Recenzja filmu Robin Hood: Początek (2018)
Otto Bathurst

"Robin Hood: Początek" - i koniec

Filmów o Robinie z Sherwood było już kilka, każdy podchodził do historii w nieco inny sposób. Wydawać by się mogło, że wszystko w temacie zostało już powiedziane, jednak tu na scenę wkracza Otto ...
Filmweb sp. z o.o.
Filmów o Robinie z Sherwood było już kilka, każdy podchodził do historii w nieco inny sposób. Wydawać by się mogło, że wszystko w temacie zostało już powiedziane, jednak tu na scenę wkracza Otto Bathurst ze swoją interpretacją klasycznej legendy.

W tej wersji Robin z Loxley (Taron Egerton) jest upadłym lordem, którego majątek został zagarnięty, gdy mężczyzna wyjechał na krucjatę. Tam też poznał arabskiego wojownika, Johna (Jamie Foxx). Losy obu panów przeplatają się i, jak łatwo się domyślić, już wkrótce zostają oni wiernymi przyjaciółmi. John uczy Robina jak walczyć, kraść i poruszać się niezauważenie po mieście. Film reklamowany jest jako prawdziwa historia księcia złodziei, a przywiązanie do realiów historycznych twórcy kilkukrotnie podkreślają na początku. W te zapewnienia ciężko jednak uwierzyć, kiedy widzimy na ekranie takie cuda jak chociażby kusze strzelające ogniem maszynowym. Bohaterowie noszą zaskakująco współcześnie wyglądające stroje, a Nottingham wygląda jak miasto wyciągnięte z "Władcy Pierścieni" czy "Gry o tron". Sam Robin zresztą łudząco przypomina serialowego Green Arrowa, czy to z wyglądu, czy z zachowania. Jak to więc jest z tą historycznością?

Jeśli chodzi o aktorstwo to bywa różnie. Między Egertonem i Foxxem widać jakąś chemię, niektóre sceny z ich udziałem ogląda się całkiem przyjemnie (trening Robina – głupie to, a cieszy), czasem nawet da się uwierzyć w ich przyjaźń. Reszta aktorów wypada już jednak gorzej. Ben Mendelsohn w roli szeryfa, który sprawia wrażenie, jakby jeszcze nie wyszedł z roli imperialnego oficera z "Gwiezdnych wojen", bo gra identycznie (nawet płaszcz ma podobny!). Jamie Dornan sprawia wrażenie kompletnie wypranego z emocji, mimo że jego postać jest kreowana na charyzmatycznego przywódcę. Ciężko też uwierzyć w jego relację z Eve Hewson – między Willem a Marion nie czuć zupełnie nic.

Mówiąc o "Robin Hoodzie" nie sposób pominąć jednego z największych jego problemów, jakim są liczne odniesienia i komentarze społeczne. Osobiście nie mam nic przeciwko takim drobnym smaczkom w filmach, ba, często dodają one obrazowi nowej wartości. Tu jednak twórcy najwyraźniej się pogubili, bo cały film zdaje się być jednym wielkim komentarzem. Znajdziemy tu więc wszystko: wojnę w Afganistanie, w Iraku, zamieszki i bunt klasy robotniczej czy krytykę rządów Trumpa. Oczywiście te wszystkie nawiązania prowadzą donikąd, mam wrażenie, jakby twórcy po prostu odhaczali kolejne motywy, które muszą się w filmie pojawić i wrzucali je tam bez zastanowienia.

Tak prezentuje się "Robin Hood: Początek", film w zasadzie nikomu niepotrzebny, który zdaje się mieć wielkie ambicje, które jednak ostatecznie go przytłaczają. Nie ma co tracić czasu na to dzieło, znacznie lepiej obejrzeć po raz kolejny "Facetów w rajtuzach" Mela Brooksa
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Akavirczyk
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby