Recenzja filmu Mia i Migusie (2008)
Miriam Aleksandrowicz
Jacques-Rémy Girerd

Dzieci, to nie bajka

O animacji "Mia i Migusie" z całą pewnością można powiedzieć, że jest niestereotypowa. Jej bohaterowie są nietypowi i wiodą nieszablonowe życie.
Filmweb sp. z o.o.
Mimo że Mia ma zaledwie pięć lat, mieszka samotnie w jednej z francuskich wsi. Matka dziewczynki umarła, a ojciec musiał ją zostawić, by zarobić pieniądze przy budowie ekskluzywnego apartamentowca. Od pierwszej sceny nie mamy jednak wątpliwości, że mężczyzna okropnie cierpi z powodu rozstania ze swoim jedynym dzieckiem, a i Mia umiera codziennie z tęsknoty za rodzicem. Pewnego dnia poczuje, że nie może już dłużej czekać i uda się w podróż w poszukiwaniu ukochanego tatusia. By do niego dotrzeć, będzie musiała pokonać niełatwą drogę w góry, gdzie spotka Migusie – dziwadła przypominające pluszowe misie. Nie wiedzieć czemu, ich jama ustna przeszywa głowę na wylot. W razie niebezpieczeństwa stworzenia potrafią przybrać gigantyczne rozmiary. Ich zadaniem jest ochrona drzewa życia, któremu zagraża opętany żądzą zysku pracodawca ojca dziewczynki. Na miejscu drzewa ma bowiem powstać rzeczony apartamentowiec.

O animacji "Mia i Migusie" z całą pewnością można powiedzieć, że jest niestereotypowa. Jej bohaterowie są nietypowi i wiodą nieszablonowe życie. Można więc pomyśleć, że bajka francuskiego reżysera Jacques-Rémy'ego Girerda nauczy dzieci nieschematycznego myślenia. Problem w tym, że jej twórcy wybiegają w swej oryginalności nieco za daleko, a ich pomysły zamiast poczucia bezpieczeństwa, które jest jednym z ważniejszych elementów dziecięcych opowieści, wprowadzają niepokój. Psychodeliczne Migusie, pięciolatka o wrażliwości dorosłej kobiety, troglodyta wychowujący syna bez żony, która udała się w podróż na Antarktydę, by prowadzić tam badania naukowe, babka chłopca romansująca z dwudziestokilkuletnim ciemnoskórym dresiarzem, ostre kolory, apokalipsa i czyste zło mieszające się z czystym dobrem – być może wszystkie te rozwiązania nie przerażą kilkuletniej publiczności, ale uważnych rodziców raczej tak. Co więcej, dzieci przedstawione są w bajce jako zbolałe i nieszczęśliwe. Mia musi przejść boso sama niemal cały kraj, by odnaleźć ojca. W dodatku dręczą ją wspomnienia związane z matką, a chłopiec – syn złego do szpiku kości przedsiębiorcy i badaczki, która wybrała życie z psami na Antarktydzie – wygląda na dziecko, które doświadczyło w życiu niewiele miłości.

Co najdziwniejsze, mimo oryginalności fabuły, animacja nie niesie ze sobą żadnego odkrywczego przesłania. Zasadniczy morał brzmi: nie niszcz Matki Ziemi. Oprócz tego niemal każda scena wciska mniej lub bardziej banalne pouczenie, że na przykład: nic nie wolno brać bez pytania, należy szanować życie innych osób, nie można kłamać, nawet jeśli mówienie prawdy może się skończyć katastrofą, a dla rodziców – niech kariera i chęć zarobienia pieniędzy nie przysłoni ci prawdziwego skarbu, jakim jest twoje dziecko.

Dystrybutorzy animacji zastosowali ciekawe rozwiązanie w tłumaczeniu z oryginału – kwestie poszczególnych bohaterów czytają zaledwie dwie osoby z podziałem na role męskie i żeńskie. Okazało się, że nie ma to większego wpływu na odbiór wydarzeń, obu lektorów słucha się bowiem przyjemnie.

Oryginalność w przypadku "Mii i Migusiów" nie zadziałała na jej korzyść. Stereotypy zwalczane z reguły przez publiczne autorytety pełnią w gruncie rzeczy kilka pozytywnych funkcji. Między innymi integrują ze sobą członków tej samej kultury i dają poczucie bezpieczeństwa. I tego właśnie w animacji  Girerda zabrakło.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 17% uznało tę recenzję za pomocną (12 głosów).
Dorota Kostrzewa
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię