Recenzja filmu Taxidermia (2006)
György Pálfi

Życie to groteska

Tak, tak, moi mili... To podróż, w którą wybieramy się nieświadomi, próbując coś osiągnąć na miarę własnych ambicji, przypodobać się ludziom i/lub bogom, by w końcu zemrzeć w najmniej lub - bywa ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Taxidermia (2006)
Tak, tak, moi mili... To podróż, w którą wybieramy się nieświadomi, próbując coś osiągnąć na miarę własnych ambicji, przypodobać się ludziom i/lub bogom, by w końcu zemrzeć w najmniej lub - bywa - najbardziej oczekiwanym momencie, w błahy lub bardziej poważny sposób. I to wszystko..., przynajmniej w wymiarach ostatecznych ludzkiego życia, co do których mamy pewność, że faktycznie istnieją. Logiczne jest to, że skoro coś się zaczęło, musi też się skończyć, a rzekome przetrwanie naszych genów to znikome pocieszenie w tej sytuacji, zważywszy na to, że nawet nasza własna matka-natura płata nam przeróżne figle. Dlatego też to wszystko bywa zabawne na swój wyuzdany sposób. Jest mnóstwo możliwości, mniej i bardziej przyziemnych, aby zapisać się dla potomności (jak to się dumnie określa - stać się nieśmiertelnym w pamięci przyszłych pokoleń), a "Taxidermia" odrapuje z dostojeństwa kilka takich opcji, wyśmiewając należycie i ironizując tą znaną już Horacemu koncepcję "exegi monumentum... "

Film opowiada historię (do trzeciego pokolenia wstecz) pewnego kontrowersyjnego i kuriozalnego zarazem przypadku rzemieślnika-artysty. Jego domniemany dziadek, żyjący w epoce powojennej, lgnie do "cipy", bowiem - jak mniema - z jej powodu świat się kręci i to właśnie ten konkretny narząd jest wspólnym mianownikiem wszelkich dążeń i pragnień każdego mężczyzny. Efekty tej naturalistycznej filozofii, nie wliczając dwóch zdrowych córek, przerastają znacznie oczekiwania tego pana, któremu przekorna opatrzność, w nagrodę za poniżanie odmienności, zsyła dziecko ze świńskim ogonkiem.
Jednakże pierwsza część historii skupia się na kimś innym, kto jest zgoła ciekawszą postacią w całej swej prostaczej sprośności, służalczej uległości, jak i iście żołnierskim wyposzczeniu seksualnym. Być może za sprawą swej potencji, wyuzdanej fantazji oraz silnej potrzeby ciepła i bliskości żeńskiego ciała, to właśnie Vendel Morosgoványi jest (…może nie biologicznym, ale…) prawowitym ojcem Kálmána Balatony.

Tenże z kolei, po amputacji ogonka, już jako dorosły i - delikatnie mówiąc - korpulentny przedstawiciel pokolenia węgierskiego komunizmu, niemalże osiąga tytuł mistrza wyżerki wyczynowej na czas. Incydent z łyżką i niezdrowe współzawodnictwo z kolegą po fachu, sprawiają jednak, że Kálmán przechodzi do historii jako wynalazca niezwykle skutecznej metody pozbywania się treści żołądka, zwanej dalej rzyganiem. Sprawa rysowałaby się prosto i niemalże sielankowo, gdyby nie fakt, że wspomniany wcześniej kolega porywa jego świeżo poślubioną żonę w celu spółkowania. Także znowu stajemy przed dylematem natury genetycznej: który z panów jest odpowiedzialny za torbiel, tudzież mięśniak (?), który za niespełna 9 miesięcy okaże się cherlawym wcześniakiem - spadkobiercą początków kapitalizmu i ery indywidualistycznej autokreacji. Przyjmijmy zatem dla uproszczenia, że ojcem jest ten, który przygarnął i zaopiekował się dzieciątkiem o imieniu Lajoska.

Syn Balatony jest zdecydowanie mniej sławny od swego "wielkiego taty"; ba - jest wręcz niepopularny, w dodatku nieatrakcyjny i dlatego osamotniony, zarówno w swej fascynacji i pasjonującej go pracy oraz w życiu prywatnym, którego znaczna część spełza mu na opiekowaniu się zgryźliwym, niedołężnym starcem i jego trzema wielkimi kotami, tuczonymi margaryną. Jednak Lajoska jest kreatywnym młodzieńcem - popijając w odosobnionym zamyśleniu kawę, błądzi wzrokiem gdzieś w oddali, poszukując dla siebie stosownej roli do odegrania na arenie życia. Tak się makabrycznie złożyło, że również ojciec i jego koty będą miały swój udział w tym epokowym przedsięwzięciu taksydermicznym, które pozwoli sztukmistrzowi przejść we własnej skórze i niemal w całości do historii.

Filmu György’ego Pálfi nie można jednoznacznie sklasyfikować, używając powszechnie znanych kategorii gatunkowych. Nie sposób także trafnie scharakteryzować konwencji, bowiem obraz bywa zarazem śmieszny i śmiertelnie poważny. Rzekłbym, że to kino ekstrawaganckie, "ambitne inaczej", oczywiście w jak najlepszym sensie tych sformułowań. To obraz mieniący się skrajnie różnymi odcieniami, spajający wielorakie kontrasty  i napięcia, które zostają zaakcentowane poprzez wykorzystywanie różnych technik i stylistyk filmowania, bogatej scenografii i aranżacji niektórych ujęć, przyozdobionych znakomitymi kompozycjami muzycznymi Amona Tobina. Doraźna dynamika montażu wzmaga miejscami wrażenie akumulacji wielorakich motywów, zaś niektóre sceny, poprowadzone z anatomiczną skrupulatnością, potęgują uczucie zmieszania, jakby reżyser chciał nas zdeprawować tym nagromadzeniem detali.

Jakkolwiek swoiste skomplikowanie nie ujawnia się li tylko w warstwie formalnej, ale również na płaszczyźnie sensów i znaczeń. Na pozór prosta, choć daleka od prozaicznej banalności, fabuła, implikuje bardzo oryginalne i nietuzinkowe treści, dzięki czemu udało się twórcy zawrzeć w obrazie podskórny, urozmaicony i niejednolity przekaz. Dostrzec tu można na przykład wiele odniesień i prześmiewczego ustosunkowania się do historii polityczno-gospodarczej Węgier. Groteskowa i ironiczna wizja komunizmu jako opasłego potwora, który pod pozorem rywalizacji (wyścigu zbrojeń? planu sześcioletniego?), bezproduktywnie pochłania owoce pracującego ludu, by następnie zwrócić je nie strawione do rynsztoka, jest przykładem sztandarowym. Podobnie znaleźć tu można znamiona prześmiewczej krytyki typowo samczego etosu, uwzględniającego współzawodnictwo, obżarstwo, chęć imponowania, popęd seksualny, itp.

Jednakże film nie poddaje się tak łatwo jednolitym, spójnym interpretacjom i każdy zapewne dostrzeże w nim coś zgoła innego. Bowiem obraz wypełniony jest wieloma aluzjami do życia i sensu egzystencji, dzięki czemu można odnieść wrażenie, że jest to swego rodzaju socjobiologiczny tryptyk, który nie powinien i nie może być brany na poważnie, choć często podczas seansu nie dowierzamy tej zasadzie. Mamy tu różnorakie rozważania o pożądaniu, wyuzdaniu, miłości (bynajmniej nie w tym hollywoodzkim stylu), o ważnych i błahych ludzkich potrzebach, o rozmnażaniu, o samotności i braku zrozumienia, również o niespełnieniu i życiowych porażkach, itd., itd.
Jak na dobry film przystało, "Taxidermia" jest wypełniona treścią, którą serwuje się tu w sposób miejscami przezabawnie karykaturalny, a miejscami obrazoburczy, obsceniczny i obrzydliwy. Jednak chyba największym bluźnierstwem, jakiego dopuścił się reżyser, jest kpina z prozy życia, oglądanego zarówno przez pryzmat socjologiczno-kulturowy, jak i przez septyczną lupę biologa, oczami ekscentrycznego artysty lub szarego, prostego szeregowca, bądź też psychologa, który z przymrużeniem oka śledzi meandry sublimacji męskiego libido. Zapewne nie każdy widz przyjmie te heterogeniczne wizje z zadowoleniem, bowiem jest to kino trudne, ciężkostrawne, a sporadycznie wręcz niesmaczne i przyprawiające o torsje. Lecz w myśl powiedzenia: "Nic, co ludzkie…", warto czasem pomyśleć i w takich kategoriach. Mianowicie - że widok ekskrementów polewanych parującym moczem może nam w niektórych przypadkach wiele uzmysłowić, zwłaszcza to, jak dziwaczni i groteskowi jesteśmy w swych wzlotach i upadkach.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (66 głosów).
parura
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)