Recenzja filmu Martwa cisza (2007)
James Wan

Dogonić marzenia

Od dziecka lękam się lalek jak Tusk prawdy o Smoleńsku. Nie żebym się nimi bawił, bo nie jestem zniewieściałym chłoptasiem i damskiej bielizny też nie noszę. Po prostu są straszne. A recenzowany ...
Filmweb sp. z o.o.
Od dziecka lękam się lalek jak Tusk prawdy o Smoleńsku. Nie żebym się nimi bawił, bo nie jestem zniewieściałym chłoptasiem i damskiej bielizny też nie noszę. Po prostu są straszne. A recenzowany przeze mnie film jest tego świetnym przykładem.

Jamie świeżo po ślubie cieszył się jak głupi. Seksowna żona, duży bungalow, pies, dziecko w drodze. Raj. Moglibyśmy mu zazdrościć, ale zabili mu żonę i pęczniejący w niej płód. Przerwało to przynajmniej rutynę ich związku i rozpoczęło nowy etap w życiu Jamiego. Po brutalnym mordzie tajemniczy żartowniś przesłał mu kukiełkę brzuchomówcy. Jamie wyrusza w rodzinne strony, by na własną rękę rozpocząć poszukiwania mordercy.

Na tle filmów grozy o podobnej tematyce - jak "Cmentarz lalek" z 2005 czy "Magia" z 1978 - obraz Jamesa Wana wyróżnia się pozytywnie. I postraszy i rozbawi. Przede wszystkim jednak jest niesłychanie wręcz przerażający. Przyznam ze wstydem ale, oglądając go w gronie znajomych kilkakrotnie, jakby to powiedział mój siedmioletni synek, sfajdałem się w gacie. A to już coś znaczy. Były filmy, podczas których puszczały mi nerwy, ale teraz po raz pierwszy puściły mi zwieracze. Potraktowałem to jako dobry omen i oglądałem dalej. Było warto.

Wielkim atutem tej produkcji są trzymające w napięciu zdjęcia. Jeszcze większym - ambientowa i poruszająca struny duszy muzyka Charliego 'Cluza' Clousera (twórcy soundtracków do znanej miłośnikom dreszczowców serii "Piła"). 

Ale "Martwa cisza" to przede wszystkim film o pogoni za marzeniami, o nieustannym truchcie w stronę uciekającego szczęścia. Mary Shaw od wieków owładnięta była obsesją stworzenia lalki doskonałej. Niczym doktor Frankenstein, konsekwentnie, wbrew światu, realizowała swój sen o potędze. Na drodze jego realizacji stanęła zaściankowa i zabobonna tubylcza ludność.

Gdzieś w połowie filmu pojawia się znakomita parodia jednego z wczesnych filmów Bustera Keatona, ale tę scenę zauważy tylko wytrawny kinoman.

Podsumowując, "Martwa cisza" to film ciekawy i godny polecenia, ale tylko dla widzów o żeliwnych nerwach. Przed seansem radziłbym jednak wstrzymać się z posiłkami. "Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz" mówią gimbusy. James Wan straszył. Ale zesrali się widzowie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 29% uznało tę recenzję za pomocną (55 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)