Recenzja filmu Hannibal (2001)
Ridley Scott

Dobry film - nie, dobra ekranizacja - owszem

Kontynuacja "Milczenia owiec" (1993) w reżyserii Jonathana Demme'a nie wyszła innemu wybitnemu twórcy - Ridleyowi Scottowi - najlepiej. Być może drugą część zrobiono zbyt późno (po długich ośmiu ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja TV Hannibal (2001)
Kontynuacja "Milczenia owiec" (1993) w reżyserii Jonathana Demme'a nie wyszła innemu wybitnemu twórcy - Ridleyowi Scottowi - najlepiej. Być może drugą część zrobiono zbyt późno (po długich ośmiu latach), dlatego więc nie sprzedała się tak dobrze jak część pierwsza. Gdyby "Hannibala" nakręcono tuż po sukcesie obrazu z Jodie Foster i gdyby ona ponownie zagrała Clarice Starling, jestem pewny, że kontynuacja byłaby o niebo lepsza. Scott po prostu nie wczuł się w klimat opowieści o psychiatrze - kanibalu, który lubi posmakować sobie ludzkiego mięsa.

Ridley, wybrany jako reżyser filmu już po oszałamiającym sukcesie genialnego "Gladiatora", zrobił ten obraz w swoim stylu. Postawił bardziej na efektowność, mniej na efektywność, co w "Gladiatorowi" wyszło na dobre, zaś "Hannibalowi" zupełnie odwrotnie. Jak już pisałem, reżyser w swej wizji zgubił gdzieś po drodze całe napięcie i emocje, które wręcz docierały do widza z ekranu, podczas seansu "Milczenia owiec". A w takim obrazie liczy się jakość, a nie ilość nakręconego materiału. To największy grzech reżysera i ogólnie twórców filmu, także scenarzystów.

Krótko o fabule. 10 lat po wydarzeniach przedstawionych w pierwszej części, dowiadujemy się, że Lecter obecnie przebywa we Florencji, gdzie trudni się pracą kustosza w jednym z muzeów. Wie, że jest na liście najbardziej poszukiwanych przestępców na świecie. Wie także o tym, że domyśla się tego pewien włoski detektyw, który pragnie zgarnąć nagrodę za wydanie Hannibala FBI. Lecter wie także, że Clarice Starling nadal o nim rozmyśla. I pragnie znowu się z nim spotkać...

Anthony Hopkins ratuje cały film swoja świetną kreacją. Może nie gra tak wspaniale jak w pierwszej części, lecz również pokazuje, że zwykły człowiek nie musi strasznie wyglądać, by być wcieleniem czystego zła. Natomiast pozostali aktorzy lekko się zagubili. Julianne Moore zupełnie nie pasuje do roli agentki Starling. Zdecydowanie wolałem Jodie Foster, która jako pierwsza odgrywała tą postać. Woleli ją chyba także krytycy, którzy niemiłosiernie pastwili się nad biedną Moore. Tak samo jak i nad Rayem Liottą, którego kreacją momentami staje się wręcz komiczna, szczególnie w słynnej scenie smakowania własnego mózgu, która chyba miała straszyć i przerażać, a wywoływał tylko śmiech i obrzydzenie.

Z całego filmu, oprócz Hopkinsa, podobał mi się Gary Oldman, który pokazał, że ma dystans do siebie, odtwarzając rolę oszpeconego milionera, Masona Vergera. No i może scena z Hannibalem w samolocie. Coś pięknego... Cała produkcja sprawia dobre wrażenie jako jeszcze jedna ekranizacja książki Thomasa Harrisa. Lecz jeśli oceniać ją jako film, nie jako ekranizację, to w porównaniu do "Milczenia owiec" i równie świetnego "Czerwonego smoka"(1986), wypada bardzo, bardzo blado.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 46% uznało tę recenzję za pomocną (28 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)