Recenzja filmu Hair (1979)
Miloš Forman

Beztroski bunt i bezwzględna wojna

Film ten nie zaczyna się od trzęsienia Ziemi... Przeciętny młody człowiek i mężczyzna w średnim wieku stoją przy pustej drodze. W oddali widać zbliżający się autobus - kontakt z szerokim światem, ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja TV Hair (1979)
Film ten nie zaczyna się od trzęsienia Ziemi... Przeciętny młody człowiek i mężczyzna w średnim wieku stoją przy pustej drodze. W oddali widać zbliżający się autobus - kontakt z szerokim światem, poza spokojną Oklahomą. Mężczyźni wymieniają między sobą kilka banałów. Jakby chłopak nie jechał daleko. Ale jedzie. Wyrusza zaciągnąć się do wojska, by walczyć w Wietnamie. Właśnie żegna się z ojcem. Może już nigdy się nie zobaczą? Ojciec postanawia dać mu życiową radę, na sekundy przed wejściem do autobusu: "Niech martwią się cwaniaki...o naiwnych zadba Pan Bóg!". Zdanie to okaże się prorocze...

I tak Claude Bukowski trafia do Nowego Jorku. Poznajemy też drugiego głównego bohatera filmu - muzykę. Wyzwoleni, kolorowo ubrani hippisi tańczą swobodnie
w Central Parku. Pierwsza piosenka z filmu to "Aquarius", swoisty hymn tych młodych ludzi. Wśród nich zwraca uwagę wesoła czwórka - Berger, Hud, Woof i Jeannie. Wymyślili właśnie kolejny szalony pomysł - jazdę konno. Nie mają co jeść, nie mają gdzie spać, ale przecież mają siebie nawzajem, zapas marihuany, długie włosy i... wolność. Karty powołania do wojska bez namysłu spalili. I ta właśnie grupa przypadkowo styka się z naszym bohaterem, Claude'em, w tanim garniturku, walizką w ręku i niewzruszoną potrzebą walki za własny kraj. Najpierw chłopak przyczynia się do wynajęcia przez nich na godzinę wierzchowca, a potem ratuje, gdy koń ucieka. Przy okazji zakochuje się od pierwszego wejrzenia w pięknej dziewczynie, także jeżdżącej konno po parku...

Banda hippisów już się od niego nie odczepi. Razem "poznają miasto". Dzięki nim poznaje też "dziewczynę z parku", którą okazuje się Sheila, "panienka z dobrego domu". Nie taka grzeczna, jaką udaje przed rodzicami, gdyż za zamkniętymi drzwiami pokoju popala marihuanę tak samo chętnie jak hippisi. Niezapomniana jest scena, gdy grupa wdziera się na zamknięte "cocktail party" by ją spotkać. Sprawy wymykają się spod kontroli do tego stopnia, że Berger kończy imprezę, wyśpiewując swój życiowy manifest, tańcząc po stole i demolując zastawę... Claude z trudem opuści tę wesołą bandę, gdy przyjdzie się zaciągnąć, ale nadal uważa, że musi to zrobić. W czasie treningów w koszarach ma jednak coraz większe wątpliwości...

Film w lekkiej formie musicalu i, można powiedzieć, filmu młodzieżowego, porusza istotne problemy. Przede wszystkim kwestię wojny - czy może być słuszna? Niezapomniana jest piosenka "Walking In Space", gdzie wstrząsająco zestawiono żołnierskie dziarskie śpiewy z wysokim głosem młodej Wietnamki, która... prawdopodobnie umiera. Ale film jednocześnie nie gloryfikuje hippisów. Pokazuje, że choć wybrali wolność i mają rację, nie chcąc uczestniczyć w wojnie, to nadal są zależni od świata. Gdy wszystko zawodzi, nie wahają się poprosić rodziców o pieniądze, sami przecież nie zarabiają. Ich bunt często jest chwilowy, prowadzi do życiowej nieodpowiedzialności za własne czyny - jedna z postaci okazuje się mieć żonę i małe dziecko, z którymi zerwała kontakt po przyłączeniu się do grupy. Jednak grzeszki hippisów wydają się nikłe w porównaniu z zakłamaniem "porządnych obywateli". Dla hippisów nie liczą się pieniądze, dobra praca, autorytet, opinie innych ludzi, dla pokolenia ich rodziców - tak.

Film pokazuje, że trzeba siły, by młodzieńcze ideały zachować w dalszym życiu. Nie trzeba żyć tak ekstremalnie jak bohaterowie filmu, nie trzeba być tak nieobliczalnym i niekiedy naiwnym. Wystarczy zachować wolność w sercu. Nieprzypadkowo ostatnia scena filmu, pozornie niezwiązana z resztą akcji, to tłum ludzi przed Białym Domem trzymający w dłoniach hippisowskie transparenty i śpiewający "Let The Sunshine In". Ta autentyczna scena pokazuje, że nadal istnieją ludzie, dla których takie hasło jak "make love, not war" coś jeszcze znaczy. Milos Forman nakręcił bowiem "Hair", jak czepiało się wielu krytyków, o 10 lat za późno. W 1979 ludzie słuchali już disco, a na parkiecie szalał John Travolta. Kto by wtedy pamiętał o muzyce hippisowskiej? Śmiem twierdzić, że to ona okazała się trwalsza, a moda na disco bardzo szybko przeminęła, nie niosąc przecież ze sobą żadnego głębszego przesłania.

Tak naprawdę to Claude jest w filmie postacią kluczową, mimo że jego przyjaciele są o wiele barwniejsi. Ale to on dojrzeje wewnętrznie, on zmieni się w czasie filmu i ukształtuje swój charakter. Jaką drogę później wybierze? Nie wiemy, zakończenie pozostaje otwarte i przejmująco smutne... Sztubacki żart może przecież kosztować życie. Beztroska zabawa znika, gdy pojawia się prawdziwe życie i okrucieństwo wojny.

Muzyka w filmie jest po prostu wspaniała. Piosenki idealnie wtapiają się w treść filmu, ale jednocześnie można ich słuchać w zupełnym oderwaniu od akcji. "Aquarius", "Donna", "Manchester England", "I Got Life", "Where Do I Go", "Good Morning Starshine", końcowe "The Flesh Failures/Let The Sunshine In" i wreszcie tytułowe "Hair" - te piosenki zapadają w pamięć, niczym największe przeboje. Co ciekawe, wykonywali je często sami aktorzy. John Savage, Beverly D'Angelo i przede wszystkim Treat Williams pokazali, że mają naprawdę dobre głosy. Niestety, nie dane im było tego wykorzystać w żadnym innym filmie, a ich kariery potoczyły się w zupełnie innych kierunkach niż musical. Szkoda, jednak trzeba pamiętać, że w tamtych czasach powstawało naprawdę mało filmów tego rodzaju. Co innego Don Dacus, który dla kinematografii wsławił się tylko rolą Woofa - w prawdziwym życiu był piosenkarzem, jednak w 1982 roku słuch po nim zaginął... Czyżby nad "Hair" krążyła klątwa, która nie pozwoliła aktorom śpiewać w niczym innym?

Choreografia to kolejny plus tego filmu. Do dziś sceny taneczne robią wielkie wrażenie. W filmie nie ma bowiem trików czy efektów specjalnych. Jest natomiast galeria ciekawych, od razu dających się lubić postaci, narkotyczne wizje, wiele zabawnych scen i... wiele smutku.

Moim zdaniem, jest to jeden z nielicznych naprawdę kultowych filmów. Moi rodzice go uwielbiali, teraz ja go uwielbiam. Myślę, że dla kolejnego pokolenia też będzie zrozumiały. Zawsze przecież toczą się wojny. Zawsze trwa wyścig szczurów. Zawsze ktoś karze ci robić coś, czego do końca nie chcesz. I zawsze gdzieś istnieją outsiderzy. Ktoś taki jak charyzmatyczny Berger. Tylko od nas zależy, z kim sympatyzujemy. Z większością posłusznych owiec pędzonych na rzeź? Czy z beztroską gromadką czarnych owieczek nie zamierzających ruszać w przepaść?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (29 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)