Recenzja filmu Lion. Droga do domu (2016)
Garth Davis

Australijczyk z Indii

Reżyser Garth Davis zręcznie zbudował portret psychologiczny przedstawiając myśli i uczucia Saroo za pomocą retrospekcji. Żadnych zbędnych słów. Mowa ciała - aktorstwo z wyższej półki.
Filmweb sp. z o.o.
Filmy oparte na faktach już na starcie mają wysoko zawieszoną poprzeczkę. Scenarzysta posiada gotową historię, którą trzeba opowiedzieć jak najbardziej zgodnie z prawdą. Dlatego często wprowadzane są fikcyjne wątki poboczne, a główna akcja zostaje możliwie mocno podkolorowana. Nie w tym filmie. W "Lion. Droga do domu" reżyser Garth Davis niczego nie komplikuje. Wąska fabuła, zmierzająca do przewidywanego końca. Widz nie znajdzie tu miliona tkliwych, łzawych, przedłużających się scen. Zaskakuje jednak sposób odnalezienia tytułowej drogi do domu. W dzisiejszych czasach okazuje się tak prosty. Mimo, iż używania Google Maps nie da się skomplikować, nie podkoloryzowano nawet scen podróży do odnalezionego domu. Brak tułaczki, błądzenia po krainie dawnych lat wbrew pozorom tworzy niezmiernie przekonujący scenariusz.

photo.title photo.title

Fabułę filmu podzielić można na dwie części: życie w Indiach i życie w Australii. Scenariusz opiera się na prawdziwej historii Saroo Brierleya z Indii, który w zbiegu pewnych wydarzeń gubi się jako mały chłopiec (Sunny Pawar), oddalając coraz bardziej od rodzimej wioski. Zrozpaczonemu Saroo nikt nie jest w stanie pomóc. Odszukanie jego domu w warunkach, gdzie gazety pełnią podstawową rolę środka masowego przekazu, a część społeczeństwa to analfabeci, okazuje się niemożliwe. Jest zagubiony wśród tłumów ludzi. Pochodzi znikąd. Trafia do ośrodka dla dzieci i wkrótce zostaje adoptowany przez rodzinę z zagranicy. Wychowywany przez australijskie małżeństwo Saroo, traci znajomość ojczystego języka, kultura hinduska zostaje wypleniona- jako dorosły (Dev Patel) nie potrafi jeść bez użycia noża i widelca. Film doskonale pokazuje proces asymilacji, który z początku narzucony, dla chłopca staje się niewymuszony w przeciwieństwie do pojawiającego się w kolejnych scenach innego hinduskiego bohatera Mantosha (Divian Ladwa), który już zawsze będzie goniony przez trudną przeszłość. Pewnego razu wspomnienia z Indii wracają. Główny bohater zaczyna tęsknić za biologiczną matką i rodzeństwem. Gnębiony jest wyrzutami sumienia z powodu wygodnego życia, jakie wiedzie w Australii, a życia niedogodnego, w którym pozostała jego indyjska rodzina. Szargany niepewnością swojego jestestwa postanawia odnaleźć dom z dzieciństwa.

Saroo nie mówi wprost o uczuciach. Mimo to,widz dokładnie zdaje sobie sprawę z wewnętrznych rozterek bohatera. Wstyd, że nie szukał wcześniej indyjskiej rodziny, w której otoczony był miłością. Zniesmaczenie odczuwaniem swego rodzaju ulgi, jaką przyniosło mu łatwe życie w Australii.

Reżyser Garth Davis zręcznie zbudował portret psychologiczny przedstawiając myśli i uczucia Saroo za pomocą retrospekcji. Żadnych zbędnych słów. Mowa ciała - aktorstwo z wyższej półki. Nicole Kidman gra opiekuńczą, dobrą matkę samarytankę. Uniknęła jednak przesłodzenia postaci. Bohaterka zdaje sobie sprawę, że w końcu nadejdzie dzień, w którym przeszłość dogoni Saroo i nie zostawi go w spokoju. Jednak jako matka nie jest w stanie przygotować się na wewnętrzną walkę, w której zatraca się jej syn. Chłopak, wracając myślami do dzieciństwa, oddala się od rodziny i przyjaciół. Kobieta cierpi w ciszy, lecz pokornie akceptuje wybory Saroo, okazując wyrozumiałość.

photo.title

Europejczyków, obraz codziennego życia biednych dzielnic azjatyckich, brudu, hałasu, ruin może męczyć."Lion" nie przypomina filmu "Slumdog. Milioner z ulicy". Zamiast ogromu zabrudzonych slumsów, wstawiono zdjęcia barwnych okolic. Piękne Indie. Majestatyczne ujęcia krajobrazów. Dodatkowo, wszystko zwieńcza muzyka. Nie jest nachalna, a prowadzi motywem przewodnim przez cały film. Pasuje do historii. Brawo Dustin O'Halloran.

Film trzyma się gatunku od początku do końca. Jest bardzo spójny. Pomimo spodziewanego zakończenia, do którego dąży opowieść powstrzymanie łez w momencie kulminacyjnym jest niemożliwe. Reżyser podjął słuszną decyzję wstawiając na koniec, dla smaczku, prawdziwe ujęcia Saroo wraz z matką biologiczną i matką z Australii. Wzniosła chwila.

"Lion. Droga do domu" wzrusza i wciąga. Nie jest przesadnie ambitnym filmem. Posiada szczęśliwe zakończenie, jednak na romantyczny wieczór nie pasuje. Podkreślając wartości rodzinne, nadaje się do obejrzenia z bliskimi. Prawdziwy z przekonującą grą aktorską. Dobre kino.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (28 głosów).
asiabiba
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)