Recenzja filmu Szyfry wojny (2002)
John Woo

"Szyfry wojny", czyli Cage na froncie

Zasiadając przed odtwarzaczem DVD, spodziewałam się ujrzeć dużo patetycznych i makabrycznych scen, jak to zwykle bywa w amerykańskich wojennych filmach. Dużo się nie pomyliłam. Początek filmu ...
Filmweb sp. z o.o.
Zasiadając przed odtwarzaczem DVD, spodziewałam się ujrzeć dużo patetycznych i makabrycznych scen, jak to zwykle bywa w amerykańskich wojennych filmach. Dużo się nie pomyliłam.

Początek filmu mnie nie zachwycił. Pojawia się przed nami obraz wojny, scena walki. Cage w samym środku bitwy. Wokół niego po kolei giną jego żołnierze. On jedyny uchodzi cało. Następnie akcja toczy się jakiś czas później − widzimy Nicolasa, a właściwie Sierżanta Joe Endersa, rannego w szpitalu, z pielęgniarką, która próbuje z nim flirtować. Jak już pisałam początek nie urzeka. Cage gra sztucznie i cała ta historia o jego podwładnych, którzy zginęli na froncie jest mocno naciągana i razi widza swoim patosem. Spodziewałam się po tym dobrym aktorze nieco więcej. Stał się jednak dla mnie autentyczny od momentu sceny, gdy gra zalanego w trupa. Wtedy nabiera kolorów i gra bardziej przekonująco.

Pozostali aktorzy spisali się lepiej. Miło oglądało się grę Adama Beacha w roli Yahzee czy Christiana Slatera w roli Oxa. Reszta obsady również nieźle sobie radziła albo przynajmniej tak, że ich gra nie irytowała. Wątek z Ritą graną przez Frances O'Connor wydaje mi się zupełnie niepotrzebny, jakby scenarzysta na siłę chciał upchać wątek miłosny do filmu − zbędny balast. Sceny wojenne są ukazane realistycznie. Leje się krew, giną żołnierze, dużo strzelania, czyli odnajdziemy w nim wszystko to, czego oczekujemy po wojennych filmach. Jest też poświęcenie, ukazanie strachu, paniki i złego wpływu wojny na psychikę żołnierzy. Szczególnie przejmująca była scena, gdy Amerykanie nieświadomie ostrzeliwali swoich.

Muzyka pasuje do filmu, jest na poziomie. Nie powala, ale nie przeszkadza w odbiorze. Plus dla scenarzysty za poruszenie problemu rasizmu i poczucia wyższości nad innymi zakorzenionym w Amerykanach. Film krytykuje te postawy i ukazuje je naturalnie i przekonująco. Dialogi również nie są głupawe. Trochę za dużo w nich patosu. W tej kwestii scenarzysta przesadził.
Na temat wątku historycznego nie mogę się wypowiadać, gdyż nie posiadam wystarczającej wiedzy, ale momentami miałam wrażenie, że pokazane obrazy są zbyt nowoczesne, jak na II wojnę światową.

Zakończenie filmu jest oczywiście wzniosłe i pełne powagi. Ostatnia scena, w której Yahzee wspomina o Joe swojemu synowi, była dla mnie niepotrzebna.

Ogólnie film był dobry, ale kilka rażących wad, które wymieniłam, może odebrać przyjemność oglądania.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).
Fjolek
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły