Recenzja filmu Han Solo: Gwiezdne wojny - historie (2018)
Ron Howard
Waldemar Modestowicz

Co dwie głowy, to nie jedna

"Han Solo" już od samego początku był skazywany na porażkę. Wielu ludzi nie widziało żadnego sensu w realizacji tej produkcji. Bo po co komu nowy Han Solo, skoro od niepamiętnych czasów grał ...
Filmweb sp. z o.o.
"Never tell me the odds!" - tak zwykł mawiać najsłynniejszy przemytnik w Galaktyce, któremu żadne przeszkody nigdy nie przeszkadzały do zrealizowania własnego celu. W rzeczywistości był to jednak zwykły samotny zuchwalec, który nazywał się Han Solo, a którego my wszyscy tak bardzo polubiliśmy. I to nie tylko za to, że miał odlotowego Sokoła Millenium, fajny blaster, czy uroczego przyjaciela-futrzaka Chewbaccę... ale przede wszystkim dlatego, że pod skorupą tego zawadiackiego uśmiechu i zagrywek, których by się nie powstydzili nawet najwięksi kobieciarze świata, był to po prostu człowiek o dobrym sercu. W efekcie polubiliśmy więc jego styl życia i ciągłą passę nieszczęść przemawiającą na jego (nie)korzyść. Han Solo stał się więc obok Luke'a Skywalkera, Obi-Wana Kenobiego, czy Dartha Vadera jedną z najpopularniejszych ikon w całej serii "Gwiezdnych Wojen". A czy można było się spodziewać, że dokona tego jakiś zwykły... przemytnik? Raczej nie, bo ktoś by wręcz rzekł, że to zwykły łajdak. Ale jak to sam Han Solo powiedział: "Lubisz mnie, bo jestem łajdakiem". I za to go właśnie widzowie pokochali.

Han Solo rozwijał się zatem na naszych ekranach z każdą kolejną częścią. Najpierw wydawało się, że będzie on zwykłym przemytnikiem, który własne dobro będzie zawsze stawiał wyżej od innych. Lecz wtedy zaszła w nim nagła przemiana. Następnie połączyła go skomplikowana więź z księżniczką Leią... Hana wciąż jednak ścigała przeszłość. Został złapany, zamrożony, a później oswobodzony z rąk chciwego Jabby przez swoich przyjaciół. W końcu przyczynił się do pokonania Imperium, po którym wraz z Leią wyznali sobie miłość. Mieli syna Bena. Wydawało by się, że to jest piękna bajka. Niestety w ostatecznym momencie, kiedy Han do samego końca był oddany przyjaciołom i rodzinie... zdradził go własny syn. Była to więc baśń o łajdaku o wielkim sercu. Ale skończona. Tym bardziej decyzja o nakręceniu kolejnej części "Gwiezdnych wojen - historii", skupionej na postaci łajdaka z Korelii wydawała się być początkowo niesłuszna. Po co bowiem kręcić film o Hanie, skoro w jego roli nie zobaczymy Harrisona Ford? - zastanawiało się zapewne wielu. Czy więc Han Solo w najnowszym filmie wciąż ma w sobie tą charyzmę, łobuzerski uśmiech i dobroć, za którą stał się naszym ulubieńcem? Wszystkim tym, którzy obawiali się "Hana Solo" mam do powiedzenia jedno: I have a good feelings about this...


"Han Solo" to drugi film z serii "Gwiezdnych wojen - historii", skupiający się tym razem na historii nikogo innego, jak właśnie młodego Hana Solo (Alden Ehrenreich), który jak się okazuje już od dzieciństwa miał dar pakowania się w kłopoty... Młody chłopak zawsze jednak potrafił znaleźć wyjście nawet z beznadziejnej sytuacji. Co prawda mógł on liczyć na swoją ukochaną Qi'rę (Emilia Clarke), lecz będąc samotnym na Korelii, skrycie marzył tylko o jednym - wydostaniu się z planety i zaczęciu nowego życia... a także zdobyciu własnego statku i zostaniu najlepszym pilotem w Galaktyce. Jego złudzenia powinny spełznąć na niczym... ale karta się do niego uśmiechnęła i uciekł z planety - tylko po to, by trafić do wojska Imperium i poznać niesfornego Wookiego, Chewbaccę (Joonas Suotamo). Wraz z nowym sojusznikiem Solo trafia do ekipy łowcy nagród Tobiasa Becketta (Woody Harrelson), który pracuje dla demonicznego gangstera Drydena Vosa (Paul Bettany). I to właśnie od niego grupa otrzymuje tajne zadanie zdobycia cennego złoża surowca, Coaxium. Nie będzie to jednak prosta misja, więc Han i Beckett rekrutują do zespołu cwanego jak lisa Lando Calrissiana (Donald Glover) i jego wspólniczkę L3-37. Wspólnie będą musieli oni stawić czoło wielu przeciwnościom losu. Czy jednak uda im się wypełnić misję? Czy każdy z ekipy zdoła wypełnić swoje przeznaczenie? Czy Han odzyska utraconą miłość i zdobędzie nowy statek? I czy w końcu przestanie być... solo?

Zanim jednak przejdę do samej oceny filmu, to warto przedtem wspomnieć parę słów o tym, z jak wielkimi trudnościami musieli się zmierzyć twórcy "Hana Solo". Tak właściwie to pierwsze komplikacje z nim związane pojawiły się... na samym początku, gdy ogłoszono samo powstanie filmu. Już wtedy można było w sieci zobaczyć wiele negatywnych komentarzy skierowanych w stronę Lucasfilmu. Ludzie przede wszystkim nie widzieli żadnego sensu w realizacji takiej produkcji. Bo po co komu nowy Han Solo, skoro od niepamiętnych czasów grał go Harrison Ford? Tym bardziej ta myśl mijała się z celem, bo wątek tego najbardziej znanego przemytnika w Galaktyce został zakończony wraz z jego śmiercią w "Przebudzeniu Mocy". Jaki był więc w tym sens? Początkowo trudno było odpowiedzieć na to pytanie.

A to nie był jeszcze koniec komplikacji. Niedługo potem w sieci pojawiły się bowiem kolejne nowości z Hollywood... szefowa Lucasfilmu, Kathleen Kennedy pokłóciła się z reżyserami, Christopherem Millerem i Philem Lordem i w efekcie zostali oni wyrzuceni z planu. A wszystko to się działo na kilka miesięcy przed premierą filmu. Potrzeba było więc szybkiego zaangażowania nowego twórcy, który uratuje"Hana Solo" przed klęską... i tym właśnie ratownikiem został Ron Howard. Szybkie dokrętki dały się jednak w znaki... gdyż znowu pojawiły się plotki o tym, że jakoby Alden Ehrenreich grał tak słabo, że potrzebował specjalnego nauczyciela. Jak tu więc było wierzyć w "Hana Solo"? Czy miał on jakiekolwiek szanse na powodzenie? Chyba nie, bo wszystko wskazywało na jego nieuchronną porażkę... a jednak Ron Howard zdołał wyjść obronną ręką i stworzyć całkiem ciekawą historię pełną wartkiej akcji i interesujących postaci. A do tych, którzy nie wierzyli w jego szanse, Han Solo zapewne ponownie by rzekł: "Never tell me the odds!". I rzeczywiście, nasz łajdak znowu zaskakuje... i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu.


"Han Solo" nie jest jednak w pełni pozytywnym zaskoczeniem. Nietrudno tu bowiem zauważyć pewne potknięcia twórców, które mniej lub bardziej, ale jednak są zauważalne. Szczególnie związane są one z bardzo mrocznym, ale i chaotycznym początkiem, który choć pełen jest zwrotów akcji, to jednak sprawia wrażenie nieposkładanego. Wygląda to tak, jakby Ron Howard wysypał na ziemię zabawki, a następnie próbował je poskładać, przy okazji wprawiając je w chaos. Podobnie było w przypadku "Łotra 1", tak samo też jest i tutaj. Kolejne wątki się pojawiają, montaż nie nadąża za całością i w efekcie mamy do czynienia ze zbyt szybko poprowadzonym początkiem, który może i jest przyjemny, ale jednocześnie sprawia widzowi spore problemy w oglądaniu. Musi on być bowiem ciągle skupiony i zwracać uwagę nawet na najdrobniejsze szczegóły. Nie pomagają też w tym zdjęcia Bradforda Younga, które są zbyt mroczne i przez to widz może mieć problemy z dojrzeniem wszystkiego, co się dzieje na ekranie. Nie jest to może beznadziejny pomysł na początek, bo przynajmniej potrafi on zaintrygować oglądającego, ale z drugiej strony może podziałać wręcz odwrotnie i stać się dla niego jedynie niewymieszaną mieszanką wybuchową pełną niedomówień i chaosu. A o to chyba nie chodziło.

Na szczęście później ta sytuacja się poprawia wraz z ustabilizowaniem akcji. W końcu bowiem skupiamy się na jednym, głównym wątku ukazującym początki Hana Solo. Rozpoczyna się on wraz z dołączeniem naszego łajdaka do armii Imperium, gdzie chciał zostać pilotem, a stał się Szeregowym Solo. Ciekawy zwrot akcji, ale jak dla mnie nie wykorzystano w pełni jego potencjału, gdyż o ile wiem, w komiksach poświęcono tej historii więcej czasu. Było tam m,in.: wspomniane o jego relacji z Chewbaccą, czy samym Hanie, który swoje umiejętności mógł wypróbować za sterami TIE Fightera. Tutaj natomiast tego nie ma. I trochę tego żal, tym bardziej, że Hana w roli zwykłego żołnierza na froncie dane jest nam obejrzeć zaledwie w dwóch scenach. A to zdecydowanie za mało. Dodatkowo na niekorzyść filmu działa fakt, że początkowo bardzo słabo można w nim odczuć klimat "Gwiezdnych Wojen". Ale i tak widać pewną poprawę w stosunku do "Łotra 1", gdyż historia daje szansę na rozwinięcie większej ilości postaci, a sama akcja sprawia sporo frajdy oglądającemu, dzięki czemu "Han Solo" to całkiem przyjemna rozrywka.

To co od razu rzuca się w oko, oglądając "Hana Solo", to jego gangstersko-westernowski klimat, który sprawia, że ta historia jest pewnego rodzaju powiewem świeżości dla całej serii "Gwiezdnych Wojen". Już przedtem zapowiadano, że będziemy mieli z czymś takim do czynienia, ale kompletnie nie można się było spodziewać aż tak świetnego efektu! Ron Howard naprawdę bowiem udowadnia, że potrafi się odnaleźć w każdym gatunku filmowym i ma swój specyficzny sposób opowiedzenia własnej opowieści, którego co ważne nie boi się go przedstawiać i nie idzie w schematy znane nam choćby z "Przebudzenia Mocy".  I to naprawdę robi wrażenie. Tym bardziej, że smaczków związanych z nawiązaniami choćby do takich klasyk jak: "Dobry, zły i brzydki", czy "Siedmiu wspaniałych" pojawia się całkiem sporo. Szczególnie niesamowite są tutaj sceny pojedynków gangsterów z symbolicznym przyłożeniem ręki na spuście. Takie sekwencje pojedynków można by było oglądać bez końca! "Han Solo" tym samym udowadnia, że nawet miecze świetlne nie są mu potrzebne do stworzenia dobrej akcji. Widz zatem nie tylko czuje się, jakby powrócił do znanej mu odległej Galaktyki, ale też że sam ma szanse do odkrycia czegoś zupełnie nowego.

photo.title

Ale oczywiście ten film to przede wszystkim kolejna odsłona "Gwiezdnych Wojen", a więc nie mogło tutaj zabraknąć odniesień do poprzednich części. I jest ich naprawdę bardzo wiele. Wręcz tak dużo, że nie wszystkich da się zauważyć w czasie pierwszego seansu. Fakt faktem, że są one całkiem przyjemne, ale czasami nie działają bo nie mamy nawet szansy ich zauważenia... Nie zawodzą one jednak ani trochę, jeśli dotyczą samej postaci Hana Solo bo ukazanie jego broni, słynnych kostek, czy samego Sokoła Millenium to doskonałe rozwiązania scenarzystów. Gdyby tylko były one równie udane wraz z przedstawieniem wątku łowców nagród. Ale nie. Brakuje tutaj jakiejś charakterystycznej postaci znanej nam ze świata gangsterskiego. Gdyby tak wstawić Jabbę lub choćby Bobbę Fetta (!) to by było naprawdę coś! A tak pozostaje nam jedynie usłyszeć o pewnym grubym gangsterze, jednej ze znanych z grona najemników i na własne oczy zobaczyć kogoś innego, kogo występ... został wciśnięty trochę na siłę i w efekcie wzbudza lekkie rozczarowanie. A szkoda bo takich nawiązań jest naprawdę sporo... a po prostu są one tak bardzo ukryte, że zwyczajnie nie da się wszystkiego spostrzec.

Trochę można mieć też do zarzucenia stronie wizualnej, która choć w porównaniu do "Ostatniego Jedi" jest już zrealizowana na lepszym poziomie, to jednak miewa swoje gorsze momenty. Przede wszystkim wynika to z przyczyny postawienia na prostsze efekty specjalne, które choć specjalnie nie zachwycają, to jednak nie są też przekombinowane. Cieszy na peweno fakt, że tak jak w "Łotrze 1" było bardzo mało istot pozaziemskich, tak tutaj różnego rodzaju kreatur nie z tego świata kryje się pod dostatkiem. Mamy więc nie tylko Chewbaccę, czy droida L3, ale także przyjemną czwororęką małpkę Rio Duranta, ogromnego Molocha, czy oślizgłą Lady Proximę. Może to i krótkie występy, ale skutecznie budujące aurę znaną nam z serii "Gwiezdnych Wojen".  Niestety rozczarowuje montaż, w którym wiele przejść okazało się zbyt szybkich i na siebie zachodzących, co trochę utrudniło oglądanie. Ponadto trudno nie odczuć, że same lokacje, które dotąd zawsze pełniły ważną rolę, tutaj zostały zepchnięte na daleki drugi plan. W efekcie ani Korelia, ani Kessel, ani nawet Mimban nie otrzymują wiele czasu na ukazanie i to smuci... bo lokacje są naprawdę w punkt wybrane i można by było z tego stworzyć coś naprawdę świetnego, co by tylko dodatkowo podkreśliło gangstersko-westernowski wydźwięk tej historii. Niestety jednak poza świetnym promem Drydena Vosa brakuje tutaj miejsca, które by się specjalnie wyróżniało i przez to sama akcja nie budzi czasami aż tak wielkiej fascynacji...

Sporym zaś pozytywnym zaskoczeniem jest muzyka autorstwa Johna Powella, która ma parę naprawdę świetnych motywów (jak choćby ten poświęcony postaci Enfys Nest). Jest dodatkowo jej dużo, co tylko daje szansę kompozytorowi do wykazania się. Co prawda nie jest to też ścieżka dźwiękowa na miarę Johna Williamsa z "Zemsty Sithów", ale i tak w porównaniu do rozczarowującej muzyki z "Ostatniego Jedi", ta daje wiele orzeźwienia i nowego spojrzenia na całą serię, czego wydaje mi się, że potrzeba było "Gwiezdnym Wojnom". I jak na razie pod tym względem "Gwiezdne wojny - historie" po raz drugi okazują się lepsze od trylogii Disneya.

photo.title

Nie ma co jednak ukrywać, że od samego początku najważniejszy w tym filmie miał być Han Solo. Jako że jest to jedna z najważniejszych postaci w całej sadze "Gwiezdnych Wojen", to można było mieć co do niej spore oczekiwania. Przede wszystkim te nadzieje opierano na ciekawym przedstawieniu jego historii. I to się nawet udało bo Lawrence i Jon Kasdan wymyślili dla niego ciekawe back-story. Niestety nie wszystko w ich koncepcji jest prawidłowe. Główne wątpliwości wynikają z bardzo naiwnej argumentacji nazwiska "Solo", którego znaczenie powinno być zdecydowanie lepiej uzasadnione. Największe kontrowersje wynikały jednak z samym wyborem aktora. Powszechnie bowiem mówiono, że Alden Ehrenreich zwyczajnie nie pasuje do tej roli. I rzeczywiście - to nie jest ten sam Han Solo, jakiego znaliśmy za czasów Harrisona Forda. Ale i tak Ehrenreich zaskakująco dobrze sobie poradził. Nie jest to oczywiście nic znakomitego, ale po prostu przyzwoita rola, tym bardziej, że spodziewano się po nim katastrofy. A tak się nie stało. Rozumie on bowiem swoją koncepcję postaci i skutecznie ją realizuje, dzięki czemu tego Hana Solo wciąż da się lubić.

Najlepszy jednak w jego przypadku jest duet z Chewbaccą. Sam Wookiee w tym filmie został przedstawiony w trochę kontrowersyjny sposób. Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie ten wielki, ale poczciwy futrzak w wielu momentach kradnie całe show. Jego relacja z Hanem jest rozwinięta na świetnym poziomie, tak że patrzy się na to z narastającym zainteresowaniem. I jedyne co mi się nie podoba w tym Chewbacce, to jego pierwsze spotkanie z Hanem, które powinno było się odbyć w znacznie innych okolicznościach... Sam zaś odtwórca tej roli, Joonas Suotamo godnie zastępuje Petera Mayhewa, dając tutaj widoczny upust emocjonalny, który dodatkowo rozwija i wzbogaca postać Chewbacci o nowe szczegóły. Przez to po tym filmie trudno nie polubić duetu Han-Chewbacca.... Czy może inaczej: Duo Solo.


Lecz nie tylko ten duet rządzi na ekranie, gdyż również postacie drugoplanowe zwracają na siebie uwagę. Zdecydowanym liderem w tej klasyfikacji jest Tobias Beckett, w którego udanie wciela się Woody Harrelson. On wręcz idealnie nadaje się do roli najemnika i dodatkowo nawiązuje ciekawą chemię z Ehrenreichem. Beckett jest o tyle interesującą personą, gdyż pomimo tego, że powszechnie wiemy, że jest on łowcą nagród, któremu nie należy ufać, to jednak i tak wzbudza on naszą sympatię. Wynika to przede wszystkim z świetnej gry aktorskiej Harrelsona, w którego wykonaniu aż da się uwierzyć w tą postać i na pewien sposób ją zrozumieć. Nie zawodzi również Paul Bettany, który w roli gangstera Drydena Vosa, udowadnia, że idealnie nadaje się do ról złoczyńców. Co prawda w paru momentach aktor lekko przeszarżował swoją rolę, ale i tak odwalił kawał świetnej roboty. I aż szkoda, że nie było go więcej na ekranie...

Nie wszyscy jednak prezentują się równie dobrze, gdyż w "Hanie Solo" pojawia się też parę niewykorzystanych potencjałów. W większości te uwagi dotyczą postaci kobiecych, które zaskakująco nijako zostały przedstawione w tym filmie. Dla przykładu Thandie Newton (znana z serialu "Westworld") jako kochanka Becketta, Val pojawia się tutaj na zaledwie parę scen i nie ma większego znaczenia dla fabuły. Również wspólniczka Lando Calrissiana, niezwykle agresywna i gadatliwa "pani robot", L3-37 (Phoebe Waller-Bridge) nie robi większego wrażenia. Bo choć początkowo jest w stanie rozśmieszyć widza, tak z czasem jej walka o wolność dla wszystkich droidów staje się po prostu przerysowana. Największym jednak rozczarowaniem okazuje się być znana z "Gry o tron" Emilia Clarke, która tutaj zwyczajnie odgrywa znowu to samo. Co prawda, ona w porównaniu do poprzedniczek, ma nieco większe znaczenie dla historii, ale co z tego, jeśli w ogóle nie poznajemy jej motywów, a dodatkowo wcielająca się w nią aktorka gra bardzo sztucznie, co szczególnie jest widoczne w sztywnej relacji z Hanem Solo. Sama jednak Qi'ra też nie ma wiele do zaoferowania poza ładną buźką, przez co kompletnie nie przejmujemy się jej losem i staje się dla widza osobą nieważną.

Prawdziwym jednak królem "Hana Solo" nie jest wcale tytułowy Han, jego kumpel Chewbacca, czy Beckett, a on - kanciarz i kobieciarz, czyli Lando Calrissian. Wcielający się w niego Donald Glover tak znakomicie balansuje na granicy komedio-ironii, że aż patrzy się na to z czystym zachwytem. Glover idealnie nadaje się do tej roli i gra na najwyższym poziomie. Świetna relacja z L3 + znakomita potyczka w Sabacca z Hanem Solo (najlepsza scena w całym filmie)... to wszystko sprawia, że to właśnie Lando jest największym zwycięzcą tego filmu. I wcale się nie dziwię zachwytom nad aktorem, bo on naprawdę zachwycił... i z chęcią bym zobaczył własną gwiezdną opowieść Lando... by znowu zobaczyć w tej roli fantastycznego Donald Glovera, oszukującego kogoś w Sabacca.

photo.title   photo.title   photo.title

"Han Solo: Gwiezdne wojny - historie" to zatem całkiem niezły film, na który warto wybrać się do kina. Nie jest to może nic zbyt zachwycającego bo fabuła bywa często przewidywalna, postacie kobiece rozczarowały, a i same zwroty akcji specjalnie nie zaskoczyły. Lecz z drugiej strony Chewbacca oraz Beckett nie zawodzą, Alden Ehrenreich zaskakująco dobrze sobie radzi w roli Hana Solo, Lando w wykonaniu Donalda Glovera zachwyca przez cały seans, a sam klimat gangstersko-westernowski jest wyczuwalny już od pierwszych minut. To wystarczy, by ten film był całkiem przyjemną rozrywką, wartą obejrzenia i polecenia. Szczególną jednak radość czerpie się z tego filmu, gdy nie jest się na nim samemu, a w otoczeniu przyjaciół lub rodziny. I rzeczywiście Han Solo nie jest już całkiem sam... bo wraz z tym filmem na trwale zapisał się w naszej pamięci i stał się znowu naszym ulubieńcem, o którego wyczynach jeszcze na długo nie zapomnimy. Wychodzi nam zatem z tego równania pewna sprzeczność, gdyż Solo znaczy Duo - i to prawda: czasem warto zaufać drugiej osobie i zdobyć przyjaciela, by być szczęśliwszym. A takich kumpli jak Han i Chewbacca chyba każdy chciałby mieć w swojej ekipie i wraz z nimi na pokładzie "Sokoła Millenium" wyruszyć w podróż do odległej Galaktyki...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)