Recenzja serialu Królowe krzyku (2015)
Ryan Murphy
Ian Brennan

Don't go chasing waterfalls.

"Królowe krzyku" to serial wyjątkowy. Z jednej strony nieustannie naśmiewa się z konwencji amerykańskich horrorów o nastolatkach, a z drugiej stanowi niewątpliwy hołd dla takich kultowych ...
Filmweb sp. z o.o.

"Królowe krzyku" to serial wyjątkowy. Z jednej strony nieustannie naśmiewa się z konwencji amerykańskich horrorów o nastolatkach, a z drugiej stanowi niewątpliwy hołd dla takich kultowych produkcji jak "Krzyk", "Bal maturalny", "Śmiertelne zauroczenie" czy "Halloween" (w dwóch z tych produkcji główne role gra Jamie Lee Curtis występująca również w serialu). Dlatego też "Królowe krzyku" to równolegle gra na spostrzegawczość najeżona odwołaniami do klasycznego  hollywoodzkiego kina dla nastolatków.
Historia przedstawiona przez ekipę pod wodzą Ryana Murphy’ego skupiona jest na bractwie ulokowanym na kampusie Wallace University. Przewodniczącą stowarzyszenia jest bezwzględna i rozpuszczona Chanel Oberlin otoczona przez swoje wyznawczynie, które zresztą bez wahania nazywa swoimi minionkami. Dom bractwa Kappa zostaje nam przedstawiony w momencie, kiedy dziekan uniwersytetu Cathy Munsch oświadcza, że siostry od tego roku akademickiego zobowiązane są przyjąć do stowarzyszenia wszystkie chętne studentki, co w oczywisty sposób kłóci się z naturą elitarnego bractwa. Równolegle, na kampusie zaczyna grasować psychopata, który w przebraniu czerwonego diabła konsekwentnie morduje kolejne studentki i studentów związanych z Kappa Kappa Tau. Jedna z nowych kandydatek do bractwa Kappa, Grace, decyduje się połączyć siły z Petem - studentem pełniącym funkcję dziennikarza śledczego – i wspólnie podążają śladem seryjnego zabójcy.
 
Scream Queens to połączenie subtelnej grozy rodem z serii "American Horror Story"  z groteskową narracją znaną z serialu Glee. Pewnie właśnie ten drugi aspekt sprawia, że Królowe krzyku najłatwiej sklasyfikować jako parodię. Serial najeżony jest przerysowanymi postaciami znanymi z innych show Ryana Murphy’ego, takimi jak rozpuszczone Barbie, zepsute i nieprzesadnie bystre osiłki czy afroamerykańska policjanta porozumiewająca się z ekspresją charakterystyczną dla ulic Harlemu. Taki skład nie dałby jednak oczekiwanego rezultatu gdyby nie idealnie dobrana do niego obsada. Powyższe charaktery zestawiono z takimi nazwiskami jak Lea Michele, Nick Jonas czy Jamie Lee Curtis, która za swoją rolę bezwzględnej pani dziekan otrzymało nominację do Złotego Globu.
 
Ostatecznie show kradnie jednak nie kto inny jak Emma Roberts – aktorka, która wielokrotnie udowadniała, że urodziła się do ról rozpuszczonej księżniczki ("Wild Child") i zagubionej nastolatki ("Całkiem zabawna historia", "Palo Alto"). Na przestrzeni całego sezonu Emma rozwija skrzydła grając przekoloryzowaną, piskliwą i zepsutą intrygantkę. Sprawia wrażenie jakby cały jej dotychczasowy warsztat aktorki i image był podporządkowany właśnie tej roli.
 
"Królowe krzyku" to również nostalgiczna podróż do ubiegłego wieku – zarówno ścieżka dźwiękowa jak i warstwa wizualna serialu czerpie pełnymi garściami z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych (zapomniane już "Waterfalls" TLC), co w połączeniu z ciągłymi referencjami do współczesnej kultury tworzy dość nietuzinkowy melanż. Z jednej strony twórcy nie ograniczają się i potrafią ukazywać na ekranie dość makabryczne sceny rodem z kultowych krwawych horrorów, a z drugiej przeplatają te obrazy złośliwymi komentarzami na temat Zmierzchu czy amerykańskiej sceny politycznej.
 
Należy oczywiście podkreślić, że obsada i twórcy nie uchronili się przed kilkoma naturalnymi błędami. Pomimo generalnie dobrego tempa na przestrzeni całego sezonu, serial miewa momenty nużących dłużyzn wynikających z wtórności dowcipów. Można też chyba uznać, że niektóre sceny są mocno przeszarżowane nawet jak na horror komediowy dla nastolatków. W ostatecznym rozrachunku trudno jednak wytykać wady konstrukcyjne serii, która otwarcie nie traktuje samej siebie poważnie. Szczególnie, że mocno przejaskrawionej warstwie wizualnej trudno cokolwiek zarzucić.
 
Naturalnie grono potencjalnych odbiorców "Królowych krzyku" pozostaje mocno zawężone przez konwencję parodii, specyficzny humor oraz przede wszystkim ilość nawiązań do kultury współczesnej młodzieży. Zdecydowanie można jednak uznać, że Ryan Murphy do swojego imponującego serialowego dorobku dołożył kolejną perełkę, która na dodatek wydaje się najbardziej błyskotliwym dziełem w kolekcji twórcy. Z czystym sumieniem mogę zachęcić każdego fana horrorów i komedii osadzonych w środowisku liceów/college’ów do zmierzenia się z serialem. Sam natomiast  niecierpliwie oczekuję kolejnej serii, która z pewnością uświetni jeszcze niejeden z moich jesiennych wieczorów.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 94% uznało tę recenzję za pomocną (62 głosy).
Jakub_Biernacki
ocenia ten serial na:
1 10 8/10 bardzo dobry
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię