Recenzja filmu Człowiek, który zabił Don Kichota (2018)
Terry Gilliam

Bandyci naszych czasów

Zapewne trudno o inną reakcję na tak długo wyczekiwany i rodzony w bólach film niż lekkie rozczarowanie – poprzeczka zawieszona była bardzo wysoko, w głowach kinomanów projekt pęczniał jako ...
Filmweb sp. z o.o.
Kiedy Terry Gilliam wchodził na plan "Człowieka, który zabił Don Kichota", walkę z wiatrakami miał już opanowaną do perfekcji. Do legendy przeszły jego kłopoty przy realizacji "Przygód barona Munchausena", a koszmar, jakim okazała się szybko zawieszona produkcja pierwszej wersji przygód Don Kichota (zdjęcia rozpoczęte w 2000 roku trwały zaledwie kilka dni), został pieczołowicie zarejestrowany w dokumencie "Zagubiony w La Manchy" Keitha Fultona i Louisa Pepe. Premiera filmu Gilliama, po 29 latach od momentu, kiedy zdecydował się on zaadaptować powieść Miguela Cervantesa, to dowód na to, że reżyser nie wystraszył się ciążącej nad filmowcami klątwy (przez lata z błędnym rycerzem zmagał się Orson Welles, który swojego filmu nigdy jednak nie ukończył). Jeana Rocheforta w głównej roli zastąpił Jonathan Pryce, a zamiast bajki o pracowniku branży reklamowej (miał się w niego wcielić Johnny Depp), cofającym się w czasie do XVII wieku, otrzymaliśmy opowieść o kapryśnym reżyserze Tobym (Adam Driver) pracującym nad… filmem o przygodach Don Kichota.


W końcowej wersji swojego dzieła Gilliam zapisał więc historię jego powstawania, która niczym kolejne warstwy geologiczne osadzała się na różnych poziomach scenariusza. "Człowiek, który zabił Don Kichota" to już nawet nie tyle luźna wariacja na temat jednego z najważniejszych dzieł kultury europejskiej, ile autotematyczne kino akcji o filmowcu dosłownie zagubionym pośród wysuszonych hiszpańskich pejzaży. Silnie wyeksponowana rola układającego się z rosyjskimi gangsterami producenta (Stellan Skarsgård) i jego ponętnej żony (ironiczna Olga Kurylenko) oraz Toby przypominający sobie na planie, że kręcił kiedyś na tych terenach swój studencki film o Don Kichocie – to dowody na fabularną potrzebę "zagadania" pierwotnego materiału i wyczerpanie Gilliama, którego bardziej niż sam Don Kichot interesowała najwyraźniej sytuacja kogoś, kto porywa się na zrobienie o nim filmu.


A jednak ułańska fantazja, z jaką kojarzymy kino Gilliama – i związane z nią bombardowanie widza wizualnymi atrakcjami aż do granic wytrzymałości – dochodzi do głosu także w tym słodko-gorzkim kompromisie, jakim stał się koniec końców jego "Don Kichot". Jest to film zrodzony z autentycznej miłości do świata wykreowanego przez Cervantesa, zrealizowany na pełnych obrotach, wrzucający nas w kalejdoskop atrakcji i kolejne poziomy świata przedstawionego. Don Kichot – ponadczasowa figura marzyciela i zarazem protoplasta współczesnych schizofreników – to, podobnie jak baron Munchausen, oczywiste alter ego Gilliama, dla którego zmyślenie i fikcja zawsze będą prawdziwsze od suchych faktów. Jonathan Pryce jest w tej roli znakomity, szczególnie kiedy naśmiewa się dobrodusznie z Toby'ego, biorąc go za swojego wieśniaczego giermka Sancho Pansę. Adam Driver (popularność aktora po występie w "Gwiezdnych wojnach: Przebudzeniu mocy" pomogła Gilliamowi zebrać pieniądze na film) miesza w swojej kreacji histeryczne gesty z ciętym dowcipem godnym utalentowanego buca.

W pewnym momencie członek ekipy kręconego przez Toby'ego filmu rzuca mimochodem, że pozostałe elementy sceny "dorysują w komputerze". "Człowiek, który zabił Don Kichota" to poniekąd rozliczenie się Gilliama z nadużywanymi przez niego cyfrowymi efektami specjalnymi, które pozbawiły aury wyjątkowości późne filmy reżysera na czele z "Parnassusem". Praktyczne efekty specjalne stanowiły w "Bandytach czasu" i "Brazil" o sile i atrakcyjności jego wizji, łączących produkcyjny rozmach z estetyką szalonych samoróbek. Pozszywana, posklejana i nieokiełznana scenografia filmów Gilliama oddawała charakter jego eklektycznej wyobraźni. W "Don Kichocie" próbuje on wrócić do rzemiosła opartego na materialnych rekwizytach i optycznych trikach, dzięki czemu w niektórych scenach – na przykład starcia z olbrzymami czy rycerskiego pojedynku – film emanuje staroświeckim urokiem.


Zapewne trudno o inną reakcję na tak długo wyczekiwany i rodzony w bólach film niż lekkie rozczarowanie – poprzeczka zawieszona była bardzo wysoko, w głowach kinomanów projekt pęczniał jako potencjalne opus magnum reżysera, a po tylu latach oczekiwania dostaliśmy po prostu solidny spektakl poruszający ulubione tematy reżysera: nieodróżnialność snu od rzeczywistości, deliryczno-surrealistyczny charakter wszelkich wielkich przygód oraz potrzebę wiary w mit, która łatwo może osunąć się w szaleństwo. Ostatnie słowa, jakie padają z ekranu, przekonują, że "Don Kichot będzie żył wiecznie". Nie mamy co do tego wątpliwości, podobnie jak ani przez chwilę nie wątpimy w twórcze szaleństwo Gilliama. Może właśnie dzisiaj, kiedy z dużym opóźnieniem pokazuje światu film o rycerzu, który rozminął się z własną epoką, reżyser bardziej niż kiedykolwiek zaczyna przypominać swojego bohatera.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (72 głosy).
Sebastian Smoliński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry