Michał Oleszczyk

Blue Velvet

Reaction Shot
/fwm/article/Blue+Velvet-134552
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Wszystko+o+mojej+matce-133479

Wszystko o mojej matce

PERŁY LAMUSAPodziel się

Piotr Czerkawski o najsłynniejszym filmie Pedro Almodovara.

Piotr Czerkawski przygląda się "Wszystko o mojej matce" – filmowi Pedro Almodovara, który jego zdaniem "zyskał  rangę w pełni świadomej wypowiedzi artystycznej hiszpańskiego reżysera".

***


W jednej z najbardziej poruszających scen "Bólu i blasku", najnowszego filmu Pedra Almodovara, główny bohater odbywa długą rozmowę ze śmiertelnie chorą matką. Dyskusja pomiędzy gorzkniejącym, wypalonym mężczyzną a starą kobietą, choć pozornie stonowana, w rzeczywistości kipi od przeciwstawnych emocji. Bohater, reżyser filmowy grany przez ucharakteryzowanego na samego Almodovara Antonia Banderasa (nagroda aktorska w Cannes), wyraża wdzięczność wobec matki i przeprasza, że w pogoni za karierą nie był w stanie należycie pielęgnować ich więzi. Choć obiecuje, że spełni ostatnią wolę kobiety, ostatecznie nie jest w stanie podporządkować jej swych planów i zawodzi po raz kolejny.

"Ból i blask" stanowi kolejny dowód na to, że  figura matki ma w filmografii Hiszpana status nawracającej obsesji. Najdoskonalszym przykładem jej artystycznej reprezentacji po dziś dzień pozostaje "Wszystko o mojej matce". Dzieło to dobrze koresponduje z "Bólem i blaskiem" z jeszcze jednego powodu. Najnowszy film Almodovara przyjęto w Cannes z westchnieniem ulgi, ogłaszając, że pogubiony, dryfujący od nieśmiesznej komedii ("Przelotni kochankowie") do nieangażującego melodramatu ("Julieta"), Hiszpan wreszcie wrócił do formy. Choć dwadzieścia lat temu kariera Almodovara była w zupełnie innym miejscu, premiera "Wszystkiego..." dokonała w niej porównywalnego przełomu. Za sprawą nagrodzonego Oscarem filmu reżyser ocalił wówczas swą ekscentryczną wrażliwość, lecz jednocześnie wymógł na środowisku, by przestało traktować go jak nieszkodliwego zgrywusa. Po obejrzeniu "Wszystkiego..." nikt przy zdrowych zmysłach nie miał wątpliwości, że Almodovar zasługuje na status wybitnego artysty.

Delikatną zapowiedź późniejszych przemian w karierze Almodovara stanowił już "Kwiat mego sekretu" z 1995 roku. W opowieści o pogrążonej w kryzysie wieku średniego autorce kryminałów Hiszpan postawił na większą niż zwykle powagę i emocjonalną szczerość.  To, co w "Kwiecie..." wydało się ledwie nieśmiałą próbą odświeżenia własnego stylu, we "Wszystko..." zyskało już  rangę w pełni świadomej wypowiedzi artystycznej.

Zerwać z biernością

Za sprawą nagrodzonego Oscarem filmu Almodovar ocalił swą ekscentryczną wrażliwość i wymógł na środowisku, by przestało traktować go jak nieszkodliwego zgrywusa.
Piotr Czerkawski
W swym bodaj najsłynniejszym filmie hiszpański reżyser nie rezygnuje z właściwej sobie chęci dezorientowania widza. "Wszystko..." zaczyna się jak klasyczny coming of age, którego bohaterem jest marzący o karierze artysty Esteban. Koncepcja ta upada już po kilku chwilach seansu, gdy Almodovar markuje zwrot w stronę thrillera medycznego i melodramatu, a nawet sięga po arsenał chwytów narracyjnych rodem z czarnego kryminału. Szybko okazuje się jednak, że i te tropy są fałszywe, a na najważniejszą bohaterkę opowieści wyrasta matka Estebana – Manuela (jedna z ulubionych aktorek AlmodovaraCecilia Roth w życiowej formie). 
 
Skomplikowana, wymykająca się schematom fabuła doskonale koresponduje ze złożoną osobowością bohaterki. Manuela jest osobą troskliwą i czułą, do czego obliguje ją zresztą wykonywany zawód pielęgniarki. Jednocześnie kobieta skrywa burzliwą przeszłość, a mroczne sekrety z dawnych lat wciąż wywierają wpływ na jej życie. Niezależnie od wszystkiego bohaterka, zgodnie z tytułem filmu, spełnia się przede wszystkim jako matka. Początkowo rozumie swoją rolę tradycyjnie, próbując jak najlepiej opiekować się nastoletnim Estebanem. Sytuacja diametralnie zmienia się, gdy chłopak ginie w wypadku samochodowym. Po tym wydarzeniu reżyser porzuca dosłowność i otwiera się na metaforę, a moment tej transformacji sygnalizuje jedna z najpiękniejszych scen, jakie kiedykolwiek wyszły spod ręki Almodovara. Widzimy w niej Manuelę, która przyjeżdża z Madrytu do kojarzącej jej się z młodością Barcelony. Początkowo bohaterka wyłącznie przygląda się otaczającej rzeczywistości z okna taksówki wiozącej ją przez dzielnicę ćpunów, rzezimieszków i ulicznic. Widząc, że jedna z prostytutek jest napastowana przez swego klienta, Manuela zrywa z rolą biernej obserwatorki i rusza na pomoc ofierze. Obiektem napaści okazuje się dawna przyjaciółka bohaterki – transwestyta o imieniu Agrado. Manuela nie tylko pomaga znajomej w tej konkretnej sytuacji, lecz roztacza nad nią rodzicielską z ducha opiekę. W swoich wysiłkach ujawnia cechy matki idealnej – jest aktywna i odważna, a pomimo swego zaangażowania nie dąży do odebrania swej podopiecznej podmiotowości.

Jak dowiadujemy się z szeregu rozmów prowadzonych przez bohaterkę z bliskimi jej osobami, Manuela nie zawsze zachowywała się w ten sposób. W młodości kobieta pozwoliła zdominować się mężowi i ojcu Estebana, a proces wybijania się na niepodległość okupiła sporą dawką bólu i rozpaczy. Być może Almodovar potrafi opowiadać o tych emocjach tak wiarygodnie dlatego, że ten aspekt życia Manueli wydaje się pokrewny z losami matki samego reżysera, będącej jedną z adresatek wieńczącej film dedykacji. Zmarła kilka miesięcy po premierze "Wszystkiego..." Francisca Caballero była opisywana przez syna jako kobieta, która przez lata zadowalała się rolą statystki w męskim świecie. Ostatecznie jednak zdecydowała się zawalczyć o swoje, a symbolem tej przemiany stało się odrzucenie przez nią szarych strojów na rzecz jaskrawo kolorowych sukni, tych samych, jakie z taką dumą noszą bohaterki wszystkich filmów Almodovara.

Uprzejmość nieznajomych

Roztaczana we "Wszystko..." przez Manuelę aura pewności siebie sprawia, że zaczynają lgnąć do niej inne osoby potrzebujące troski i pomocy. Wśród nich znajduje się Huma Rojo (Marisa Paredes) – wybitna aktorka, która poza sceną okazuje się jednostką zagubioną, tkwiącą w toksycznym związku z uzależnioną od narkotyków partnerką. Z dobroci Manueli zaczyna korzystać także siostra Rosa (Penelopa Cruz) – zakonnica o złotym sercu, ale i zaskakujących potrzebach seksualnych. Już krótka charakterystyka protagonistek pozwala zrozumieć, że mamy do czynienia z jednostkami nietuzinkowymi, barwnymi, potrafiącymi zaskakiwać nas na każdym kroku. Almodovar doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że zestawienie ze sobą tylu postaci "większych niż życie" stanowi doskonałe źródło komizmu. W bodaj najzabawniejszej scenie filmu siostra Rosa przyznaje się Manueli, że niedawno zaszła w ciążę. Choć deklaracja ta wywołuje konsternację, na zadane po chwili pytanie, czy wie, kto jest ojcem, Rosa odpowiada z oburzeniem: "Oczywiście, za kogo ty mnie masz?".


Za najskuteczniejszą nauczycielkę empatii Almodovar uznaje sztukę, będącą czymś w rodzaju pięknego oszustwa.
Piotr Czerkawski
Nawet jeśli konfrontacja czterech bohaterek o burzliwych temperamentach prowokuje czasem napięcia, między kobietami dużo częściej panuje atmosfera wzajemnego zrozumienia. Gdy w jednej ze scen Manuela, Agrado, Huma i Rosa siadają w salonie, by prowadzić bezpruderyjną rozmowę o swych fantazjach seksualnych, śmiech protagonistek staje się zaraźliwy, a widz czuje, że byłby w stanie oddać wszystko, byleby znaleźć kogoś, z kim mógłby stworzyć podobną komitywę. Protagonistki "Wszystkiego..." są do siebie tak podobne choćby dlatego, że każda z nich poddaje się nieustannym transformacjom i w zależności od sytuacji zmuszona jest do przywdziewania rozmaitych masek. Oryginalność Almodovara polega na tym, że w tak rozumianej sztuczności nie widzi on niczego złego. Zgodnie z filozofią Hiszpana, tożsamość nie powinna być kwestią ustaloną raz na zawsze, lecz kształtowaną dowolnie, niezależnie od obowiązujących wzorców. Orędowniczką tej strategii wydaje się zwłaszcza Agrado – kobieta urodzona w ciele mężczyzny. Odnosząc się do przebytych operacji plastycznych, bohaterka wygłasza znamienne zdanie: "Autentyczność kosztuje, proszę pani. Nie można na niej oszczędzać, bo jest się bardziej autentycznym, gdy przypomina się swoje wymarzone ja". 

W świecie "Wszystkiego..." zachęta do ciągłych poszukiwań i niekończącej się pracy nad własnym wizerunkiem prowadzi do lepszego zrozumienia nie tylko samego siebie, lecz także drugiego człowieka. Za najskuteczniejszą nauczycielkę empatii reżyser uznaje sztukę, będącą czymś w rodzaju pięknego oszustwa. Almodovar zdaje się mówić, że rzeczywistość kina i teatru, nawet jeśli od początku do końca wykreowana, wchodzi w nieustanny dialog z "prawdziwym światem". Najlepszy przykład tej symbiozy stanowi scena, gdy Huma, dziękując Manueli za pomoc, mówi, że przez całe życie bazowała na "uprzejmości nieznajomych". Fraza, choć pożyczona z "Tramwaju zwanego pożądaniem", w którym kobieta występuje na scenie, idealnie podsumowuje jej życie prywatne. Łatwo zorientować się zresztą, że Huma jest tak dobrą aktorką właśnie dlatego, że wciela się w bliskie sobie role jednostek złamanych, skomplikowanych wewnętrznie i naznaczonych jakąś skazą. Agrado, która w pewnym momencie postanawia spróbować sił na scenie, odnosi sukces za sprawą monologu opisującego autentyczne zdarzenia z własnego życia. Manuela natomiast tak dobrze odgaduje potrzeby otoczenia zapewne dlatego, że w przeszłości próbowała sił jako aktorka, a dziś przygląda się światu teatru z perspektywy widza. Na siłę tych zależności zwrócił swego czasu uwagę sam Wes Anderson, który entuzjazmował się w jednym z wywiadów, że Almodovar "odczuwa autentyczną solidarność z artystami. Jego bohaterowie żyją sztuką przez cały czas, kreując ją bądź o niej rozmawiając".
 
Precz z maczyzmem

Sztuka, która staje się dla swych twórców i odbiorców przestrzenią inspiracji i pocieszenia, wypełnia w świecie Almodovara lukę pozostawioną przez wadliwie funkcjonujące instytucje. Realizowane pod koniec lat dziewięćdziesiątych, w okresie prawicowych rządów Jose Marii Aznara, "Wszystko..." poddaje ostrej krytyce tradycyjnie rozumianą rodzinę. Nie bez powodu najbardziej antypatyczną postacią w całym filmie jest akurat matka Rosy. Niechęć do tej postaci wzbudza już sam wykonywany przez nią zawód – w świecie pełnym ludzi kreatywnych i kochających sztukę kobieta zajmuje się  fałszowaniem obrazów Marca Chagalla. Podstawowym grzechem kobiety jest jednak demonstracyjne okazywanie lekceważenia wobec córki. Pod tym względem dzielnie sekunduje swej żonie ojciec Rosy – gderliwy starzec, który nie jest w stanie nawet rozpoznać własnego dziecka. Postać skompromitowanego patriarchy to zresztą niejedyny przykład zaproponowanej przez Almodovara we "Wszystko..." dekonstrukcji stereotypowo rozumianej męskiej siły. Podobną rolę odgrywa  epizod z udziałem aktora grającego Stanleya Kowalskiego w teatralnej inscenizacji "Tramwaju zwanego pożądaniem". Trudno nie odczuwać rozbawienia w momencie, gdy mężczyzna – na scenie wcielający się w brutalnego, lecz magnetycznego macho – po jednej z prób próbuje poderwać  Agrado. Ostatecznie nieudolna próba flirtu kończy się ze strony aktora płaczliwym, skazanym na niepowodzenie błaganiem o fellatio.


W  świecie Almodovara słabi mężczyźni i wyrodni rodzice nie są do niczego potrzebni. "Wszystko..." – podobnie jak choćby nagrodzone przed rokiem Złotą Palmą w Cannes "Złodziejaszki" Hirokazu Koreedy – staje się pochwałą wspólnoty stworzonej z wyboru. Poczucie bliskości z drugim człowiekiem stanowi dla hiszpańskiego reżysera fundamentalną wartość, która pozwalała przetrwać najcięższe kryzysy. Choć Manuela przypomina współczesną świętą, nie wolno zapominać, że jej dobroć nie jest zupełnie bezinteresowna. Właśnie zaangażowanie w życie przyjaciółek pomaga kobiecie wypełnić straszną pustkę po śmierci syna. Almodovar ze wzruszającym uporem pokazuje, że ów cel jest możliwy do osiągnięcia, a naznaczona tragediami, śmiercią i niespełnieniem historia może pozostać filmem przekornie optymistycznym.
11