Recenzja filmu Mario (2018)
Marcel Gisler

Bramki są dwie, a życie tylko jedno

Czy talent rzeczywiście jest błogosławieństwem? Ile można poświęcić dla realizacji marzeń? Te zaskakujące pytania stawia Marcel Gisler w swoim nowym filmie. Zaskakujące, ponieważ na pierwszy rzut ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Mario (2018)
Czy talent rzeczywiście jest błogosławieństwem? Ile można poświęcić dla realizacji marzeń? Te zaskakujące pytania stawia Marcel Gisler w swoim nowym filmie. Zaskakujące, ponieważ na pierwszy rzut oka "Mario" jest kolejnym typowym melodramatem o miłości dwóch młodych chłopaków, na których drodze do szczęścia stanęły okoliczności. To, co dla większości reżyserów byłoby wystarczającym powodem do nakręcenia filmu, dla Szwajcara jest jedynie pretekstem, by opowiedzieć o życiu profesjonalnego sportowca, o wyborach, przed jakimi staje, i wyrzeczeniach, które są nieodzownym elementem podążania wąską ścieżką ścisłej specjalizacji.


Tytułowy bohater to młody piłkarz. Jeszcze gra w lokalnej drużynie, ale jeśli zachowa determinację i nie straci z oczu celu, to już wkrótce wrota wielkiego świata futbolu staną przed nim otworem. Mario ma bowiem olbrzymi talent – odziedziczony zresztą po ojcu, który od maleńkości przysposabiał go do kariery zawodowego sportowca. Kiedy poznajemy bohatera, robi on wrażenie poukładanego i skupionego na realizacji wyznaczonych celów. Ale nagle pojawia się ten drugi – Leon. Jest równie utalentowanym piłkarzem co Mario. A może nawet jeszcze bardziej. Kiedy dołącza do drużyny, z miejsca staje się dla bohatera zagrożeniem. Ma bowiem wszystkie zadatki, by zająć miejsce Maria, zwrócić na siebie uwagę selekcjonerów i wyruszyć na podbój największych stadionów świata. Rywalizacja między nimi szybko zmienia się jednak w coś zupełnie innego. Mario i Leon zostają partnerami. Na murawie tworzą tandem, który może pomóc wybić się im obu. Problem w tym, że stają się też partnerami poza boiskiem. A to może zniszczyć im karierę równie skutecznie co nowy, bardziej utalentowany piłkarz lub kontuzja. Bo w świecie wielkiego futbolu jednostka może wyróżniać się tylko jednym – swoimi umiejętnościami. Cała reszta ma być – przynajmniej w świetle fleszy – konwencjonalna do bólu, czego symbolem jest na przykład odpowiednia kobieta u boku.

Ci, którzy oczekują poruszającej opowieści o Wielkiej Miłości, powinni przygotować się na rozczarowanie. Warstwa melodramatyczna "Maria" podąża bowiem po linii najmniejszego oporu. Marcel Gisler nie kryje się z tym, że bezrefleksyjnie powiela schemat gejowskiego romansu. Zadbał jedynie o to, by grający parę głównych bohaterów Max Hubacher i Aaron Altaras wyglądali wiarygodnie w roli zakochanych chłopaków. Sama historia ich miłości poprowadzona jest mechaniczne i bez emocji – w konsekwencji łatwo można o niej zapomnieć.


Nie jest to jednak wynik braku umiejętności reżysera, ale jego świadoma decyzja. Gislera bowiem o wiele bardziej interesował świat zawodowej piłki nożnej i egzystencjalne dramaty tych, którzy marzą o pucharze Ligi Mistrzów. U Szwajcara sport nie służy tylko do fetyszyzacji męskiego ciała (co robi np. dokument "Fulboy"). Nie wykorzystuje go również jako metafory opresyjnego patriarchalnego systemu, w którym gej postrzegany jest jako intruz, zagrożenie, zdrajca. W "Mario" piłka nożna jest traktowana tak, jakby to ona była głównym bohaterem.

Z łatwością mogę sobie wyobrazić, że Mario – zamiast dźwiagać brzemię bycia gejem – skrywa inną tajemnicę, np. ma nielicujące z wizerunkiem profesjonalnego piłkarza zainteresowanie. Bo film Gislera jest przede wszystkim opowieścią o świecie, w którym liczy się zestaw wyspecjalizowanych umiejętności. To ich rozwijaniu podporządkowywane są wszystkie wybory życiowe. W ten sposób człowiek przestaje być istotą potencjalną. Nie może być już tym, kim chce być – nawet jeśli trawią go inne pasje czy potrzeby. Na wyspecjalizowanej ścieżce już w dzieciństwie wszystko zostaje podporządkowane jednemu celowi – jakiekolwiek późniejsze zmiany i chęć podążania za głosem serca wiąże się z dużym ryzykiem, że oto wieloletnie starnia pójdą na marne, a marzenia o będącym już w zasięgu ręki sukcesie legną w gruzach. Z drugiej strony – dążenie do celu mimo zgoła innych potrzeb może sprawić, że triumf zyska ostatecznie gorzki posmak i zostawi zwycięzcę z poczuciem, że oto stracił szanse na prawdziwe szczęście. Reżyser postawił Maria na egzystencjalnym rozdrożu i znakomicie pokazał, jak bolesnego wyboru trzeba dokonać, by być wielkim w wybranej przez siebie dziedzinie. Max Hubacher może nie jest zbyt przekonujący jako młody gej, ale wewnętrzną walkę o to, jak ma żyć jego bohater, pokazał bezbłędnie. Dzięki jego kreacji i konsekwentnej prezentacji "Mario" ma więc więcej wspólnego z dokumentem "Tancerz" niż z "Pięknym draniem" czy "Krainą burz".

Nie jest to jednak niestety film tak udany, jak mógł być. Wydaje się, że problem tkwi w przyjętym przez reżysera założeniu. Gisler, jak bohater jego filmu, najwyraźniej uznał, że stoi przed zerojedynkowym wyborem: może albo nakręcić dobry dramat egzystencjalny o piłce nożnej, albo dobry melodramat o młodzieńczej miłości. Ale w kinie nie trzeba się skupiać na jednym – co udowodnił chociażby Alan Brown w "Pięciu tańcach". To jeden z najciekawszych filmów ostatnich lat o tańcu, a zarazem bardzo wciągająca opowieść miłosna. Pozostaje więc żal, że Gisler nie zdołał równie udanie połączyć obu warstw fabularnych "Maria".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 70% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły