Recenzja filmu Bumblebee (2018)
Travis Knight

Bojowy lot trzmiela

Nastoletnia Charlie i jej ważne inicjacje: pierwsze zauroczenie, pierwsze własne auto i pierwsza przyjaźń na dobre i na złe z kosmitą. Nie zapominajmy również o pierwszym ratowaniu świata! Czy ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Bumblebee (2018)

Filmy z serii "Transformers" to kino atrakcji w najczystszej formie, fabularno-wizualne fajerwerki dla całej rodziny. Choć od premiery pierwszej części minęła ponad dekada, przygody dzielnego Optimusa Prime’a i jego towarzyszy nadal cieszą się dużą popularnością. Niestety każdy kolejny epizod był coraz gorszy i nawet największym fanom trudno było przełknąć "Ostatniego rycerza", w którym złe było absolutnie wszystko: od drewnianego aktorstwa, przez absurdalny scenariusz (legendarny Król Artur a sprawa Autobotów) po kiepski montaż i nowych, zupełnie niedających się polubić bohaterów.
photo.title


Całe szczęście, że twórcy – głównie trio Bay, Spielberg i producent di Bonaventura – poszli iście Marvelowskim tropem: otóż ten gigant kina komiksowego racząc widzów kolektywnymi "Avengersami", nie zapomina także o bardziej (lub mniej) kameralnych origins stories, a fani mogą odpocząć od apokalipsy i kryzysów na skalę wszechświatową przy świetnej "Czarnej Panterze" czy reboocie "Spider-Mana". Na bohatera pierwszego prequela "Transformerów" wybrali najsympatyczniejszego z Autobotów – Bumblebee.

Historia rozgrywa się w latach 80. – na fali panującej w popkulturze nostalgii, przez którą tysiące widzów pokochało m.in. "Stranger Things" czy  powieść (a potem jej ekranizację) „Ready Player One”, a główna bohaterka to 18-letnia Charlie (przekonująca Hailee Steinfeld). Scenarzystka Christina Hodson stworzyła postać, z którą niezwykle łatwo mogą utożsamić się i dziewczyny, i chłopaki i za to należą się jej brawa. Męskie imię, hobby – samochody (zwykle jednak to "płeć brzydka" lubi grzebać w silnikach i szybką jazdę) połączono z iście kobiecą wrażliwością, empatią i chęcią niesienia pomocy. Buntowniczy look, rockowy gust muzyczny, zadziorne spojrzenie i waleczność – B-127 miał szczęście, trafiając akurat na Charlie (chociaż to właściwie ona trafiła na niego, szukając na złomowisku części do naprawy auta). Ich niezwykła przyjaźń zostanie wystawiona na próbę, kiedy dwa demoniczne Decepticony i nie mniej demoniczny agent Burns (John Cena) zjawią się, żeby zniszczyć uroczego, żółtego Volkswagena garbusa…
photo.title photo.title


Do filmu "Bumblebee" pasuje epitet "fajny", bo wszystko jest tu właśnie takie: fajna jest Charlie, fajną przygodę przeżywa, fajne są starcia robotów, fajny jest rozwój akcji i tak dalej. Pytanie tylko, czy we współczesnym kinie ma rację bytu produkcja tylko "fajna". Bo historia pasiastego wkrótce-już-Camaro nie jest ani epicka, ani porywająca. Bohaterów można policzyć na palcach obu rąk, sceny walk nie są odmierzane w kwadransach, a humor sytuacyjny przeplata się z osobistym dramatem Charlie, która wciąż rozpamiętuje śmierć ukochanego taty. Na tle poprzednich części ten sequel wypada dość kameralnie, wręcz ubogo, ale to właśnie jest największy plus tej produkcji. Jest to po prostu fajne widowisko dla całej rodziny, dobry pomysł na weekendowy wypad do kina.


"Bumblebee" ma w sobie wiele iście disnejowskiego uroku: bohater/ka, który/a za dziesięć miesięcy (bo wyjeżdża w końcu na studia) przestanie wierzyć w bajki, spotyka istotę z innego (na swój sposób magicznego) świata i razem przeżywają Wielką Przygodę, walcząc ze Złem orężem i rozumem. Któż nie lubi takich historii? Chyba tylko ci, którzy pozwolili do reszty zaniknąć swojemu "wewnętrznemu dziecku". Myślę, że reszta widzów będzie się dobrze bawiła w kinie, pośmieje się, może nawet nieco wzruszy i w głębi serca zamarzy o podobnej przygodzie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Dai
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry