Recenzja filmu Equilibrium (2002)
Kurt Wimmer

Świat bez uczuć

"Equilibrium" to odważny i ciekawy debiut, choć niezbyt błyskotliwy. Kurt Wimmer swój pierwszy film oparł na klasykach literatury antyutopijnej i kilku wyśmienitych dziełach filmowych. W jego ...
Filmweb sp. z o.o.
"Equilibrium" to odważny i ciekawy debiut, choć niezbyt błyskotliwy. Kurt Wimmer swój pierwszy film oparł na klasykach literatury antyutopijnej i kilku wyśmienitych dziełach filmowych. W jego obrazie czuć Orwella z jego fantastyczną powieścią "Rok 1984", K. Dicka z wysmakowanymi wizjami przyszłości oraz Bradbury'ego z "Fahrenheit 451". Filmowe wpływy na fabułę nie są już tak wyrafinowane, bo w dzisiejszych czasach czerpać z trylogii "Matrixa" Wachowskich jest równie odkrywcze co repertuar rodzimej telewizji na święta. A na cytaty z Kubricka dodające historii więcej psychologicznej głębi czy chociaż odważniejszego potraktowania kwestii politycznej opisywanego świata nie ma co liczyć. Skoro zatem zarzucam zachowawczość, skąd stwierdzenie, że debiut ten jest odważny? Pozbawiony kompleksu powijaków reżyser, nie boi się swoich fascynacji i zapożycza z nich całkiem zręcznie. Poza tym sci-fi nie jest dziś gatunkiem pierwszej kondycji, a debiutancki obraz Wimmera na swój sposób był powiewem świeżości.

Uściślając, drugim takim powiewem w przeciągu ostatnich lat. Wcześniej był przecież wspomniany "Matrix", z którym notabene "Equilibrium" sporo łączy – głównie w stylistycznych akcentach, ale i w elementach fabuły. Znaczenie obu obrazów i te ich nieduże, choć widoczne podobieństwa skłoniły kinomanów na całym świecie do zażartej, wielowątkowej dyskusji, którą uzupełniały dywagacje nad wizjami przyszłości, kunsztem reżyserskim i grą aktorską odtwórców głównych ról. Wszystko jednak można sprowadzić do jednej kwestii – "Matrix" versus "Equilibrium". Wynik tego pojedynku dla fanów obrazu Wimmera jest oczywisty... podobnie zresztą jak dla zwolenników wizji Wachowskich. Już sam fakt, że wszędzie się widzowie wykłócają nad tymi tytułami i nie mogą dojść do porozumienia, czyni je bardzo ważnymi. Chociażby z punktu widzenia obserwatora, tudzież uczestnika szeroko pojętej popkultury. Dwie ciekawe produkcje science fiction przy wszystkich swoich wadach udowadniają, że nie jest to gatunek do końca stracony razem z formą Lucasa i zainteresowaniem Spielberga.

Wspominam o tym, żeby umiejscowić film Wimmera na odpowiedniej dla niego półce. "Equilibrium" daleko ma do dzieła artystycznie wartościowego, ale za to blisko do ideału gatunkowej rozrywki. Reżyser nie unika efekciarstwa i patosu, co przypadnie do gustu wszystkim masowym wyjadaczom prażonej kukurydzy, ale też dla zmęczonych schematami widzów, uszykował pochowane tu i tam cechy swoich literackich inspiracji. W szczególności – i za to wielkie brawa – uchwycił tak charakterystyczny dla Orwella i Huxleya strach przed przyszłością, jaki wykształcił się w świadomości pisarzy, gdy na ich oczach rozrastał się komunizm i faszyzm. Wimmer z szacunkiem podchodzi do tych lęków pamiętając, że jeszcze nie tak dawno świat drżał na linii wschód-zachód, i nawet dziś (już niepodzielony) patrzy z obawą na komunistyczną Koreę czy szerzący się terroryzm. Gdy odjąć otoczkę akcji i chęć upodobania się zwolennikom widowiskowego łubu-du, pozostanie uczciwy, zręcznie skonstruowany portret służbisty systemu, który powoli dojrzewa do sprzeciwu i walki o wolność. W krajach doświadczonych wszelkiej maści okupacjami, także tymi dobrze nam znanymi sprzed 89’, zrozumiała jest słabość do podobnych historii.

Tytułowe equilibrium to pojęcie wykorzystywane w nauce do określenia stanu równowagi. W świecie filmu termin ten przypisany jest emocjom, które po tragicznych doświadczeniach trzeciej wojny światowej, postanowiono dosłownie usunąć z życia. W tym celu w Librii – ostatniej prawdziwej kolonii ludzkiej – zdziesiątkowana ludność jest zmuszona przyjmować środek farmakologiczny zwany Prozium (obie nazwy, leku i państwa, nie są przypadkowe: dwa leki na uspokojenie, Prozac i Valium oraz kolejny z tej samej grupy, czyli Librium). Obok autodestrukcji, kolejną oczywistą cechą leżącą w naturze człowieka jest wrodzona chęć oporu. Szczególnie, gdy ma ona uzasadnienie. Narzucona autokontrola nie jest tak naprawdę auto-, a cudzą kontrolą sprawowaną za pomocą silnej ręki przemocy. Ręki totalitaryzmu. Podziemny ruch "czujących" zdaje sobie sprawę, że nienawiść, zazdrość i złość prowadzą do wojen, ale do emocji zalicza się także wrażliwość i miłość, z których nie chcą rezygnować i gotowi są o prawo do nich walczyć.

Rząd utworzył system policyjny oparty na doskonale wyszkolonych w wyszukiwaniu i likwidowaniu każdego przejawu uczuć ze sztuką na czele (kłania się uprzejmie "Fahrenheit 451") agentów, zwanych Klerykami Grammatonu. Jednym z tych policjantów przyszłości jest John Preston (Christian Bale), przodownik w wyłapywaniu "zmysłowych" przestępców. Jest do tego stopnia oddany idei pozbawienia człowieka uczuć, że egzekucję żony i matki dwójki swoich dzieci przyjmuje ze stoickim spokojem. Bez uczuć. Ale to właśnie on przejdzie w "Equilibrium" przemianę by w finale stanąć po stronie podziemia. W umysł Prestona wtargnął bowiem przemyślenia, a później uczucia jaki wzbudzi w nim oddanie jego partnera Partridge’a (Sean Bean), a później Mary (Emily Watson), kobiety aresztowana za czucie. Jej przesłuchania przypomną mu żonę straconą w ogniach pieców egzekucyjnych.

Reżyser pozwala sobie na subtelny wątek miłosny całkowicie oparty na drobnych gestach obojga aktorów. Bale z kamiennym wyrazem twarzy i Watson ze swoim rozbieganym wzrokiem i tworzą najbardziej aseksualny i równocześnie przeładowany emocjami związek z jakim w przeciągu ostatnich lat spotkałem się w kinie. Zresztą Bale swoją postać w ogóle wyczuł i odegrał po mistrzowsku. W przeciwieństwie do Reevesa z "Matrixa", jego zerowa mimika jest jak najbardziej uzasadniona, a sceny w których odkrywa uroki czucia to mistrzostwo dramatu. A przypominam że to film akcji sci-fi. Bo za tą rozdmuchaną fasadą walk a la Wachowscy kryje się prawdziwa niespodzianka. Autentyczny ładunek emocjonalny, miejscami tak intensywny, że szlochający sąsiad w sali kinowej nie powinien nikogo zdziwić. Przemiana bezdusznego robota w czującą istotę trąci banałem, ale uroku odmówić jej nie mogę.

Sporadyczny infantylizm na szczęście przyćmiewa przemyślana strona wizualna Librii. Architektura i scenografia przywodzi na myśl faszystowskie, betonowe bunkry, pozbawione ducha i polotu – inspiracją dla scenografów były zresztą pracę Hugh Ferrissa, artysty konceptualnego z początku XX wieku, oraz architektura Berlina z czasów hitlerowskich. Przytłaczający patos tych wielkich, prostych budowli robi przerażająco realistyczne wrażenie. Gdy główny bohater podąża schodami wśród szarych, anonimowych mieszkańców, kamera zwalnia i robi zbliżenie na jego twarz, świadomie pomijając twarze przechodniów, tworząc z nich nieludzką masę. Wimmer ma rękę do podobnych, dwuznacznych scen, bo jest ich tu znacznie więcej, co z jednej strony świadczy o jego niewątpliwym talencie, a z drugiej niestety wzmaga poczucie pretensjonalności. Brak logicznej ciągłości mimo stosunkowo prostej fabuły też nie przemawia na korzyść reżysera. Ale czym są te zarzuty, gdy po seansie kompletnie się o nich nie myśli?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 77% uznało tę recenzję za pomocną (70 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie