Recenzja filmu Wspólnicy z przypadku (2009)
Brian King

Film z przypadku

Tak w skrócie... W pociągu umiera delikwent w kapeluszu. Wiezie (delikwent, nie kapelusz) ze sobą jakąś paczkę, w imię której wszyscy są gotowi się pozabijać. I właściwie tylko tyle, bo skrót ...
Filmweb sp. z o.o.
Tak w skrócie... W pociągu umiera delikwent w kapeluszu. Wiezie (delikwent, nie kapelusz) ze sobą jakąś paczkę, w imię której wszyscy są gotowi się pozabijać. I właściwie tylko tyle, bo skrót doskonale oddaje resztę. „Wspólnicy z przypadku” to chybione tłumaczenie tytułu, który przecież można było przełożyć dosłownie, i wtedy miałoby to sens.

Ten film jest jak Volkswagen Golf. Niby wszystko w porządku, przyzwoity samochód klasy średniej, ale kiedy wsiądziesz do środka, okazuje się, że ktoś wymontował kierownicę, zamiast tego wstawił ster jachtowy, siedzenia zastąpiono ławeczkami z poczekalni na dworcu, a radio ukradli. Czyli taki motoryzacyjny eklektyzm.

Wspólnicy z przypadku” to trochę kryminał, trochę komedia, trochę dramat i trochę cokolwiek. W jednym filmie zamieszczono zbrodnie rodem z „Morderstwa w Orient Expressie”, staruszkę, która wygląda, jakby ją wyciągnęli z „Pół żartem, pół serio”, skrzynkę, która pasowałaby do Indiany Jonesa, konduktora z „Expressu Polarnego”, panów w prochowcach jak z „Sokoła Maltańskiego” i kilka innych motywów. Pewnie jakby mogli, to daliby dzieciaka z „Co gryzie Gilberta Grape’a”, ale DiCaprio jest już za stary (poza tym prawdopodobnie i tak nie zgodziłby się na udział w takim obrazie). Czyli taki filmowy eklektyzm.

Za dużo wszystkiego, film jest przegadany, nudny. Dialogi nieciekawe, a relacje między bohaterami mało prawdziwe. Sytuację trochę ratuje gra aktorska. Poprawny, chociaż mający najlepsze lata już za sobą, Danny Glover i zaskakująco dobra Leelee Sobieski, która sprawiła, że w pewnym momencie można uznać „Wspólników z przypadku” za film psychologiczny. O pozostałych aktorach nie będę pisał.

Wprawdzie, zaczynając oglądać to dzieło, nie miałem pojęcia, jak się skończy i niepewność utrzymywała się do końca, ale nie wynikało to z ciekawego scenariuszu, tylko z absurdalnych sytuacji, które chyba miały wywoływać napięcie. Napięcia nie wywoływały, były za to głupie i miejscami żenujące. Tak jak pójście do cyrku z grubą ciotką. Nie wiadomo, czy ma siąść na widowni, czy wyjść na arenę.

Chyba jedyna rzecz, jaka mi się w tym filmie podobała, to oprawa wizualna. Czyste zdjęcia o lekko odrealnionym charakterze (chociaż nie zawsze), były miłym akcentem na tle natłoku najróżniejszych konwencji. Nawet jeżeli wynikały z niskiego budżetu. Szkoda, że reżyser/scenarzysta/ktokolwiek nie zdecydował się na jeden, góra dwa gatunki filmowe. Może wtedy by coś z tego było.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 54% uznało tę recenzję za pomocną (35 głosów).