Recenzja filmu Night Feeder (1988)
Jim Whiteaker

"My suicide child!"

Pomimo niewątpliwie dobrych chęci reżysera i pewnej pomysłowości scenarzystek film wydaje się być atrakcyjny bardziej ze względu na fakt, że jest horrorem rarytasowym, aniżeli jego faktyczne ...
Filmweb sp. z o.o.
Po jednej z obskurniejszych dzielnic San Francisco grasuje seryjny morderca. Policja - z cynicznym inspektorem Alonzem Bernardo na czele - błądzi wśród wątłych tropów jak dziecko we mgle, podczas gdy rozochocona gorącym tematem reporterka Jean Michaelson sieje panikę wśród ludności. Na liście podejrzanych wkrótce lądują chłopak Jean oraz miejscowy bezdomny, sprawy jednak komplikuje wyjście na jaw przyczyny zgonu ofiar - tak nieprawdopodobnej, że pozwalającej wątpić w ludzką naturę zabójcy.

Nikt, kto miał przyjemność zetknąć się z "Night Feeder" (w Polsce dystrybuowanym w ubiegłym wieku przez Delta Video pod tytułem "Nocny pokarm"), nie powinien poczuć się zaskoczony, że jest to pierwsze i ostatnie dzieło amerykańskiego reżysera Jima Whiteakera. Nawet przymykając jedno z dwóch rozmiłowanych (więc i litościwych) w C-klasowych horrorach lat 80. oczu na oczywistą w rzeczonym gatunku tandetę zarówno scenariuszową, jak i techniczną nie da się nie zauważyć dwóch - co prawda niezwiązanych z jakością samego filmu, lecz i tak w znacznym stopniu rzutujących na jego odbiór - felerów. Nad faktem, że okładka VHS, jak również DVD (wydanego w 2015 roku przez Mondo i Bleeding Skull! Video) zdradza ujawnianą dopiero w zakończeniu tożsamość zbrodniarza, można jeszcze przejść do porządku dziennego - oczekiwanie na efektownego gumowego potworka zawsze umila seans. Gorzej natomiast z niesatysfakcjonującym - bo skandalicznie krótkim - popisem, jaki przed kamerą daje nasz rozkoszny niemowlaczek o dżdżownicowatym języku.

Narracyjne zamiary twórców są widoczne jak na dłoni. Tajemnicze zabójstwa oraz pseudośledztwo prowadzone przez jak najbardziej nieprofesjonalną (i niezwykle irytuającą w wykonaniu Kate Alexander) dziennikarkę, leżąc u podwalin prostej jak budowa cepa struktury fabularnej, przez lwią część filmu mają monopol na uwagę publiczności, a napięcie - przynajmniej teoretycznie - budują rzucane tu i ówdzie fałszywe tropy prowadzące do rozwiązania zagadki najbardziej okrężną z możliwych dróg. Biorąc pod uwagę zawstydzająco sztywne dialogi, drewniane aktorstwo i ogólną apatię wszelkich obecnych tu form kinematograficznej ekspresji, trudno nawet oskarżać dystrybutorów o strzał we własne kolano, na miano którego w większości przypadków zasługiwałaby nieszczęsna okładka-spoiler - gdyby nie obietnica soczystego widowiska, prawie niemożliwym byłoby dobrnięcie do końca tak imponującej parady kiczu, warsztatowej ułomności i scenariuszowej jałowizny.

Na nasze (nie)szczęście "Night Feeder" urozmaicono kilkoma smaczkami, które mimo wszystko skutecznie utrzymują widza przed ekranem. Wśród nich znalazł się występ new wave'owej grupy The Nuns (zespół ma w fabule rolę tylko drugoplanową, ale zawsze coś), groteskowa charakteryzacja ofiar zabójcy (żeby nie zdradzać zbyt wiele, napiszę tylko, że ich twarze wyglądają zgoła niewyjściowo) oraz trwająca około trzech minut scena sekcji zwłok - względnie realistyczna i na tyle makabryczna, że pozwala przypuszczać, iż to właśnie na nią poszła większość budżetu produkcji. Odpowiedzialny za make-up i efekty specjalne Jonathan Horton, na przekór rokowaniom, które po prostu nie mogły być dla dzieła Whiteakera korzystne, wycisnął z siebie siódme poty i własnoręcznie uratował obraz od całkowitego zapomnienia... przynajmniej przez fanatyków filmów grozy z niższej półki.

Sam wygląd tytułowego "nocnego pożeracza" jest równie zadowalający co dobitnie przedstawiona autopsja. Jednak wspomniany wcześniej pośpiech, z jakim ten schodzi ze sceny, w pozostawianiu odbiorców o suchym pysku ustępuje chyba tylko aż nadto symbolicznej ilości sztucznej krwi przelanej w "wielkim" finale. Pomimo niewątpliwie dobrych chęci reżysera i pewnej pomysłowości scenarzystek film wydaje się być atrakcyjny bardziej ze względu na fakt, że jest horrorem rarytasowym, aniżeli jego faktyczne walory rozrywkowe - tych niestety zdecydowanie nie wystarcza na (aż) półtoragodzinny seans.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Surgeon_OperatingTable
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie