w genialny i niezapomniany sposób – na figurze dziewiczego widza, który wnosi do seansu własną dociekliwość i znajomość konwencji, ale dobrowolnie daje się oszukiwać i poddawać reżyserskim i scenariuszowym sztuczkom. 

Oczywiście bez spoilerów

Samo doświadczenie oglądania angażuje zmysły tak mocno, że znajomość fabuły często nie ma większego znaczenia.
Sebastian Smoliński
Rygorystyczne aplikowanie antyspoilerowych założeń do większości filmów, gier i książek, jakie pochłaniamy, może się jednak obrócić we własną karykaturę. W ostatnich kilku latach doszło do głosu pokolenie widzów, spędzających zapewne więcej czasu w sieci niż przed telewizorem; widzów, którzy marzą o życiu w szczelnym kokonie – w cybernetycznej, wygodnej szklarni, która odgrodzi ich od znienawidzonych informacji o szczegółach fabuły. Tymczasem spoilerofobia jest, jak sama nazwa wskazuje, fobią właśnie: zachowaniem podszytym lękiem, angażującym siły do beznadziejnej walki o trwanie w czystości internetowych rozmów o kulturze. Nawiasem mówiąc, nie znam nikogo, kto po przeczytaniu recenzji jakiegoś filmu poszedł do kina, a potem powiedział, że z powodu spoilerów nie miał radości z seansu. Zakażenia informacjami boimy się w długim okresie oczekiwania na pojawienie się filmu w kinach lub serialu na VOD, kiedy plotki lub przecieki dotyczące akcji ukazują się na portalach branżowych w przeważnie kontrolowany sposób. Samo doświadczenie oglądania angażuje natomiast zmysły tak mocno i działa na tak wielu poziomach, że znajomość fabuły często nie ma większego znaczenia – dlaczego w innym wypadku oglądalibyśmy w kółko ulubione filmy, które przecież znamy już na pamięć?

Teoretyzowanie o odbiorze kina i telewizji odciąga nas jednak od sedna problemu, czyli relacji spoilerofobii z dziennikarstwem i krytyką filmową. Jak wiadomo, szkoły są dwie: jedni czytają recenzje przed filmem, żeby dowiedzieć się, na co warto iść do kina, a drudzy chcą zapoznać się z czyimś punktem widzenia po seansie i porównać spostrzeżenie recenzenta z własnymi. Nie ukrywam, że bliższy jest mi ten drugi model, głównie dlatego, że daje obu stronom więcej wolności. Umożliwia nieskrępowaną wypowiedź i drobiazgową, wnikliwą krytykę oraz ewentualną polemikę ze strony czytelnika, który mógł odebrać film zupełnie inaczej lub czuje się w obowiązku wytknąć krytykowi ignorancję (nierzadko słusznie). Tymczasem tej swobody w rozmowie o kinie jest na naszym podwórku coraz mniej. 

Miłośnicy pogłębionej rozmowy o tekstach kultury stali się zakładnikami globalnych przesądów i uprzedzeń.
Sebastian Smoliński
Internetowy trybunał, zawsze czujna fanbaza czy też tzw. zwykł widz – jakkolwiek nazwiemy samozwańczych policjantów, którzy reagują niezadowoleniem na odniesienia do fabuły w recenzjach i esejach – są dzisiaj na wygranej pozycji. Niepostrzeżenie, krok po kroku, prasa filmowa (ale też blogerzy, vlogerzy i twórcy podcastów) podkuliła ogon i zaczęła lojalnie uprzedzać o spoilerach, kastrować teksty z omówień ekranowych wydarzeń, wprowadzać nienaruszalny podział na tekst "zdradzający" fabułę i o niej niewspominający. Doczepiana do postów fraza: "recenzja oczywiście bez spoilerów" to smutny znak naszych czasów – przyznanie rangi oczywistości czemuś, co bynajmniej oczywiste nie jest. Miłośnicy pogłębionej rozmowy o tekstach kultury stali się zakładnikami globalnych przesądów i uprzedzeń. Muszą ślizgać się po powierzchni i kręcić wokół ogólników, akceptując jednocześnie narzucone sposoby obcowania z popkulturą.

Wiara w Świętego Mikołaja


Fiksacja na fabule – bo właściwie tylko o nią chodzi w groźnej krucjacie antyspoilerowej – i skrajne emocje, jakie generują posty o, dajmy na to, zwrotach akcji w ostatnim sezonie "Gry o tron", to z jednej strony spełnienie marzeń scenarzystów, a z drugiej – znak, że wysiłek tych, którzy lepią ze scenariusza pełnowymiarowe widowisko, idzie w jakimś sensie na marne. Zwalczający spoilery zdają się często zapominać, że obok akcji równie ważny jest styl filmu, aktorstwo, praca kamery, koncepcja wizualna i montażowa oraz tuzin innych parametrów. Banalna obserwacja, ale zawsze warta przypominania, ponieważ duża część dyskusji fanowskich i nie tylko skupia się na roztrząsaniu przewrotek fabularnych, tak jakby najbardziej atrakcyjnym elementem największych blockbusterów była zapisana na papierze historia. A jeśli opowieść to tylko szkielet, który można obudować filmowym "mięsem" na tysiąc sposobów?

Myślę o historiach opartych na faktach (jak "Pierwszy człowiek" Damiena Chazellea), kolejnych ekranizacjach powszechnie znanych dzieł literackich, remakeach i fenomenie najświeższym, czyli zamienionych na wersje aktorskie animacjach Disneya. W odniesieniu do nich spoilerowe tabu raczej nie obowiązuje, a mimo to nierzadko oglądamy te filmy z ekscytacją. Znajomość fabuły może zresztą czasem pomnażać satysfakcję z seansu – jeśli czytaliśmy powieść Jamesa Baldwina "Gdyby ulica Beale umiała mówić", to w filmowej wersji Barryego Jenkinsa możemy dostrzec fascynującą i nietuzinkową próbę dialogu z pisarzem, który przeżywa dziś renesans popularności. Często osławiona znajomość zakończenia, która rzekomo "psuje" film i zamienia go w odpowiednik skisłego mleka, może być punktem wyjścia do niezapomnianych kinofilskich wycieczek.

Coraz częściej ktoś mówi nam, jak powinniśmy rozmawiać o kinie, a konkretnie: o czym najlepiej nie rozmawiać.
Sebastian Smoliński
Rozzłoszczeni obecnością spoilerów zachowują się czasem tak, jakby ktoś im zdradził, że Święty Mikołaj nie istnieje – jakby zepsuto im uświęconą, dziecięcą przyjemność, zburzono obraz świata, odebrano wiarę w magię rzeczywistości. Konflikt między spoilerofobami a tymi, którzy pragną pozbawionej hamulców dyskusji o popkulturze, to zapewne nierówna walka. Vox populi jest z biznesowego punktu widzenia najważniejszy – i trudno się na to zżymać. Nic więc dziwnego, że nawet Quentin Tarantino dał się złapać w tę pułapkę i przy okazji canneńskiej premiery "Pewnego razu... w Hollywood" wystosował do tamtejszej publiczności list podobny do odezwy braci Russo, prosząc o niezdradzanie "czegokolwiek, co sprawi, że kolejni widzowie nie będą mogli doświadczyć filmu w ten sam sposób". List Tarantino spotkał się ze sprzeciwem ze strony wielu dziennikarzy, szczególnie że reżyser wielokrotnie deklarował, że wychował się na tekstach Pauline Kael – słynnej krytyczki filmowej "New Yorkera", która spoilerami bynajmniej się nie przejmowała.

Przypadek Tarantino i braci Russo wskazuje na to, że impas jest coraz większy – coraz częściej ktoś mówi nam, jak powinniśmy rozmawiać o kinie, a konkretnie: o czym najlepiej nie rozmawiać. Szanuję potrzebę widzów, którzy wolą wyczekiwać na seans filmu w szczelnym kokonie (wypatrując kolejnych odsłon przygód Jamesa Bonda, sam wchodzę w ten tryb, ale w żadnym wypadku nie hejtuję tych, którzy chcą o Bondzie szeroko dyskutować). Można, oczywiście, napisać wspaniały tekst o filmie, w którym nie będzie spoilerów. Ale równocześnie nie możemy stawiać granic wypowiedzi tym, którzy mają potrzebę omówić szczegółowo jakąś scenę, rozpisać się o rozwoju akcji, pochylić nad finałem, który tak często przesądza przecież o wymowie całości. Nie można też godzić się na sprowadzanie całej dyskusji o kinie do kwestii fabuły i na inwestowanie masy energii w nadzorowanie sieci i "puszczających farbę" dziennikarzy, krytyków oraz znajomych z mediów społecznościowych. Spoilerofobia oznacza pod kilkoma względami koniec gry: koniec ambitnego i dociekliwego dyskutowania o filmach, koniec wolności krytyka, który w idealnym świecie powinien pisać przecież dokładnie tak, jak chce – jeśli ma dobry powód, żeby iść tą, a nie inną recenzencką ścieżką oraz potrafi przekonać do niej czytelników. Nawet jeśli wiarę w Świętego Mikołaja zastąpiliśmy wiarą w niezniszczalność Iron Mana, powinniśmy nabrać do spoilerów trochę dystansu – to, czy ktoś będzie nam w stanie popsuć zabawę z kinem, zależy w dużej mierze tylko od nas.
39