Recenzja filmu Bez litości (2014)
Antoine Fuqua

Denzel sam w domu

Ale nie są to miłe zaskoczenia. Kto oczekuje, że "Bez litości" będzie opowieścią w stylu "Leona zawodowca", gdzie stary wyjadacz bierze pod swoje skrzydła skrzywdzoną nastolatkę, ten zdziwi się, ...
Filmweb sp. z o.o.
Oryginalny tytuł "Bez litości", "The Equalizer", opisuje tendencję głównego bohatera do naprawiania, stabilizowania, dosłownie "wyrównywania". Denzel Washington wciela się w istnego Dobrego Samarytanina, który pomaga, komu może, tu i tam wygładzając zmarszczki niesprawiedliwości. A to wesprze kolegę z pracy, a to pomoże w porządkach jego matce czy zwróci ukradziony pierścionek znajomej. Czasem, ot, drobnostka, zabije kilku rosyjskich mafiosów. Wiadomo. Szkoda tylko, że Antoine Fuqua nie postawił przed Washingtonem równie ciekawego wyzwania, co w "Dniu próby". W tamtej roli Denzel drażnił, intrygował, fascynował – co przyniosło mu Oscara. A tym razem po prostu "wyrównuje" – czyli równa do średniej. Świetny aktor na autopilocie emploi mógłby się jeszcze obronić. Ale potrzebowałby bardziej wdzięcznego kontekstu.


Już od pierwszego, niepotrzebnie rozwlekłego ujęcia ukazującego mieszkanie bohatera, widać jednak, że coś jest nie tak. Częstym problemem hollywoodzkich fabuł jest to, że nie mogą się skończyć. Tam, gdzie nieraz wystarczyłaby zgrabna puenta, twórcy mnożą zakończenia, nachalnie rozplątując supły kolejnych wątków. W "Bez litości" jest na odwrót. Choć scenarzysta Richard Wenk nie finiszuje w sposób rozrzutny i dość szybko zapina swoją historię, to sam rozbieg zajmuje mu zdecydowanie za dużo czasu. W rezultacie film ma nie jeden, a trzy początki. Trzykrotnie oglądamy więc tę samą wiązankę scen przybliżających nam codzienne życie niepozornego pracownika sklepu z artykułami budowlanymi, Roberta McCalla (Washington). Robert krząta się po sklepie, przekomarza ze współpracownikami, emanuje pewnością siebie oraz profesjonalizmem. Robert mentoruje korpulentnemu koledze, który marzy, by zostać ochroniarzem. Robert odwiedza knajpę, w której co wieczór zaczytuje się w klasyce literatury światowej i zamienia parę słów z nastoletnią prostytutką Teri (Chloe Grace Moretz). Za pierwszym razem wchodzimy w te sytuacje z ufnością, dobrą wolą; za trzecim – dyskretnie zaczynamy ziewać.


Pomysł jest niby wdzięczny: ta powtarzalność ma wprowadzić nas w rutynę egzystencji bohatera. Rutynę, z której zaraz zostanie on przecież wybity. Miałoby to sens, gdybyśmy oglądali dramat psychologiczny a nie thriller, gdyby każde kolejne powtórzenie odsłaniało coś nowego, pogłębiało relacje między postaciami. Niby Fuqua i Wenk sugerują psychopatyczny podtekst dobroczynności McCalla. Niby pokazują, że ciut zbyt chętnie ucieka się on do przemocy. Niby dają do zrozumienia, że jest równie bezwzględny, co nasłany na niego przez rosyjską mafię teatralnie krwiożerczy Teddy (Marton Csokas). Ale nie ma tu co pogłębiać, bo Wenk posługuje się typami: powściągliwy protagonista z przeszłością, sympatyczny fajtłapa, młodociana ofiara, zły do szpiku kości czarny charakter. Tego typu ekspozycja powinna zajmować chwilę, to szablon, który wymaga natychmiastowego urozmaicenia przez fabularną komplikację. Niewykorzystane tu wynalazki "wartkiej akcji" i "szybkiego tempa" służą między innymi temu, by widz nie miał czasu się znudzić i – co gorsza – zastanowić.  Jest jeszcze co prawda suspens, na który zdają się liczyć Fuqua i Wenk. Denzel Washington, który w skupieniu czyta "Starego człowieka i morze", intryguje, bo rama konwencji mówi nam, że zaraz zacznie spektakularnie robić krzywdę innym. Ale kiedy przez pół godziny nie ma postępów w tej kwestii, nie jest dobrze. Zaciągnięty u odbiorcy dług trzeba spłacać.


Dobre kino gatunkowe polega w końcu na dawaniu widzowi tego, czego oczekuje – choć niekoniecznie w sposób, w jaki się tego spodziewa. I Fuqua faktycznie raz za razem robi nam psikusa. Ale nie są to miłe zaskoczenia. Kto oczekuje, że "Bez litości" będzie opowieścią w stylu "Leona zawodowca", gdzie stary wyjadacz bierze pod swoje skrzydła skrzywdzoną nastolatkę, ten zdziwi się, gdy Moretz niemalże na dobre zniknie z ekranu po zaledwie trzydziestu minutach. Kto liczy na wartką akcję, pościgi i bijatyki, ten dostanie Washingtona, który siedzi w knajpach, sprzedaje deski, czyta książki, pije koktajle, gra w baseball – wszystko, tylko nie powyższe. Kiedy już dojdzie do długo oczekiwanego starcia między Robertem a złowrogim Teddym i jego pomagierami, będzie ono kuriozalnym połączeniem teledysku (piosenka z tekstem o tym, że "umieramy w samotności") i "Kevina samego w domu" (rolę domu gra sklep z domowymi akcesoriami). Nie będzie niespodzianki: sam Denzel da radę grupie oprychów. Ale filmu w pojedynkę nie uciągnie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 30% uznało tę recenzję za pomocną (594 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)