Recenzja filmu Bohemian Rhapsody (2018)
Bryan Singer

"Wieczność jest nasza teraz"

Ten film to hołd złożony muzyce Queen, choć bynajmniej nie jest to panegiryk na cześć zespołu. Tak samo jak nie jest to rzetelna biografia. Reżyser chciał uchwycić tu coś innego. Fenomen, który ...
Filmweb sp. z o.o.
"One man, one vision" – jeden człowiek, który swoją wizją wywrócił muzyczny świat do góry nogami. Człowiek, który stał się żywym pomnikiem ze spiżu. Legendą przez duże L. "Bohemian Rhapsody" to nie jest biografia zespołu Queen. Fakt, odnajdziemy w filmie wątki pokrywające się z rzeczywistością, ale reżyser Bryan Singer raczej się po nich prześlizguje, tu i ówdzie wypełniając je swoimi wyobrażeniami. Takie jego reżyserskie prawo. I bardzo dobrze, bo dostajemy opowieść naprawdę zręcznie poprowadzoną i nietuzinkową. Jest to historia nieziemskiej charyzmy oraz niezłomności ducha. Opowieść o człowieku, który dawał z siebie wszystko, wykraczając poza skalę. Gitara May'a (Gwilym Lee) już elektryzuje tłum, Taylor (Ben Hardy) rozgrzewa bębny do czerwoności, a palce Deacona (Joseph Mazzello) z niecierpliwością stukają o bas. Powietrze przesycone jest wibrującą ekscytacją tłumu. To jak? "Ready, Freddy"?

Rok 1991. Wyniszczony chorobą AIDS, Freddy Mercury (a właściwie Farrokh Bulsara) umiera na zapalenie płuc w swoim domu w Kensington. Miałem wtedy jakieś sześć lat i dla takiego małego pyrtka Queen i Freddy byli czymś odległym, przewijającym się mgliście jedynie gdzieś w radiu oraz rozmowach dorosłych. Na słuchanie płyt (rozumienie i docenienie kunsztu pisarskiego Bulsary i reszty składu) przyszedł czas znacznie później. Nie znając szczegółowo biografii Queen, szedłem na film z otwartym umysłem i dostałem fascynujący spektakl o tym, jak cztery równe sobie indywidualności spinają się i robią coś, na co żaden ówczesny zespół o zdrowych zmysłach by się nie porwał. A wszystko napędzane jest kosmiczną energią Freddiego, który niczym rozpędzona lokomotywa chce wszystkiego i chce tego teraz. Genialne pomysły nie mogą czekać, a rutyna i schematyzm są dla mięczaków. Pociąg pocisk o nazwie Mercury pochłania więc zachłannie kolejne pokłady sukcesów, nawet przez chwilę nie myśląc o zatrzymaniu się, póki jeszcze można. Choć przecież wszyscy wiedzieliśmy, że nie będzie to niedzielna przejażdżka rowerowa.

photo.title
Zaczyna się zwyczajnie, schematycznie wręcz. Młody, utalentowany chłopak trafia na swój moment, dołączając do amatorskiej grupy Smile. Nie jest to spowite żadną aurą tajemniczości, ot po prostu młodzian mówi, że pisze piosenki i daje popis swoich wokalnych możliwości. Podobnie wyglądało spotkanie Jima Morrisona z Ray’em Manzarkiem ("The Doors"), czy Ryśka Riedla z zespołem Dżem ("Skazany na bluesa"). Lecz w imię starej mądrości: "wielkość od skromnych początków", niezwykły talent i upór zaprowadzą naszych młodzików na szczyty muzycznego show biznesu i unieśmiertelnią ich po wsze czasy. Nie wiem, czy jest cokolwiek, co mogłoby przebić taki status. Może kanonizacja? Zaczynają się koncerty, popularność rośnie niczym aromatyczne ciasto na drożdżach. Pojawiają się ważniacy pod krawatem, tacy jak John Reid (Aidan Gillen) czy Jim Beach (Tom Hollander), którzy wierzą w potencjał zespołu. W końcu przychodzi czas, aby nagrać pierwszą płytę. I tutaj się na chwilkę zatrzymamy, bo "Night at the Opera", a zwłaszcza tytułowa "Rapsodia bohemska" to zupełnie inny rodzaj magii.
photo.title


Różnorodność stylów, mieszanie gatunków, zabawy w wydobywanie dźwięków    z przeróżnych przedmiotów, niebanalność - oto filozofia stojąca za muzyką Queen. Kulisy powstawania opus magnum grupy, "Bohemian Rhapsody", ukazane są w filmie tak, jakbyśmy sami stali gdzieś obok głośnika i obserwowali utarczki słowne między członkami zespołu, ich wybuchy radości oraz gniewu. Czuć chemię, która nieustannie pulsuje między Freddiem, Brianem, Rogerem oraz Johnem. Sztuka tworzenia to nie jest łatwy kawałek chleba, a przecież Queen to zbieranina charakternych indywiduów. Iskier nie zabraknie. To, jak aktorzy odmalowali swoimi kreacjami muzyków, naprawdę pozostawia niewiele do życzenia. Momentami można odnieść wrażenie, że widzimy rzeczywistych muzyków, grających samych siebie. Zwłaszcza Rami Malek, który wkłada całe serce w jak najwierniejsze przedstawienie Mercury'ego. Oprócz oczywistych ruchów scenicznych dochodzą tutaj tak subtelne gesty, jak charakterystyczne ruchy wargami (choć prawdziwy Freddie nie miał aż takiego zgryzu) czy absolutnie powalająca gra oczami. Serio! Tylu emocji w oczach jednego aktora dawno już nie widziałem. Miałem obawy co do wyboru Maleka, którego kojarzyłem jedynie z serialu "Mr. Robot" i gry z PS4 "Until Dawn", do roli człowieka-legendy, świętości wręcz. Zupełnie niepotrzebnie, uwierzcie mi. Makijaż sceniczny może się rozmyć, lecz niepodrabialny uśmiech Freddiego zawsze zostaje. A ten w wersji Ramiego Maleka w niczym nie ustępuje oryginałowi.
photo.title


Wybierając się do kina, fundujecie sobie jeden z najlepszych soundtracków w historii kinematografii. Na Polihymnię! To przecież Queen! I choć setki razy przesłuchałem utwory takie jak "Another One Bites the Dust", "Killer Queen" "Love of My Life" czy "I Want to Break Free", a "Radio Ga Ga" często leci w radiu, to usłyszeć je w dobrze nagłośnionym kinie to tak, jakby uczestniczyć na żywo w koncercie. I ani trochę nie przesadzam. Ten film to hołd złożony muzyce Queen, choć bynajmniej nie jest to panegiryk na cześć zespołu. Tak samo jak nie jest to rzetelna biografia. Reżyser chciał uchwycić tu coś innego. Fenomen, który porywał (i porywa) serca i umysły, każdego wrażliwego człowieka. To opowieść o mężczyźnie, który złożył na ołtarzu sztuki samego siebie. O facecie, który miał mnóstwo wad i potrafił być niezłym dupkiem, ale jednak szczerym i umiejącym dostrzec popełnione głupoty i błędy. Gdzieś w drugiej połowie filmu powoli dociera do nas fakt, że zaczynamy go bezpowrotnie tracić. Artysta znajduje się pod ciągłą presją mediów. "Hieny" bardziej interesuje jego seksualność, niż najnowsza płyta grupy. Do tego choroba z każdym dniem wysysa z Freddiego życie, ale nim jego płomień całkowicie zgaśnie, wybuchnie jeszcze w potężnej eksplozji supernowy jego czterooktawowego głosu. Życie toczy się dalej, a spektakl musi trwać. 

] photo.title

Niezmiernie cieszy mnie fakt, że nie skupiono się bardzo na chorobie czy erotycznym życiu Mercury'ego. Reżyser naszkicował nam pewne motywy na tyle wyraziście i na tyle subtelnie, abyśmy mogli sami zastanowić się nad różnymi faktami, wyciągając swoje wnioski. To przede wszystkim film o potężnej energii muzycznej czterech "dziwaków", który może lecz nie musi zachęcić do rozszerzenia swojej wiedzy w postaci filmów dokumentalnych, czy książkowych biografii zespołu. W moim przypadku ta misja się udała i sam chętnie wgryzę się w szczegóły. Film może i jest zachowawczy, ale mam wrażenie, że nie chodziło w nim o walenie w nas młotem skandali i ekscesów wokalisty, bombardowaniem "tęczową" poprawnością. 

Zamiast tego mamy wartką akcję i mnóstwo zabawnych, świetnie napisanych dialogów. Rzadko trafia się tu melodramatyzm, choć znajdą się momenty, w których łezka porządnie zakręci się Wam w oku. To nie jest hymn na cześć ruchu LGBT, ani też moralitet na temat zagrożeń zakażenia się wirusem HIV.  To hymn na cześć muzyki Queen. Kropka. Świetnie się to ogląda, a co najważniejsze świetnie się tego słucha. Choć film trwa ponad dwie godziny, to kiedy się kończy ma się wrażenie jakby ktoś nagle zgasił wszystkie światła. Cóż, taśma filmowa ma swoje ograniczenia. Tak samo jak ta recenzja, którą dedykuję wszystkim miłośnikom kina o otwartych umysłach i dobrym muzycznym guście. Królowa jest tylko jedna, a reszta to chocholi taniec.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (28 głosów).
Matoru
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)