Recenzja filmu Wieża. Jasny dzień (2017)
Jagoda Szelc

Co to będzie, co to będzie

Jagoda Szelc wypowiada na głos pewne przeczucie, a użyta przez nią formuła "przepowiedni" pozwala zarazem przestrzec przed jakimś tam nadchodzącym jutrem, co zaburzyć porządek czasowości, ...
Filmweb sp. z o.o.
"Oparte na przyszłych wydarzeniach" – głosi otwierający "Wieżę. Jasny dzień" napis. Zamiast futurologicznej prognozy chodzi tu jednak raczej o rodzaj zaklęcia, egzorcyzmu. Reżyserka-debiutantka Jagoda Szelc wypowiada na głos pewne przeczucie, a użyta przez nią formuła "przepowiedni" pozwala nie tylko przestrzec przed jakimś tam nadchodzącym jutrem, ale i zaburzyć porządek czasowości, przekroczyć podziały na przeszłość i przyszłość, zanegować dyktat kalendarza i rozumu. Wychodzi jej film zarazem celnie podsumowujący nas-teraz-tutaj, jak i wpisujący tę aktualność w szerszy kontekst, opowiadający o rządzących rzeczywistością podskórnych rytmach, cyklach. Tyleż dramat psychologiczny, co horror; tyleż szamański rytuał, co traktat filozoficzny. Przede wszystkim jednak – błyskotliwy debiut.


"Wieża..." miała premierę na festiwalu w Gdyni, tym samym, który wygrała "Cicha noc" Piotra Domalewskiego. Rzut oka na streszczenie fabuły może sugerować, że film Szelc również wpisuje się w tradycję polskiego "małego realizmu". W końcu – podobnie jak w "Cichej nocy" – i tu mamy rozegraną w czterech ścianach wiejskiego domu rodzinną psychodramę, na dodatek również zorganizowaną wokół centralnego rytuału: tym razem nie Bożego Narodzenia, ale komunii świętej. Co więcej, reżyserka bezbłędnie posługuje się językiem owego realizmu; ma świetne ucho do potocznego języka, do inscenizowania pozornie przypadkowej paplaniny, która mimochodem zarysowuje tło obyczajowe: od trudów pracy w korporacji przez kredytowe problemy po politykę. "Żywe" dialogi, kamera z ręki, nieopatrzone twarze aktorów – miejscami przypomina to wręcz dokument, wydaje się nienapisane i niezagrane: raz zabawne, raz intymne, a przede wszystkim, ot, prawdziwe. Ale Szelc nie zatrzymuje się na poziomie rejestracji. Za pośrednictwem dźwięku i montażu prowadzi niemal równoległą do dialogów narrację, czujną na to, co nie poddaje się łatwej werbalizacji. Wyłapuje pęknięcia, w których zwyczajność prowadzi w głębsze, groźniejsze rejestry egzystencji. Przygląda się codzienności, szukając w niej przejawów jakiegoś "nad". Jakby sugerowała, że prawdziwy realizm musi zawierać w sobie również element sur-.
   
"Wieża..." zapożycza się zarówno we wspomnianym horrorze (choć trudno nazwać ją "kinem gatunkowym"), jak i w ekscentrycznych filmografiach rozmaitych enfants terribles. Z rodzimego podwórka najbliższy Jagodzie Szelc jest chyba Mariusz Grzegorzek – zresztą opiekun artystyczny filmu. Jednym z narzucających się skojarzeń jest też "Antychryst" Larsa Von Triera. Nie chodzi jednak o to, że Szelc bawi się w cytaty (bo tego nie robi), ale o pewne powinowactwo tematyczne. Z Von Trierem łączy ją przede wszystkim buzujący pod warstwą fabuły konflikt idei. Można nazwać go konfliktem kultury z naturą, racjonalnego z irracjonalnym, lewej półkuli z prawą, impulsu romantycznego z impulsem oświeceniowym. 
 
Starcie rozpisane jest na dwie siostry, Mulę (Anna Krotoska) i Kaję (Małgorzata Szczerbowska). Pierwsza gra rolę "tej odpowiedzialnej": wobec niedyspozycji matki sama matkuje całej rodzinie, czuwając nad familijną logistyką i generalnym porządkiem. Druga, objawiająca się po wieloletniej nieobecności, stanowi jej przeciwieństwo: wsłuchana w głos natury, "odklejona", sprawia wrażenie upośledzonej, szalonej, nawiedzonej. Między nimi stoi zaś przygotowująca się właśnie do pierwszej komunii Nina, córka Kai, wychowana jednak przez Mulę i nieświadoma, kto jest jej biologiczną mamą. Która siła przeważy – geny czy wychowanie?


Szelc porywa się na opowieść o kondycji ludzkiej. Horror jest tu przede wszystkim horrorem egzystencji, tragedią niewygodnego rozkroku, w jakim tkwi człowiek. "Nadzorcza" Mula, która co rano robi obchód domu, zaglądając do wszystkich pokojów, która znacząco nigdy nie spuszcza psa ze smyczy i dyryguje nawet byle klamką do okna, uosabia nasz pęd do ujarzmienia rzeczywistości, do wzięcia świata za mordę i zamknięcia go w wygodnych szufladkach. Pojawienie się Kai rodzi dysonans, bo uświadamia jej, że absolutna kontrola nie jest możliwa; że są siły, którymi nie da się zarządzać, niezależnie, czy nazwiemy je siłami natury, entropii czy chaosu.
 
Reżyserka pokazuje, jak kolejne próby zaprowadzenia porządku kończą się fiaskiem. Zawodzi zatem bezpieczna siatka społecznych hierarchii i podziałów (choćby na granice państw: w lesie włóczy się jakiś uchodźca). Zawodzi i Kościół w swoich desperackich próbach zagospodarowania duchowości. Lokalna parafia jest w permanentnym remoncie, matka boska i ołtarz stoją pod folią, wśród rusztowań, a rytuał degeneruje się w szopkę à la "taniec ze świętym obrazem". Podczas przygotowań do komunii ksiądz (Artur Krajewski) nie potrafi nawet zapanować nad nieletnimi owieczkami, bezmyślnie klepiącymi słowa pieśni religijnej. Szelc rejestruje jednak paradoks: te same dzieci, które nudzą się w kościelnych ławach, wydają się mieć bezpośrednie połączenie ze źródłem duchowości. To rodzaj naturalnej ciągoty do niesamowitości, przebłyskującej w dziecięcych zabawach, pełnych niby-magicznych inkantacji i tajemniczych gestów.


Dorośli mogą co prawda dotykać sfery "ponad" – w momentach epifanii, w koszmarach sennych – ale jedynie Kaja odbiera tę alternatywną częstotliwość "na całego". Gdy podczas rodzinnej nasiadówy wszyscy gapią się w objaśniający świat telewizyjny serwis informacyjny, Kaja znacząco odwraca się do nich plecami, obserwując ogień w kominku, wsłuchana w inny, pierwotniejszy rytm. Szelc twórczo ogrywa ten rozdźwięk: siostra Muli jest anomalią w świecie przedstawionym, egzystuje na innych zasadach nawet w samej materii filmu, niejako poza "oficjalnym" montażem. W którymś momencie przekracza wręcz tak zwaną "czwartą ścianę", brutalnie odpychając na bok ciekawskie szkiełko i oko kamery. Znamienne, że "Wieża..." w finale jakby rozpada się, niejako uznając autorytet pierwotnej, potężniejszej niż rozum siły. To pęknięcie zapowiada już zresztą dziwny, dwuczłonowy tytuł. Pytanie tylko, czy ów "jasny dzień" po upadku owej "wieży" jest zwiastunem jakiegoś nowego początku czy może raczej apokalipsy. Szelc wróży upadek Bastylii, ale pozostawia margines niepewności, czy aby na pewno należy wyczekiwać nadchodzącej rewolucji z utęsknieniem.
 
Ta niedefinitywność płynie z cennej autorskiej pokory i świadomości. Pokory – wobec niedających się domknąć sfer egzystencji. Świadomości – tego, jak ewoluują ekranowe sensy, często poza kontrolą twórcy. Wydaje się przecież, że reżyserkę interesuje tyleż dzielenie się z widzem pewną osobistą intuicją, co prowokowanie naszych własnych przeczuć, podpięcie się pod – z braku lepszego określenia – nieświadomość zbiorową. W wywiadach sama mówiła zresztą, że zaprojektowała swój film na maszynę do generowania znaczeń. I faktycznie: "Wieża..." intryguje, podjudza, otwiera. Pozwala doświadczyć zakrzywienia percepcji, spojrzeć inaczej na siebie, chorych członków rodziny, szumiące za oknem drzewa, górującą nad głowami kościelną wieżę. A oprócz nieświadomości zbiorowej łechce i drażni też jeszcze jedną nieświadomość – narodową. 


Bo czy nie ma tu aby trochę z polskiego romantyzmu i jego późniejszych przepracowań? Czy enigmatyczny finał aby nie otwiera mistyczno-narodowego kontekstu, dając nam obraz starego dobrego chocholego tańca? Czy nie jest to kolejny dowód, że Maria Janion nieco zbyt pochopnie ogłosiła w latach 90. zmierzch paradygmatu romantycznego? "Wieża...nie tylko przypomina, że owa "niesamowita słowiańszczyzna" wciąż gdzieś tam buzuje. Dowodzi też, że nadal da się ją twórczo przepracowywać. Nie inaczej: "Wieża..." imponuje i budzi apetyt na więcej. Trudno nie czekać na "przyszłe wydarzenia" z filmografii reżyserki.  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (155 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)