25 najlepszych filmów 2016 roku w polskich kinach

Filmweb
https://www.filmweb.pl/news/25+najlepszych+film%C3%B3w+2016+roku+w+polskich+kinach-121008
Tydzień temu zaprezentowaliśmy Wam listę najbardziej oczekiwanych filmów 2017 roku. (Jeśli chcecie ją sobie odświeżyć, to znajdziecie ją TUTAJ). Teraz przyszła pora na podsumowanie mijających 12 miesięcy. Oto nasza lista najlepszych filmów 2016 roku.

Wyboru dokonali członkowie zespołu Filmwebu w składzie: Michał Walkiewicz, Marcin Pietrzyk, Łukasz Muszyński, Jakub Popielecki, Dorota Kostrzewa, Julia Taczanowska, Maciek Łuka oraz Krzysztof Michałowski. Wszyscy poproszeni zostali o wytypowanie 20 tytułów w kolejności od najlepszego do najsłabszego. Wybierać mogli spośród tych filmów, które trafiły do dystrybucji w Polsce między 1 stycznia a 31 grudnia 2016 roku. Nie uwzględniane były reedycje, wznowienia itp.

Na podstawie oddanych głosów powstała poniższa lista.

1. "Ostatnia rodzina"


To był najlepszy polski film mijającego roku. Wybitny Andrzej Seweryn i jeszcze lepsza Aleksandra Konieczna. Intrygująca perspektywa i adekwatna, wycyzelowana forma. "Nights In White Satin" i "This Song To The Siren". Biografia Beksińskich ma wszystko, czego wymagamy od filmowej biografii, od filmu o tak intrygujących postaciach i od kina w ogóle. Czapki z głów dla debiutanta, Jana P. Matuszyńskiego!



2. "Lobster"

Wystarczy odrobinę przekrzywić głowę, zmienić jedną z reguł funkcjonowania naszego świata, by momentalnie uchwycić jego absurd – z takiego założenia zdaje się wychodzić reżyser Yorgos Lanthimos, twórca "Kła" i "Alp". W "Lobsterze" z zapałem godnym Gombrowicza Grek pokazuje, jak łatwo upupiamy się w naszych rytuałach godowych. Z chłodnym ironicznym dystansem, z kamienną reżyserską twarzą Lanthimos inscenizuje szamotaninę swoich bohaterów: trochę do śmiechu, trochę do strachu, ale przede wszystkim do namysłu. A międzynarodowa obsada – w tym Colin Farrell, potargany i z brzuszkiem, odświeżająco mniej "gwiazdorski" niż zwykle – czyni wizję autora bardziej przystępną niż zwykle. Ale wcale nie mniej drapieżną.



3. "Nienawistna ósemka"

Zbiór znajomych Tarantinowskich twarzy w typowo Tarantinowskiej patowej sytuacji zapowiadał kolejną odsłonę zwyczajowego Tarantinowania. "Nienawistna ósemka" podzieliła jednak zwolenników twórcy "Pulp Fiction". Niektórym nie wystarczyła bezbłędna rola Jennifer Jason Leigh, brawurowo upiorna muzyka Ennia Morricone oraz znakomicie wymykające się ograniczeniom ciasnej przestrzeni zdjęcia Roberta Richardsona. Co było kością niezgody? Podobnie jak w "Django", Tarantino wyliczał tu kolejne amerykańskie grzechy, ale – inaczej niż w swoim poprzednim filmie – pozbawiał nas moralnego drogowskazu. Każdy z bohaterów ostatecznie się kompromitował, a finałowa parodia wciągania na maszt gwieździstego sztandaru nie pozwalała wyjść z kina w dobrym humorze. Tarantinowski spektakl przemocy nigdy przedtem nie brzmiał równie gorzko. Nam się to spodobało. 


4. "Paterson"

"Paterson" to zarazem celebracja prozy życia i poszukiwanie w nim poezji; oda do wszystkich małych rzeczy, które nas łączą oraz pochwała indywidualizmu. Zresztą, co tu dużo gadać, zmieściło się w tym filmie w zasadzie wszystko, co istotne, od poezji Rona Padgetta, po szczyptę slapsticku. Byliśmy oczarowani. Jarmusch/10.    


5. "Cloverfield Lane 10"

Oto prawdziwe zaskoczenie: film, który pojawił się znienacka i był nieoczekiwaną przez nikogo niby-kontynuacją "Projektu: Monster". Aura tajemnicy i brak wygórowanych nadziei do zawiedzenia okazały się jednak zaletą. Dzięki temu mogliśmy wraz z bohaterką dać się zamknąć w czterech kątach bunkra i próbować zgadnąć, czy jego ekscentryczny właściciel mówi prawdę, czy nie. Rezultat to bardzo dobry thriller dowodzący, że wystarczy (bagatela!) świetny scenariusz, by zbudować napięcie i przykuć nas do ekranu na dwie intensywne godziny. Na deser: John Goodman przypominający, czemu wszyscy go lubimy, oraz Mary Elizabeth Winstead, dowodząca, jak bardzo jest niedoceniana. Czekamy na kolejny ruch reżysera Dana Trachtenberga



6. "Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów"

Bracia Russo to najlepsze, co mogło spotkać studio Marvela. Już w "Zimowym żołnierzu" pokazali, że wymęczoną formułę kina o superbohaterach można przekształcić w pełne werwy widowisko z fantastycznymi scenami akcji i świetnie napisanymi bohaterami. W "Wojnie bohaterów" poszli dalej. Nawet bez dodatku w postaci Spider-Mana byłby to najlepszy film w historii Marvela. Znalezienie słabych punktów jest praktycznie niemożliwe. Trzeci "Kapitan Ameryka" odkupił winy "Czasu Ultrona", udowadniając, że mimo całej masy bohaterów można opowiadać czytelne, wciągające i ekscytujące historie.


7. "Lament"

Mijający rok obfitował w doskonałe horrory, nawet jeśli nie wszystkie – jak fenomenalna "Czarownica" – trafiały na ekrany. W polskich kinach grę zamknął koreański "Lament" – miks mrocznego kryminału, trzymającego w napięciu thrillera i rasowego kina grozy z metafizyczną nutą. Opowieść o tradycyjnie chrześcijańskiej psychomachii ogląda się ze ściśniętym gardłem, a po powrocie do domów od razu rzucicie się do komputerów, by doczytać najróżniejsze interpretacje finału. Brakowało nam podobnych filmów. 


8. "Zwierzogród"

Disney po raz kolejny dowodzi, że w temacie familijnych animacji skrojonych dla całej rodziny nie ma sobie równych. W "Zwierzogrodzie" bajkowy schemat opowieści o szczwanym lisie i sumiennej króliczce nie tylko przekuty jest w rasową kryminalną intrygę, ale i urasta do brawurowej metafory, która prowadzi nas do piętnującego uprzedzenia morału. A jak się to ogląda! Niewiele było w tym roku równie "chemicznych" ekranowych duetów, co Judy i Nick, no i niewiele równie zabawnych scen, co wizyta w urzędzie, gdzie w okienkach pracują… leniwce. Mądre, prześmieszne i ekscytujące kino. 


9. "Big Short"

Kryzys finansowy może być wdzięcznym tematem dla kina – pod warunkiem jednak, że podejmie go taki fachura jak Adam McKay. Kochaliśmy faceta za jego komedie ("Policja zastępcza" FTW!), kochamy za drobiazgową analizę ekonomicznego krachu w USA. To film wyreżyserowany z polotem, klarowny, a przy tym stawiający w centrum bohaterów oraz ich rozterki. Nie możemy też zapomnieć, że całe to zamieszanie z bankami, kredytami i wielkim kapitałem stało się dla nas wyjątkowo przejrzyste, odkąd wytłumaczyła nam je w kąpieli Margot Robbie.  


10. "Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie"

Plany Gwiazdy Śmierci wykradzione, Rebelia ma na koncie swój pierwszy poważny sukces, a wszyscy fani gwiezdnego uniwersum mogą odetchnąć z ulgą – to było po prostu świetne kino! Edwards nieco pocieniował ekranowy świat, pokazał zarówno Imperium, jak i Rebelię z innej strony, dał nam wspaniałych bohaterów, najlepszego robota od czasu R2D2 i C3PO i najlepszą scenę akcji w całym filmowym uniwersum "Gwiezdnych wojen". A przy okazji dostarczył film bezkompromisowy, odważny i zaskakująco mroczny. Wątpiliśmy w sens tych spin-offów, ale nam przeszło. Niech moc będzie z nimi! 



11. "Spotlight"

Jak wszyscy dziennikarze, którzy nie zajmują się polityką i ekonomią, nie odkryli afery Watergate albo skandalu pedofilskiego w bostońskim Kościele, uwielbiamy podobne filmy i chcemy być jak ich bohaterowie. "Spotlight" to sprawiedliwie rozdzielająca racje i drobiazgowa rekonstrukcja dziennikarskiego śledztwa, a przy okazji – pean na część nierentownych mediów i prawdziwych bohaterów współczesności. Wbrew przebiegowi oscarowej gali, film Toma McCarthy’ego zgarnął najważniejszego Oscara i nie będziemy się kłócić – to potrzebne, świetnie zrobione kino oraz całkowicie zasłużony laur. Plus fenomenalne role Marka Ruffalo, Rachel McAdams oraz Lieva Schreibera.  


12. "Anomalisa"

Charlie Kaufman i animacja? Przed premierą "Anomalisy" takie połączenie wydawało się tak absurdalne, że wręcz niemożliwe. Po premierze filmu zadawaliśmy sobie pytanie, jakim cudem powstał dopiero teraz. Animacja okazała się bowiem idealnym nośnikiem dziwacznych koncepcji scenarzysty "Adaptacji". Złudnie prosta historia jednej nocy Michaela Stone'a  jest w rzeczywistości głęboko poruszającą, niezwykle sugestywną opowieścią o ludzkich emocjach i interakcjach. Kino absolutnie magiczne.


13. "Syn Szawła"

Wydawać by się mogło, że kino powiedziało już w temacie Holocaustu, ile się da. Węgierski "Syn Szawła" dowiódł jednak, że niekoniecznie. A przy okazji pokazał, że czasem mniej znaczy więcej. Reżyser László Nemes znalazł bowiem receptę, jak uniknąć pułapki tak zwanej "obozowej pornografii". Umieszczając kamerę niemalże na plecach głównego bohatera, ograniczył nasze pole widzenia i uciekł przed tanim epatowaniem. A zarazem wzmógł grozę, zaprzęgając do współpracy naszą wyobraźnię. Wyszła mu duszna, nieprzyjemna wizyta w piekle na Ziemi. Oscar dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego jak najbardziej zasłużony.


14. "Nasza młodsza siostra"

Nowy film Hirokazu Koreedy to balsam na zmęczone dusze oraz zdrowe, buddyjskie spojrzenie na świat. Rutyna dnia codziennego, która w polskiej "Ostatniej rodzinie" urastała do skali egzystencjalnej tragedii, w japońskim dramacie jest po prostu tym, czym jest. Dni płyną na jedzeniu, pracy, międzyludzkich interakcjach - i nic w tym złego. Koreeda uspokaja i łagodzi. Ktoś powiedziałby, że to takie filmowe ciepłe kluchy, telenowela, pościelówa - i nie mógłby się bardziej pomylić. W historii mieszkających razem czterech sióstr aż roi się od potencjalnych fabularnych zapalników, jakimi żywi się tani melodramat, reżyser jednak nie idzie za żadnym z nich, odrzuca sensację. Odnajduje wartość w pogodzeniu się z rytmem życia, w cierpliwej uważności na wszelkie jego przejawy. Koreeda wyrasta tu na następcę Yasujiro Ozu - i chyba trudno o większy komplement. 



15. "Carol"

Todd Haynes wraca do lat 50., które portretował wcześniej w "Daleko od nieba". Tym razem punktem odniesienia nie są melodramaty Douglasa Sirka, tylko powieść Patricii Highsmith – ale rezultat jest równie intrygujący. Uwodzi już sama faktura obrazu, grube ziarno taśmy 16mm, przywołujące ducha starych fotografii Nowego Jorku i tworzące nieco fetyszystyczną aurę. Przede wszystkim uwodzą jednak Rooney Mara i Cate Blanchett w dwóch skontrastowanych i uzupełniających się rolach. Pierwsza jest wycofana, gra półcieniami i nieśmiałymi spojrzeniami; druga kreuje postać niby większą niż życie, a jednak ożywającą na naszych oczach, całkowicie wiarygodną. Aktorsko-reżyserski koncert na rekwizyty i niedopowiedzenia spuentowany brawurowym finałowym ujęciem.



16. "Nienasyceni"

Czworo aktorów siedzi nad basenem, a ogląda się to lepiej niż niejeden thriller. "Nienasyceni" to film, który pokazuje, jak kinowa magia tworzy się na styku przeciwstawnych aktorskich osobowości. Zachwycają wszyscy: od Tildy Swinton przez Matthiasa Schoenaertsa po Dakotę Johnson, ale to Ralph Fiennes kradnie show, dowodząc, że nie znaliśmy jeszcze pełni jego możliwości. A reżyser Luca Guadagnino opowiada historię czworga bogaczy cierpiących na tak zwane "problemy pierwszego świata" w niezwykle sensualny, uwodzicielski sposób. Nie zapomina też o spuszczeniu powietrza z tego balona próżności i pokazuje, że za rogiem już czai się kryzys świata, który znamy. Cóż, jeśli odejść, to – jak brzmi oryginalny tytuł filmu – z "wielkim pluskiem".



17. "Przełęcz ocalonych"

Mel Gibson powraca do reżyserii i udowadnia, że podczas przymusowej przerwy nic nie stracił ze swoich umiejętności. Inspirowana prawdziwą historią bohatera z czasów II wojny światowej "Przełęcz ocalonych" to bezdyskusyjny triumf artystyczny. Jest to zarazem brutalnie szczery obraz koszmaru wojny i podniosła przypowieść o niezłomności ducha i sile wiary. Na tym filmie będziecie raz zszokowani dosłownością scen bitewnych, innym razem w oczach pojawią się Wam łzy na widok heroicznych wyczynów głównego bohatera. O patos w kinie jest łatwo, ale rzadko kiedy zmienia się on w Sztukę. Gibson jest jednym z nielicznych cudotwórców, którzy posiedli umiejętność tej transformacji.


18. "Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham"

Matka, córka, między nimi psycholog – okazuje się, że tyle wystarczy na świetne kino dokumentalne. Paweł Łoziński zagląda z kamerą tam, gdzie kamery rzadko zaglądają, a my mamy z tego prawdziwą lekcję rozmawiania. "Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham" to w pewnym sensie kino oświatowe – ale w najlepszym możliwym sensie. Łoziński odczarowuje przed nami seans w gabinecie psychologa. Pokazuje, że prawdziwy kunszt terapeuty nie leży w diagnozowaniu u pacjentów kolejnych kompleksów, a raczej w przecieraniu między nimi szlaku komunikacyjnego. Oto kino, które uczy higieny w dzieleniu się swoim bólem, pokazuje, że można wyrazić siebie bez szukania winnych. Dziś potrzebne jak nigdy.



19. "Zwierzęta nocy"

"Zwierzęta nocy" tak jak "Samotny mężczyzna" uwodzą stylem: elegancką, niezwykle sensualną fotografią dwukrotnie nominowanego do Oscara Seamusa Mcgarveya, rytmicznym montażem, kolejnym świetnym soundtrackiem Abla Korzeniowskiego. Jednak pod tą wytworną zasłoną pulsuje wyłącznie cierpienie – tak pisał po weneckim pokazie zachwycony Łukasz Muszyński, dodając jeszcze, że projektant mody oraz reżyser Tom Ford to dziś symbol ostatecznej ewolucji ludzkiego gatunku. Cóż, trudno się z tym nie zgodzić. I jeśli dalej z taką konsekwencją będzie on realizował autorską wizję kina, doczekamy się wkrótce kolejnego żyjącego klasyka X muzy. 



20. "Nice Guys. Równi goście"

Komedii kumpelskich powstaje ostatnio w Hollywood wiele. Wszystkie są do siebie bardzo podobne. Najnowszy film Shane'a Blacka stanowi odtrutkę na ten rodzaj taśmowych produkcji. "Nice Guys" ma świetnie dobranych aktorów, którzy perfekcyjnie się uzupełniają, tworząc wiele niezapomnianych (i do tego całkiem zabawnych) scen. Black doskonale odtworzył również klimat lat 70., co dodało całości wyjątkowego charakteru. Jeśli tęskniliście za filmami w stylu "Zabójczej broni" czy "Tango i Casha""Nice Guys" będą spełnieniem Waszych marzeń.


21. "Nowy początek"

Kanadyjczyk Denis Villeneuve był dotąd znany jako twórca ponurych dramatów. I był w tym naprawdę dobry. Wystarczy wspomnieć "Pogorzelisko". Teraz jednak wszystko wskazuje na to, że w annałach X muzy zapisze się jako jeden z ojców renesansu kina SF. "Nowy początek" to bowiem drugi po "Ex Machinie" obraz nowego nurtu w tym gatunku. Zamiast na odmóżdżające łubudu z użyciem niezliczonych komputerowych efektów specjalnych, Villeneuve nacisk położył na fabułę. Mamy więc w "Nowym początku" intrygującą historię zadającą pytania o kluczowe kwestie ludzkiej egzystencji. Mamy również znakomite aktorstwo, w tym niezrównaną Amy Adams, która stworzyła w tym filmie jedną ze swoich najlepszych kreacji. "Nowy początek" jest również obrazem wizualnie wysmakowanym. Zaś "On the Nature of Daylight" Maxa Richtera nigdy wcześniej nie brzmiało w kinie równie zachwycająco.



22. "Vaiana: Skarb oceanu"

Trudno było nie ulec czarowi "Vaiany" już od pierwszych zapowiedzi i zwiastunów. A kiedy okazało się, że ciała i ekspresji potężnemu półbogowi Maui użyczy nasz redakcyjny kolega, redaktor Marcin "Gruby Nerd" Dąbkowski, wiedzieliśmy, że to seans obowiązkowy. Cóż, Disney to wciąż poważna firma, graficy wznieśli się na wyżyny umiejętności, a Vaiana dołączyła do korowodu silnych i niezależnych bohaterek w typie Meridy Walecznej, Judy ze "Zwierzogrodu" albo mieszkanek "Krainy Lodu". Oscar za rolę drugoplanową dla ożywionego tatuażu Maui.



23. "Cień"

Film Alice Winocour przeszedł w Polsce bez echa. Prawdopodobnie stało się tak za sprawą opisów fabuły, które nie brzmią zbyt atrakcyjnie. Ileż to już razy w kinie widzieliśmy historię żołnierza, który zatrudnia się jako ochroniarz i zakochuje się w pięknej żonie pracodawcy? Wydawać by się mogło, że taka historia nie kryje w sobie żadnych atrakcji. Tymczasem Winocour podeszła do niej z nowej strony. Skupiła się na subiektywności doświadczenia, zbliżyła się do głównego bohatera, umożliwiając widzom sprawdzenie na własnej skórze, jak postrzega świat człowiek wewnętrznie pokiereszowany. W tym filmie obraz, montaż, fantastyczna gra Matthiasa Schoenaertsa są ważniejsze od samej fabuły. I to te elementy czynią z "Cienia" obraz warty obejrzenia.


24. "Mustang"

Deniz Gamze Ergüven udowadnia, że dobry film nie potrzebuje wydumanej fabuły, nie musi za wszelką cenę gonić za oryginalnością. Czasami największym skarbem jest prostota. Jeśli tylko towarzyszy jej szacunek dla historii i bohaterów. "Mustang" jest opowieścią o miejscu kobiet we współczesnej tureckiej kulturze. Brzmi to nadęcie, ale film taki nie jest. Twórcy przyglądają się bohaterkom w chwilach radości i smutku. Kreślą piękne portrety psychologiczne. Obserwują i tylko delikatnie manipulują widzami. Refleksje nad kondycją tureckiego społeczeństwa rodzą się w sposób naturalny. "Mustang" to kino organiczne, a nie natrętna propaganda. Chwila ciszy, tym cenniejsza, że w multipleksach niezwykle rzadka.



25. "Creed. Narodziny legendy"

Jest w redakcji taki ktoś, dla kogo "Creed" to najlepszy film roku. Są i tacy, dla których to tylko solidnego filmowego rzemiosła. Wszyscy jednak są zgodni – film Ryana Cooglera można postawić bez wstydu obok oryginalnego "Rocky’ego". Michael B. Jordan ma charyzmę i spore aktorskie umiejętności, operatorka Maryse Alberti pięknie sfotografowała bokserskie pojedynki, a Sylvester Stallone powraca do swojej ukochanej postaci z finezją godną Oscara. "Narodziny legendy" są świetnie opowiedziane, wzruszające i otwierają sagę o Rockym na kolejne pokolenie. Nokaut. 



Tegoroczne zestawienie jest historyczne. Po raz pierwszy od 2009 roku na szczycie listy znalazł się polski film. (W 2009 roku pierwsze miejsce zajął "Dom zły"). Jednak zwycięstwo tym razem nie przyszło łatwo. "Ostatnia rodzina" pokonała znajdującego się na miejscu drugim "Lobstera" zaledwie o jeden punkt. Nad trzecią w zestawieniu "Nienawistną ósemką" ma tylko sześć punktów przewagi. Z kolei "Paterson" walkę o podium przegrał czterema punktami.

Oczywiście 25 filmów wymienionych powyżej nie wyczerpuje zestawienia dobrych tytułów 2016 roku. W sumie członkowie zespołu Filmwebu wymienili przynajmniej raz aż 57 tytułów.

Poniżej znajdziecie listę tych filmów, które zdobyły co najmniej dwa głosy, lecz zebrały za mało punktów, by znaleźć się w głównym rankingu.

"Wołyń"
"Baby Bump"
"Dope"
"Pokój"
"Scena ciszy"
"Służąca"
"Doktor Strange
Udostępnij: