Recenzja filmu #WSZYSTKOGRA (2016)
Agnieszka Glińska

(Prze)Śpiewana historia

Zaintrygowana skrajnymi recenzjami "pierwszego polskiego musicalu" przekraczam próg kinowej sali. Siadam wygodnie i czekam, aż historia mnie porwie: piosenkami wykonywanymi przez bohaterów w ...
Filmweb sp. z o.o.

Zaintrygowana skrajnymi recenzjami "pierwszego polskiego musicalu" przekraczam próg kinowej sali. Siadam wygodnie i czekam, aż historia mnie porwie: piosenkami wykonywanymi przez bohaterów w środku dialogów, miłą dla oka choreografią, śpiewająco radzącymi sobie aktorami, no i fabułą, w której punktem obowiązkowym wydaje się być romans. Po ponad 90 minutach wciąż siedzę w fotelu i nie mogę się podnieść – nie chcę się podnieść, bo to by oznaczało, że to już naprawdę koniec filmu. I że właśnie straciłam ponad półtorej godziny życia.
Historia zaczyna się od ujęcia Mostu Poniatowskiego o wschodzie słońca. Zaraz potem trzy dziewczyny z podstawowym asortymentem graficiarzy pod pachą zmykają policji. Po pierwszym utworze docieramy do domu głównej bohaterki, gdzie, poznawszy pozostałe dwa pokolenia silnych kobiet, zostaje uchylony przed nami rąbek tajemnicy, która stanowić będzie najważniejszy wątek fabuły – posesję za wszelką cenę stara się odzyskać potomek dawnych właścicieli, biznesmen Lis.
Tak rodzi się opowieść, której później boleśnie ucina się skrzydła. Bo choć trio Celińska-Preis-Rycembel mogłoby ponieść historię swoim talentem, przywiązać widza do swych postaci, ujawnić ich motywacje – nie dostają na to szansy. Ich bohaterki, razem z fabułą, zostają utopione w morzu pomysłów i coraz to nowych wątków (które dwoją się i troją, by nie znaleźć zamknięcia w kuriozalnym finale), a przede wszystkim w przytłaczającej ilości piosenek, których związek ze scenami jest niekiedy bardzo umowny. Co więcej, gdy wsłuchać się w ścieżkę dźwiękową, dostępną już na płytach, utwory (z kilkoma ciekawymi wyjątkami) zlewają się w jedną całość, która rzeczywiście ma „współczesny sznyt”, ale pozbawia sztandarowe polskie utwory wyjątkowości, którą niezmiennie słyszę w oryginałach. Miodem dla uszu jest jednak cudowna chrypka głosu Stanisławy Celińskiej, która błyszczy w tym filmie najjaśniej z bohaterek.
Jeśli chodzi o męską część obsady, z przykrością stwierdzam, że najlepiej wypada pijaczyna – "złota" rączka Krzysztof Stroiński, sąsiad Paweł Wawrzecki i prawnik Grzegorz Małecki, czyli role epizodyczne… Na główne męskie postacie właściwie nie starczyło już miejsca na taśmie. Motywacje nieustannie miotającego się Sebastiana Fabijańskiego pozostają dla nas tajemnicą, bohater Antoniego Pawlickiego jest natomiast jedną wielką zagadką – ni to duch przeszłości, ni to poważny biznesmen. Najwiarygodniej z trójki głównych męskich postaci wypada Bartosz Żuchowski  – jako wierny, szaleńczo zakochany w Zosi chłopak…
Film Agnieszki Glińskiej bardziej byłabym skłonna nazwać ciągiem teledysków niż musicalem. Choreografia kolejnych piosenek przywodzi na myśl właśnie muzyczne klipy i rozczarowuje zamiast robić wrażenie. Kamera zdaje się być przygotowana na ujęcia bardziej statyczne, chwilami wydaje się nie nadążać za ruchami postaci, irytująco często ukazuje je od dołu. Kinga Preis, którą tak lubię i cenię, wypada papierowo – jakby zastanawiała się nieustannie, co ona w tej produkcji robi (poza śpiewaniem jak zwykle na wysokim poziomie). Animowane wstawki pasują do małych dzieł tworzonych przez trzy przyjaciółki, jednak ich wplecenie pomiędzy szczątkową fabułę a kolejną piosenkę jest dość zdumiewające i nieoczekiwane, a także zupełnie niepotrzebne… Pomysł na pomyśle, piosenka na piosence – a wystarczyło odsiać część z nich i poprawić scenariusz, by powstał obraz na miarę zamysłów twórców.
Moda na hasztagi w rozkwicie. Polskie kom-romy też przeżywają renesans. Tylko że ani to romans, ani ten hasztag adekwatny jakiś. Z ogromną przykrością proponuję zmianę tytułu – na "#NieWszystkoGra". A szkoda...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (40 głosów).