Recenzja filmu Punisher (2004)
Jonathan Hensleigh

Filmowe role jak zły nałóg

Thomas Jane powinien był umrzeć tuż po tym, jak zagrał w jedynym naprawdę dobrym filmie ze swoim udziałem - w "Czwartku". Niestety, chłopak wciąż kurczowo trzyma się życia, przy okazji występując ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Punisher (2004)
Thomas Jane powinien był umrzeć tuż po tym, jak zagrał w jedynym naprawdę dobrym filmie ze swoim udziałem - w "Czwartku". Niestety, chłopak wciąż kurczowo trzyma się życia, przy okazji występując w coraz gorszych filmach. Jednym z nich jest "Punisher".

Punisher jako komiksowa postać przechodził w swej historii przez różnych scenarzystów i rysowników, ale zasada pozostawała ta sama: Frank Castle jest byłym komandosem, za sprawą mafijnych porachunków jego żona i dzieci dostają się w krzyżowy ogień, z którego wychodzą nogami do przodu. Franek dostaje brutalnej odmiany świra, poprzysięga zemstę, ubiera czarny T-shirt z dużym rysunkiem czaszki, uzbrojony w arsenał i militarne przeszkolenie rozgrywa swą vendettę. Później bierze na cel wszystkich, którzy popełniają przestępstwa, a policja z różnych przyczyn nie jest w stanie ich przyskrzynić. Wymierza bandziorom zasłużoną karę, stąd ksywa The Punisher.

W obecnie produkowanych komiksach Punisher jest takim twardzielem, że Arnoldem, Dieslem, Stathamem i trzema setkami Spartan mógłby wytrzeć podłogę i nawet się nie spocić. Bohaterowie Franka Millera chcieliby być jak Punisher. Jest facetem, który robi bandziorom to, co ja chcę zrobić wszystkim jadącym przede mną kierowcom, którzy NAJPIERW depczą po hamulcu (zmuszając mnie do niemal awaryjnego zatrzymania), a dopiero PÓŹNIEJ, łaskawie włączają migacz, kiedy już i tak doskonale wiadomo, gdzie chcą skręcić - tak więc Punisher: oblewa żywego faceta benzyną i podpala, wycina gościowi jelita, obwiązuje je wokół drzewa i przesłuchuje delikwenta, rzuca dealera narkotyków rekinowi na pożarcie, innemu facetowi podpina do jąder kable podłączone do akumulatora w aucie i przekręca kluczyk w stacyjce, przez pół godziny obija twarz babie parającej się handlem żywym towarem, aby w końcu wyrzucić ją przez okno z trzydziestego piętra... Krótko mówiąc, historie z Punisherem są tak brutalne i naładowane testosteronem, że od samego ich czytania człowiekowi rosną włosy na klatce piersiowej.

Natomiast Punisher Jane'a jest tak naprawdę ubranym na czarno, smętnym kastratem. Ale najpierw, z obowiązku, słów kilka o fabule. Travolta, wciąż usiłując odkupić rolę w "Gorączce sobotniej nocy", wciela się w głównego antagonistę. Jane, jako funkcjonariusz Castle, zajmuje się rozwalaniem przestępców, będąc kimś w rodzaju tajnego agenta, zachodzi za skórę Travolcie, który namierza rodzinkę Castle'a i skutecznie ją rozgramia. Sam Castle ledwie uchodzi z życiem, po czym obiera azymut na zemstę... Ech, nie warto. Nie warto więcej mówić o fabule, bo i tak doskonale wiadomo, że za sprawą imperatywu narracyjnego Castle w punkcie kulminacyjnym zemści się na Travolcie (a jak dobrze pójdzie, to dokopie mu jeszcze za "Bitwę o Ziemię"), a na samym końcu odjedzie w kierunku zachodzącego słońca, aby ukarać resztę bandziorów na tym parszywym świecie.

Ponieważ lista płac do filmu jest typowej długości, każdy może wybrać sobie dowolną spośród sporej liczby osób, którą należy obwiniać za wszystkie wady "Punishera". Ja wybrałem scenarzystów. Ktoś przecież musiał napisać takie cuda: przez chyba kilkanaście minut Jane przygotowuje się do wojenki z bandytami, i przez cały ten czas montuje sobie samochód rodem z "Mad Maxa" - aby potem przejechać autem kilka metrów i w ciągu dwóch i pół sekundy je zniszczyć; Jane "torturuje" faceta, wmawiając mu, że kawałek lodu, który przyciska do jego pleców to płomień spawarki, najwyraźniej nie chcąc zrobić bydlakowi krzywdy; Jane, we własnym mieszkaniu, doskonale przygotowany do walki, nie może poradzić sobie z jakimś ruskim terminatorem - choć akurat ta walka z Iwanem była najlepszą, komiczną częścią filmu; a gdy jeszcze przypomnę sobie tego zabójcę w stylu El Mariachi, który gra Jane'owi na gitarze... Ciarki przebiegają mi po plecach.

Podsumowując: teraz Travolta i Jane mają z pewnością coś wspólnego - obaj muszą odpracować kolejny fatalny obraz ze swych filmografii. Może powinni wspólnie założyć jakieś stowarzyszenie, zrzeszające aktorów z nałogiem wybierania fatalnych ról. Już słyszę ten głos: „Cześć, nazywam się John i mam problem z graniem w beznadziejnych filmach”. A potem: „Cześć John” – odpowiada chór, w którym da się usłyszeć Jane'a, Cage'a, Jovovich, Willa Smitha, LaBeoufa, Stathama...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 26% uznało tę recenzję za pomocną (101 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)