Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/news/Grali%C5%9Bmy+w+%22Valkyria+Chronicles+4%22+i+%22Fist+of+the+North+Star%3A+Lost+Paradise%22-129768

Graliśmy w "Valkyria Chronicles 4" i "Fist of the North Star: Lost Paradise"

  • autor: Anna Rogala
  • Gry
Sega nie zwalnia tempa i po wydaniu doskonale przyjętego remakeu drugiej części "Yakuzy" szykuje dla nas kolejne, mocne uderzenie. Na graczy spragnionych świeżej dawki japońszczyzny w kolejce czeka nie jedna, ale aż dwie produkcje – "Valkyria Chronicles 4" oraz "Fist of the North Star: Lost Paradise", które już za chwilę trafią do sprzedaży. Podczas zorganizowanego przez polskiego dystrybutora pokazu mogliśmy przedpremierowo spędzić z tymi produkcjami trochę czasu.


fist.jpg


W trakcie pokazu mieliśmy do dyspozycji trzy godziny rozgrywki. Obecny na pokazie przedstawiciel Japończyków zaproponował nam, żebyśmy zaczęli od ogrywania "Fist of the North Star: Lost Paradise". Specjalnie unikałam oglądania trailerów oraz poszukiwania dodatkowych informacji na temat samej gry. Perspektywa zmierzenia się z grą powstałą na podstawie popularnej mangi wzbudzała we mnie niemałą ekscytację. Zamiast kierować nas do jakiegoś oderwanego fragmentu historii, zostaliśmy przeniesieni do tzw. "Endless Mode", które staje się dostępne po właściwym zakończeniu gry.

Dzięki temu mieliśmy możliwość nieograniczonego niczym eksplorowania tego, co przygotowali dla nas twórcy. Wydarzenia przedstawione na ekranie dzieją się w alternatywnej wersji czasowej. Ziemia spustoszona przez wojnę nuklearną zamienia się w pustynię. Władają nią lokalne gangi, którym bardzo blisko do tych, które widzieliśmy w "Mad Max Fury Road". Pośród tego zamętu Kenshiro, spadkobierca techniki walki Hokuto Shinken, poszukuje swojej narzeczonej, Yurii. Idąc jej tropami, trafia do miasta Eden. Wielkiego molocha, który będzie stanowił trzon naszej eksploracji.

FONS_01.jpg
 
FONS_02.jpg


Pierwsze, co rzuca się w oczy, to niesamowite podobieństwo do szóstej części "Yakuzy". Widać, że twórcy postawili na sprawdzone rozwiązania i zdecydowali się na ich zaimplementowanie w swojej najnowszej produkcji. Gra nie korzysta jednak z Dragon Engine, gdyż ekipa nad nią pracująca nie potrafiła wykorzystać możliwości, jakie daje ten silnik. Jako Kenshiro mogłam eksplorować miasto bez żadnych ograniczeń. Wiedziona dobrymi wspomnieniami z "Yakuzy" postanowiłam odpuścić nieco walce i skupić się na "przyjemniejszych" aspektach, czyli aktywnościach dodatkowych. Kenshiro może podjąć się pracy jako barman. Korzystając w wbudowanego w pada żyroskopu, zmuszeni jesteśmy tworzyć fantazyjne drinki dla wymagających gości. Jednak o wiele fajniejszą zabawą była gra rytmiczna, w której uzdrawiamy pacjentów kliniki "piąchopiryną". Tak, spuszczamy przeciwnikom łomot w rytm Offenbachowskiego Kankana albo "Ody do Radości". Ponadto, możemy brać udział w wyścigach samochodów oraz zarządzać klubem hostess (aktywność wyrwana prosto z "Yakuzy 0"). 

FONS_03.jpg
 
FONS_04.jpg


Czymże jednak byłaby "Pięść" bez walki. Zapis, który mieliśmy do dyspozycji, pozwalał na odblokowanie większości kluczowych zdolności Kenshiro: licznych kombosów, magicznych talizmanów oraz szeregu umiejętności terenowych. Manga jest znana przede wszystkim ze swojej brutalności. Również tu nie oszczędzano nam widoku rozpadających się głów i urywanych rąk (Omae wa mou shindeiru!). Przeciwnicy ścierali się z nami nie tylko w zwykłych potyczkach na ulicy. W trakcie testów mogłam sprawdzić swoje umiejętności na arenie oraz zabawić się w łowcę głów i spuszczać łomot najgroźniejszym przestępcom Edenu.


H2x1_NSwitch_ValkyriaChronicles4_image1600w.jpg


Po pierwszej godzinie zasugerowano nam, byśmy przerzucili się na drugi, bardziej czasochłonny tytuł. Z lekką niechęcią rozstałam się z napakowanym Kenshiro, by rozpocząć swoje zmagania z "Valkyria Chronicles 4". Seria ta nie ma zbyt dużego szczęścia na Zachodzie. O ile pierwsza część tych taktycznych RPG-ów wydana została niemal na wszystkie liczące się platformy, o tyle druga i trzecia ukazały się już tylko na PSP, a i tak tylko druga doczekała się lokalizacji.

PREVIEW_SCREENSHOT1_535066.jpg
 
PREVIEW_SCREENSHOT2_535066.jpg


Dzięki uprzednio przygotowanemu zapisowi gry mogłam od razu sprawdzić, jakie zmiany wprowadziła czwarta część. Rozpoczęcie zabawy od trzeciego rozdziału pozwoliło na ominięcie większości samouczków. Rzucona zostałam w wydarzenia dziejące się w tych samych ramach czasowych co pierwsza część, tylko w innym regionie zmagań. Ponownie zostajemy umieszczeni w alternatywnej wersji Europy z lat trzydziestych. Od razu rzuciła mi się w oczy nowa klasa postaci. Główna bohaterka, Riley, jest grenadierem. Posiada przenośną wyrzutnię granatów, która umożliwia dalekosiężne dewastowanie pozycji wroga, przy jednoczesnym zachowaniu kamuflażu miejsca atakującego. Już od pierwszych minut wiedziałam, że na pewno będę korzystać z jej umiejętności i będzie nieocenionym wsparciem w walce.

PREVIEW_SCREENSHOT3_535066.jpg


Gra nie przynosi drastycznych zmian w oprawie graficznej. Nadal przywodzi na myśl najlepsze japońskie animacje, co dodatkowo potęguje zastosowanie cel-shadingu. W dostępnym czasie udało mi się zapoznać z dwiema misjami. W pierwszej z nich warunki były utrudnione z uwagi na ograniczoną widoczność i padający deszcz. Gra nie pozostawia nas jednak na pastwę losu. Do dyspozycji oddano znane z wcześniejszych części rozkazy, które podbijają umiejętności oddziału. Ponadto, w naszych żołnierzach budzą się ukryte potencjały. Wracają również w pełni udźwiękowione dialogi. To wszystko rzeczy, do których przyzwyczaiły mnie poprzednio wydane odsłony "Valkyrii". Z jednej strony cieszyłam się, że w grze nie zaszły drastyczne ingerencje. Z drugiej jednak, brak wyraźnych nowości może spowodować, że weterani serii poczują się rozczarowani. 

PREVIEW_SCREENSHOT5_535066.jpg
 
PREVIEW_SCREENSHOT6_535066.jpg


Od samego początku widać, że pokonywanie kolejnych misji w "Valkyrii" nie będzie lekkim, leniwym spacerkiem. Przeciwnicy bezwzględnie wykorzystują każdy błędny ruch, więc czujność należy zachować do samego końca. Sama pod koniec drugiej misji zaliczyłam grubą wpadkę, wchodząc bez zastanowienia na minę, co skończyło się śmiercią głównego bohatera. Na szczęście, istnieje możliwość zapisu gry w dowolnym momencie każdej tury. A jeżeli zacznie nam doskwierać zbyt wysoki poziom wyzwania, możemy obniżyć poziom trudności.

Premiery obu gier dzieli zaledwie tydzień. Bawiłam się doskonale przy obu tytułach, z większym naciskiem na "Fist of The North Star". Cieszy coraz pozytywniejsze podejście Segi do zachodniego gracza i zaufanie w dobrą sprzedaż każdej z gier. Nawet jeśli Sega nie zdecyduje się na dalsze lokalizacje tych marek, gracze już wygrali i powinni bez zastanowienia sięgnąć po gry Japończyków.