Recenzja filmu Źródło (2006)
Darren Aronofsky

Święta codzienność

Na jej rozkaz wzrastają, kwitną, rozwijają skrzydła. A gdy odbiera im oddech marnieją i w proch się obracają. Bogini-Królowa, Matka-Starucha, odrzucana, ale drzemiąca wciąż u korzeni naszego ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Źródło (2006)
Na jej rozkaz wzrastają, kwitną, rozwijają skrzydła. A gdy odbiera im oddech marnieją i w proch się obracają. Bogini-Królowa, Matka-Starucha, odrzucana, ale drzemiąca wciąż u korzeni naszego świata, kultury, w samej ziemi, jest główną bohaterką najnowszego obrazu Darrena Aronofsky'ego. Portret ten zachwyca, stawia pytania, na które odpowiedzi na próżno szukać w racjonalności, olśniewa wizualnie i akustycznie. Jest niewątpliwie dziełem odważnym, szczerym, niezwykle żarliwym i wyciszonym zarazem.

Skąd tyle planów czasowych, postaci z różnych światów, natłok obrazów, odłamków mitów i opowieści różnych ludów? Jak odnaleźć metodę w filmowym szaleństwie reżysera? Forma przyjęta przez Aronofsky'ego wielu rozdrażni swoją pozorną chaotycznością, eklektyzmem, deklaratywnością. Czyżby zbyt wiele świętości i namaszczenia płynęło z kadrów „Źródła”? Byłby to osąd chybiony a zarazem najzupełniej słuszny, ponieważ film ten ma formę misterium religijnego. Być może baśniowego misterium wymyślonej religii, jednak odpowiednio wystawnego i pełnego pasji.

Adoracja bogini przy akompaniamencie bębnów i skrzypiec. Otwierające się obłoki, objawienia, wizje, czuwanie. Rytualna śmierć i życie pełne rytuałów spełnianych z miłością. Postaci Aronofsky'ego są kapłanami w najgłębszym znaczeniu tego słowa. Spełniają swoją powinność, mierzą się z nieuchronnym, wiedzą, po co są. Reżyser również doskonale wie, po co powołał je do złudnego życia i rozwiesił im nad głowami wystawne dekoracje filmowej przestrzeni. W przeciwieństwie do wielu bohaterów kina wierzącego w rzeczywistość, a raczej należałoby napisać - wierzącego w dzisiejszość, Tom i Izzi nie snują się po ekranie z posępnej bytowej konieczności, ale działają - kochają, milczą, miotają się, dokonują cudów. I są w tym swoim przerysowanym trwaniu o wiele prawdziwsi niż werystyczne zjawy zaludniające często kino stricte realistyczne.

Wielka w tym zasługa odtwórców głównych ról - Rachel Weisz i Hugh Jackmana. Ze swoją niewątpliwą, ale i niesztuczną urodą znakomicie odnaleźli się we wszystkich konwencjach. Ich kreacje aktorskie łączą w sobie czułość i precyzję z odrobiną patosu w proporcjach wpisujących się znakomicie w podwójne misterium Toma i Izzi. Celebrują oni najdrobniejsze czynności, wiedząc o ich niepowtarzalności, ostateczności być może.

W tej płaszczyźnie jest „Źródło” pochwałą rytuału miłości - od jej najbanalniejszych, zdawałoby się, przejawów, jak kąpiel, spacer, wspólny sen. Wszystkie te chwile ocalone z pustki służą sakralizacji codzienności, która dokonuje się nie tylko w świetle śmierci, ale w obliczu tej największej religijnej tajemnicy, jaką jest związek dwojga ludzi. Jeśli rytuał nie wypływa z serca, ale z powinności, jest martwy. Tak jak martwy jest film, w którym nie czuje się oddechu autora. Na szczęście nie jest to przypadek „Źródła”.

Istnieje jednak i drugie dno, a raczej tło całej historii - rządy Białej Bogini.
Bo choć nie zostaje nazwana, jej obecność daje o sobie znać nieustannie we wszystkich planach czasowych. To ona jest patronką królowej Izabeli, pięknej, strasznej, wspaniałej, którą konkwistador Thomas czci na kolanach i w której imię zabija. Ona mieszka w gałęziach Drzewa Życia, ona jest tym drzewem, a Izzi jest jej córką, kapłanką, jak każda kobieta. Naśladuje ją w akcie twórczym spisując opowieść o wyprawie do krainy Majów. "Finish it" - mówi do swojego męża. Dokończ. A dramat Thomasa polega na niemożności pogodzenia się z Pełnią, ze wszystkimi obliczami Bogini. Zdarza się.

Mężczyzna nie akceptuje Śmierci-Staruchy, która chce mu odebrać ukochaną. Izzi wie, że musi umrzeć. Dla niej śmierć nie jest chorobą. Przyjmuje ją jako dopełnienie egzystencji, następną fazę swego istnienia. Nów - pełnia - stary księżyc. Patrzy w niebo z nadzieją i spokojem.

Poetka dorasta i staje się głosem,
by go stracić w godzinie śmierci.
Wylew krwi kasuje ją ze strony -
A jednak otwieram jej książkę - i z wieczności wieje
przenikliwym chłodem.
(Erica Jong)

Chłód opustoszałych przestrzeni przeraża, paraliżuje, zamyka. Thomas z przyszłości bezustannie od nowa przeżywa swoją utratę. Zamiast ukończyć książkę pozostawioną przez Izzi, tatuuje na swej skórze pamięć. Pamięć o zgubionym sensie.

O zgubionej obrączce - symbolu Pełni. Wiele czasu będzie musiało upłynąć, zanim pojmie on istotę bieli wypływającej z Drzewa Życia, koloru Bogini, istotę okręgu. Akceptując śmierć, zaakceptuje Pełnię, krąg będzie mógł się domknąć i rozpocząć od nowa.

I - jeżeli o to idzie - nigdy za dużo o tym mówić. Do końca czasów. (Edward Stachura)
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (36 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie