Recenzja filmu Podziemny krąg (1999)
David Fincher

Fight-club = Self-fight, czyli kilka słów o hollywoodzkim rzemiośle

*** Uwaga, recenzja zdradza kluczowe elementy fabuły *** Spotkałem nie tak dawno człowieka (w świecie wirtualnym zresztą), który zdradzał wielką fascynację filmem "Podziemny krąg". Imponowała mu ...
Filmweb sp. z o.o.
*** Uwaga, recenzja zdradza kluczowe elementy fabuły ***

Spotkałem nie tak dawno człowieka (w świecie wirtualnym zresztą), który zdradzał wielką fascynację filmem "Podziemny krąg". Imponowała mu ogromnie przede wszystkim postawa życiowa jednego z głównych bohaterów obrazu - Tylera Durdena (w tej roli Brad Pitt). Jego zachwyt nad tą postacią skłonił mnie do pierwszej chyba głębszej refleksji nad wspomnianym filmem. Dla mnie stanowi on bowiem przykład kina dość miałkiego. Nie twierdzę, że to utwór do końca łatwy i płytki. Nawet jednak jeśli jest jakoś nietypowy, to fakt ten nie przydaje mu przecież od razu walorów artystycznych. Zresztą ową specyficzną oryginalność zachowuje chyba jedynie w obrębie kina hollywoodzkiego. I tak też - jak sądzę - należy go postrzegać: jako jeden w wielu artykułów hollywoodzkiej masowej produkcji. W jej kręgu bowiem ma szansę być czymś wyjątkowym, nowym, świeżym. Jeśli zaś odbierać go jako wytwór kinematografii w ogóle, to okazuje się bardzo słaby.

Ja sam z całą pewnością nie wybrałbym się na ten film (stronię od tego rodzaju kina), gdyby nie kierowała mną czysta ciekawość. Dowiedziałem się bowiem, iż wykorzystano w nim najkrótsze ujęcie w historii kina. Przyznaję, że jest w tym obrazie coś pociągającego (sięgnąłem potem po ten tytuł jeszcze trzykrotnie). Czy jednak kilka opracowanych komputerowo ujęć mieszkania stylizowanych na zdjęcia z katalogu sklepu meblowego jest artystycznie wartościowe, czy kryje jakieś walory estetyczne? Czy poza kolorytem nowości (czegoś podobnego nie było dotychczas w kinie) służy czemuś więcej, coś z sobą niesie? Czy to, co pociąga w opowiadanej historii, jest istotnie, na tyle głębokie i wielowymiarowe, by warto było się na tym skupić? Czy warto podejmować trud poszukiwania głębszych treści, nie narażając się na to, że okaże się on nadaremny, gdyż tak naprawdę szukać nie ma czego? Czy konstrukcja i kompozycja filmu nie są tylko pustą zabawą, za którą kryje się dość banalna i prosta idea? Boję się, że odpowiedź świadomego odbiorcy sztuki filmowej na wszystkie postawione pytania mogłaby się okazać niepomyślna dla filmu. Wszak kilka nowatorskich (co nie znaczy jeszcze - powtórzę - artystycznie wartościowych) chwytów operatorskich czy pomysł na ciekawą historię nie czynią z filmu arcydzieła. Nie gwarantują mu także - jak chcieliby niektórzy - przyznania statusu utworu kultowego.

Ciekawy pomysł. No właśnie. To rzecz szalenie istotna, o czym przekonują choćby utwory Almodóvara czy Lyncha. Pomysły mają jednak - jak powszechnie wiadomo - to do siebie, że można je dobrze spożytkować, tworząc coś godnego uwagi, ale i równie łatwo daje się je zmarnować. Bez interesującego pomysłu nie może raczej powstać dobry film, ale sam pomysł nie jest jeszcze gwarantem powstania wartościowego utworu kinowego. Zresztą nawet jeśli mamy dobry pomysł, w efekcie którego powstaje godna uwagi fabuła, to jeszcze o wiele za mało, by mówić o wartościowym filmie. Fabuła jest bowiem tylko jednym z wielu elementów konstytuujących dzieło filmowe.

Choć mi samemu trudno doszukać się w omawianym utworze jakiejś głębi, to wydaje się, że wielu jego odbiorców percypuje go w sposób jeszcze bardziej powierzchowny, niż życzyliby sobie jego twórcy. Że przypomnę wspomnianą na początku osobę zachwyconą stylem bycia Tylera Durdena. Dziwić chyba musi, że ktoś obiera za wzorzec postawy życiowej osobę, która cierpi na rozdwojenie jaźni. Czy bycie psychotykiem może naprawdę imponować? Może warto się głębiej zastanowić, co tak naprawdę zostało w tym filmie poddane krytyce?

Tyler Durden jest projekcją ja-idealnego Głównego Bohatera (w tej roli Edward Norton; pisane wielką literą, gdyż traktowane jako nazwa własna), ale ten ostatni przecież nie jest tego świadom. Tyler bez niego nie istnieje, bo tak naprawdę jest jego częścią. Tyler, Główny Bohater i narrator, to trzy różne elementy składowe utworu, ale jedna osoba, a Tyler i Główny Bohater to różne postaci, ale jeden podmiot. Nie można więc cenić czy wręcz wielbić jednego, nie odnosząc się w żaden sposób do drugiego; odżegnując się od pozytywnej oceny niego. Nie da się bowiem utrzymać swego uwielbienia dla jednej z wielu osobowości paranoika, zachowując należyty dystans i brak fascynacji nim samym. Skoro komuś imponuje Tyler, to jest taki właśnie jak Główny Bohater, któremu też Tyler imponował. A to właśnie tego rodzaju postawa, postawa reprezentowana przez Głównego Bohatera stanowi przedmiot krytyki podjętej w filmie.

Ten film nie poddaje krytyce świata pełnego schematów, jak twierdzą niektórzy. Jakież byłoby to banalne. Temat ten jest bowiem w kinie już niemal zupełnie wyeksploatowany. Dobrze więc że tak nie jest, bo czyniłoby to film zupełnie wtórnym, a przez to niewartościowym. Twórcy poszli na szczęście dalej. Wytykają konformizm ludziom, którzy konformistami być nie potrafią, ale nie mają dość odwagi, by poza zaklęty krąg (!) wyjść, no i męczą się, walczą (!) z samymi sobą. Tyler uznaje świat bez dogmatów, ale jest to tak samo źle widziane (w obrębie filmu oczywiście), jak życie prowadzone zgodnie z trendami i wytycznymi katalogów sklepowych. A ci, co marzą w sposób zaprezentowany na filmie, ci wszyscy podobni Głównemu Bohaterowi pozostają bardzo nieszczęśliwi. Niektórzy z nich zaś popadają w szaleństwo, jak bohater filmu.


Głównemu Bohaterowi nie udaje się wyjść poza swój prywatny podziemny krąg. Nie osiąga ideału, bo i ideał zatracił w momencie, gdy wykreował Tylera. Wtedy to ideał zawładnął nim i ideałem być przestał, a stał się maszkarą i koszmarem wyniszczającym go i doprowadzającym do smutnego końca. W finalnej scenie bohater reflektuje się co prawda, dotyka go olśnienie (bo nie oświecenie), ale jest już cokolwiek za późno, niestety. Destrukcja - Autodestrukcja.

W wielkim skrócie film o tym właśnie mówi. Boimy się zacząć żyć tak, jak byśmy chcieli i asekurancko wybieramy bezpieczniejszy, choć nam zupełnie nieodpowiadający styl życia. Następnie sfrustrowani przestajemy marzyć o wolności, a zaczynamy śnić o wielkości, aż w końcu budzą się w nas agresja i żądza destrukcji, które tak naprawdę są skierowane przeciwko nam samym (finalna scena filmu) jako kara za to, że sami się zniewalamy. Czasem przeżyjemy tak całe życie (ale co to za życie - jakby powiedział jeden z bohaterów "Historii miłosnych" Stuhra), a czasem tama pęka i ktoś kogoś zabije, ktoś inny wstąpi w wieku 40 lat do klasztoru, a jeszcze inny zwariuje.

Zastanawiać się można, do kogo adresowany jest ten film. Myślę, że typowy odbiorca kina hollywoodzkiego nie poskłada wszystkich fragmentów układanki i wiele pozostanie przed nim zakryte. Musi być dlań nieczytelny, skoro widz taki jest przyzwyczajony, że wszystko ma podane na tacy i nie zwykł zastanawiać się nad sensami naddanymi utworu czy nad jego warstwą aksjologiczną, która w tym wypadku ma niebagatelne znaczenie. Ktoś taki zredukuje więc film do jednego elementu, do wybranej warstwy. A nie jest przecież możliwe interpretowanie jakiegoś fragmentu (elementu) utworu filmowego w oderwaniu od innych. Jeśli analiza nie jest komplementarna, to nie może być też trafna. Da się oczywiście interpretować którąś ze składowych dzieła, ale nie sposób przy tym abstrahować od innych. Z kolei po odbiorcy wymagającym film ten spłynie. Nie zrobi na nim wrażenia, nie poruszy, bo i oddziaływać tam nie ma specjalnie co. Jeśli ktoś ma potrzebę, by jakiś film dostarczył mu doznań na poziomie emocjonalno-duchowym, to sięgnie raczej po utwory Bergmana, Andersona, Kieślowskiego, Kędzierzawskiej, Haneke, Lyncha...

Oglądałem ten utwór tak, jak się ogląda kino hollywoodzkie i zostałem mile zaskoczony, przyznaję. Film wyróżnia się zdecydowanie na tle innych tego typu, ale jednak jednym z nich pozostaje. Jego nietypowość nie czyni z niego dzieła artystycznego. To przyzwoite rzemiosło, ale nadal tylko rzemiosło. Myślę też, że jedna z głównych tez filmu, jakoby każdy w skrytości marzył o zdeprawowanym ideale i że superego każdego jest równie mroczne jak to głównego bohatera filmu, jest niesłychanie naciągana. Są jeszcze - jak mniemam - na tym świecie ludzie szczęśliwi, którym dobrze jest z sobą i którzy nie muszą się uciekać do samooszukiwania się. Na całe szczęście są jeszcze tacy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 47% uznało tę recenzję za pomocną (124 głosy).
Klee
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (11)

zobacz wszystkie