Recenzja filmu Sicario 2: Soldado (2018)
Stefano Sollima

Guerra sin reglas

Wojna to zaledwie jedno słowo… a pomyśleć, że jest ono przyczyną śmierci co najmniej kilkudziesięciu milionów osób. Walczą na niej przeciwko sobie wrogowie o innych poglądach politycznych i ...
Filmweb sp. z o.o.
Ktoś mógłby rzec, że wojna się już skończyła. Ale to niestety nieprawda. Ciągle bowiem dochodzi do walk na Ukrainie, Bliskim Wschodzie i kolejnych ataków terrorystycznych. I to ma być niby pokój? Nie, to wciąż jest wojna. My często tego nie spostrzegamy, ale walki wciąż się toczą – tyle tylko, że tym razem z powodu zwykłego handlu narkotykami i ludźmi. I te struktury też się rozwijają bo funkcjonują już nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale i w Ameryce Południowej, czy w Meksyku. Brakowało zaś tutaj pokazania społeczeństwu istnienia takiego problemu… aż pojawił się "Sicario" w reżyserii Denisa Villeneuve, który tylko z pozoru wydawał się być zwykłym thrillerem o walce z handlem narkotykami. Bo w rzeczywistości ten film był niezwykłym doświadczeniem zapadnięcia się w otchłań, z której próbujemy uciec, ale nie możemy i w efekcie dalej się w nią zagłębiamy... aż na same dno.

Z tym więc większym zainteresowaniem można było wyczekiwać drugiej części, która jednak od początku wydawała się… niepotrzebna. Trudno było bowiem odtworzyć po raz drugi to klaustrofobiczne doznanie z poprzedniej odsłony i to jeszcze dodatkowo po zamianie stołka reżyserskiego na Stefano Sollimę. Twórca serialu "Gomorra" na szczęście jednak nie rozczarował, choć z drugiej strony oglądając jego najnowszy film, można odczuć wrażenie, że to już zwykły "akcyjniak" o żołnierzach z karabinami, a nie skrytych zabójcach, których czyny mogły nas szczerze zmusić do refleksji nad własną moralnością. Nie oznacza to jednak, że jest źle. "Sicario 2: Soldado" to wciąż trzymający w napięciu thriller, w którym nie obowiązują żadne zasady… no może poza jedną, która brzmi: "Nie ufaj nikomu bo… zginiesz".


Od czasu zlikwidowania bossa meksykańskiego kartelu narkotykowego minęło już parę lat. Obecnie na terenie Stanów Zjednoczonych dochodzi do coraz większej liczby ataków terrorystycznych, których sprawcy niczym japońscy kamikadze poświęcają siebie samych by zabić jak najwięcej ludzi. Dodatkowo na granicy amerykańsko-meksykańskiej znowu rozwija się handel, skupiający się na nielegalnym przemycie ludźmi. Z czasem dla Pentagonu zaczyna to sprawiać spore problemy i szef wydziału ochrony James Ridley (Matthew Modine) podejmuje decyzję o wysłaniu specjalnego oddziału, którego zadaniem byłoby rozpoczęcie walki z Carlosem Reyesem, wspierającym ataki terrorystyczne. W związku z tym przybywa nieobliczalny Matt Graver (Josh Brolin), który wraz z zabójcą Alejandro (Benicio del Toro) postanawiają skłócić między sobą kartele w Meksyku za sprawą porwania córki, maffijnego bossa, Isabeli Reyes (Isabela Moner). Cała jednak ta akcja jest bardzo ryzykowna i nawet drobny błąd może doprowadzić do katastrofy. Czy więc w obliczu takiego zagrożenia uda im się zachować czyste sumienie i wypełnić misję, nim dojdzie do wojny?

Wybierając się do kina na film Stefano Sollimy, od razu można było odczuć do niego pewną niechęć. Bo choć zwiastun prezentował się kapitalnie wraz z plenerami Dariusza Wolskiego i mrożącą krew w żyłach muzyką Hildur Guðnadóttir, to jednak "Sicario 2: Soldado" nie wydawał się być ambitnym widowiskiem, które by miało na celu wprowadzenie czegoś nowego do kina tak jak miało to miejsce w przypadku "Sicario". Od taka zwykła nawalanka, jak z serii gier komputerowych "Call of Duty". Spore niezadowolenie mogli też odczuć fani poprzedniej części, którzy film Denisa Villeneuve postrzegali jako niezależny thriller z otwartym zakończeniem… Dodatkowo kiedy już podjęto decyzję o zrealizowaniu drugiej części, to znowu kontrowersje się nasiliły – bo poza powrotem Taylora Sheridana reszta ekipy twórców została wymieniona. W efekcie film Sollimy sprawiał wrażenie skazanego na porażkę. I choć "Sicario 2" rzeczywiście nie dorasta do pięt poprzedniej części, to jednak to naprawdę wciągające kino akcji, który ogląda się z dużym zainteresowaniem aż do samego końca. 


Spora w tym zasługa reżysera, który widać, że chce się wzorować na poprzedniej części, a jednocześnie wprowadzić coś nowego do serii. Sollima nie ma najmniejszego problemu z budowaniem napięcia i rozwijania tempa akcji, które aż może przyprawić o ból głowy (ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Kto więc myślał, że nie uda mu się dobrze oddać klimatu "Sicario" to z pewnością srogo się pomyli. Klucz do sukcesu tkwi w tym, że twórca "Gomorry" naprawdę uważnie prześledził dzieło Villeneuve'a i wydobył z niego, to co najlepsze, co oferuje w liczne sceny, sprawiających wrażenie dziwnie podobnych do tych z poprzedniej odsłony. Nie ma w tym jednak nic złego, gdyż Sollima nie ma najmniejszego zamiaru powielania tej samej historii, a pokierowania jej w jeszcze bardziej niebezpieczne rejony i ciemne zakamarki. Jest to więc nie tylko radość dla fanów "Sicario", ale i nowych widzów, którzy również dostają szansę na odczucie w sobie samych tego gęstniejącego mroku, chwytającego za gardło… który jednak w porównaniu do filmów DC, tutaj jest w pełni potrzebny, a wręcz pożądany.

Pod względem scen akcji "Sicario 2: Soldado" na nic nie ustępuje poprzedniej części, a nawet ją przewyższa. Reżyser ma bowiem widoczny dar do kręcenia żywych wymian ognia pomiędzy dwoma stronami konfliktu, gdzie jednak swoją brutalność nie wyraża poprzez wulgaryzmy, a kolejne wystrzeliwanie pocisków i mroczną aurę wokół pobojowiska. Momentów takich strzelanin i pojedynków jest jeszcze więcej, ale od pierwszych scen można zauważyć zasadniczą różnicę w budowaniu scen akcji, polegającą na tym, że w porównaniu do poprzedniej części, tutaj głównie skupiamy się na samych starciach fizycznych, a nie psychicznych, które znacznie mocniej oddziałują na oglądającym. Fakt faktem, że taka zmiana niekoniecznie jest zła bo dzięki temu tempo akcji jest znacznie szybsze, ale brakuje tu jakiegoś głębszego wejrzenia w działania poszczególnych bohaterów. Przez to "Sicario 2" pełni wyłącznie rolę tego brutalnego kina akcji. Jeżeli jednak komuś w pełni wystarcza podwyższona dawka adrenaliny, to z pewnością nie będzie zawiedziony bo sceny akcji są tutaj na wysokim poziomie.


Samo napięcie jest tutaj wyczuwalne już od pierwszych scen, gdy armia żołnierzy ściga uchodźców, próbujących nielegalnie przejść na drugą stronę granicy. Tak w zasadzie to w "Sicario 2" ciągle się coś dzieje. Nawet kiedy nie dochodzi do bezpośrednich pojedynków, to i tak wyczuwamy, że zaraz może do tego dojść. Taki efekt niepokoju jest możliwy za sprawą wprowadzenia wątku terrorystycznego. Na spore pochwały zasługuje scenarzysta poprzedniej części, Taylor Sheridan, który widać, że ma pomysł na ten film i konsekwentnie go realizuje. Już same sceny ataków terrorystycznych wbijają w fotel. Bardzo ciekawie został tu też nakreślony obraz terroryzmu postrzeganego przez Rząd. Jak mówi w jednej ze scen James Ridley: "Aktualna definicja terroryzmu to osoba lub grupa, która stosuje przemoc, by osiągnąć polityczny cel". A zaraz potem decyduje się na wdrożenie specjalnego zespołu, który również ma stosować przemoc i osiągnąć pewien polityczny cel. Taylor Sheridan to bez wątpienia uzdolniony scenarzysta, który nie idzie w banały, a stara się zbudować coś nowego. I doskonałym tego przykładem jest przedstawiony przez niego wątek terrorystyczny. Niestety poprzez przesiąknięcie fabuły licznymi scenami akcji końcówka jest zupełnie przewidywalna, absurdalna i w efekcie rozczarowuje.

Ciekawie przedstawia się natomiast główna historia, skupiająca się na akcji Alejandro i Matta. Już sam pomysł by nie iść na wojnę z gangiem Reyesa, a zamiast tego porwać jego córkę, jest na swój sposób rewolucyjny. Szkoda tylko, że nie mieliśmy szansy poznać tego meksykańskiego bossa i sami zobaczyć konfliktu pomiędzy gangami, bo takie sceny z pewnością by jeszcze mocniej zbudowały klimat i mocny wydźwięk tej opowieści. Została tu jednak bardzo sprawnie rozpisana relacja pomiędzy Alejandro, a Isabelą, która przypomina więź pomiędzy ojcem, a córką. To kolejne spojrzenie, ukazujące jak wielowymiarową postacią jest bohater grany przez rewelacyjnego Benicio del Toro. Wraz z towarzyszącą mu Isabelą Moner tworzą zgrany duet, a dodatkowo z udziałem Alejandro odgrywa się tu najlepsza scena w filmie, gdy spotyka on głuchoniemego rolnika i rozmawia z nim na migi. I w zasadzie ten sicario to niemal postać idealnie zagrana i rozpisana, ale pod koniec dochodzi do pewnego niedorzecznego zwrotu akcji, który niestety niszczy całe te dobre wrażenie.


Poza świetnym Benicio del Toro, który ponownie kradnie całe show dla siebie, i zaskakująco bardzo dobrej Isabelą Moner również pozostała część obsady stoi na dość przyzwoitym poziomie… ale tylko przyzwoitym. Sam tytuł wskazuje, że ten film będzie o soldado, czyli o żołnierzach i najważniejszym z nich jest grany przez Josha Brolina Matt Graver – komandos, który posłusznie wykonuje wszystkie powierzone mu zadania, nie stroniąc przy tym od brutalizmu i podejmowanego ryzyka. W tej jednak części zostaje on zmuszony do podjęcia wielu trudnych decyzji, a także zmierzenia się z własnym sumieniem, które jak się okazuje nawet taki żołnierz posiada. Ten konflikt z moralnością Matta został tu udanie przedstawiony, co wynika głównie z faktu świetnej gry Brolina, który zalicza naprawdę udany rok. Najpierw znakomita rola Thanosa w "Avengers: Wojnie bez granic", później Cable w "Deadpoolu 2", a teraz jeszcze występ tutaj… naprawdę ma on świetną passę i oby trwała ona jak najdłużej. A reszta obsady? Niestety, ale wypada już bardzo przeciętnie. Jeffrey Donovan w roli wspólnika, Matta, Steve’a pojawia się na parę chwil, Matthew Modine ("Stranger Things") wygłasza tylko jedną przemowę, a Elijah Rodriguez w roli młodego przestępcy Miguela również nie spisuje się zbyt dobrze. A i tak szczytem nijakiej gry aktorskiej pozostaje Catherine Keener ("Uciekaj!"), która kolejną swoją rolę odgrywa w ten sam, nudny sposób.

Od strony wizualnej film Stefano Sollimy to zaś wciąż najwyższa półka. Co najbardziej niesamowite, po odejściu z obsady kamerzysty Rogera Deakinsa, kompozytora Jóhanna Jóhannssona, czy montażysty Joe Walkera… prawie nie odczuwa się tej straty. Szczególnie pod tym względem zaimponował nasz polski operator, Dariusz Wolski, który już po raz któryś z rzędu, udowadnia, że nie bez przyczyny jest jednym z najlepszych w swoim fachu. Jego szerokie plenery surowego meksykańskiego krajobrazu znakomicie budują mroczną atmosferę tego filmu. Świetnie spisali się też dźwiękowcy, którzy swoją niezwykłą pracą zasługują na uznanie. Mnie osobiście jednak najbardziej zachwyciła muzyka autorstwa młodej kompozytorki, Hildur Guðnadóttir. Jej ścieżka dźwiękowa rewelacyjnie buduje napięcie i tworzy aurę ciągłego niepokoju. Guðnadóttir fantastycznie wykonała swoją robotę, oddając w niej także piękny hołd dla zmarłego już kompozytora "Sicario", Jóhanna Jóhannssona.


"Sicario 2: Soldado" to zatem zaskakująco dobry film, który warto obejrzeć bo nie tylko świetnie buduje on napięcie od początku do samego końca, ale ma też niezwykle emocjonujące sceny akcji, czy dopracowaną do perfekcji stronę audiowizualną (godną paru nominacji do przyszłorocznych Oscarów). Widowisko Stefano Sollimy pełni już jednak wyłącznie rolę sequela z powtarzającą się zasadą – więcej i mocniej. I ta siła nie w pełni się dobrze sprawdza bo pod względem fabularnym to nie jest to nic specjalnego, co by mogło zmienić kino. Pojawiają się tu ponadto drobne błędy, które choć nie niszczą całości, to jednak są zauważalne. Wynikają one głównie z kulejącej momentami fabuły, niepotrzebnego pobocznego wątku Miguela, czy absurdalnej końcówki. Niestety "Sicario 2" to zwykła kontynuacja, którą choć bez wątpienia świetnie się ogląda, to nie ma tutaj żadnego elementu przeciwwagi dla ciągłej, szybkiej akcji (jak postać Kate w "Sicario"), czy poruszenia jakiegoś trudniejszego tematu, który by ukazał widzowi, że wojna wciąż trwa i jest jeszcze bardziej niebezpieczna. 

Ten film to więc krótko mówiąc - solidna, żołnierska robota, w której funkcjonuje zasada Guerra sin reglas – "Wojny bez reguł", gdzie choć każdy wykonuje swoje rozkazy, to jednak zupełnie nie wiadomo, kto w danym momencie jest wrogiem, a kto przyjacielem. Takie postępowanie prowadzi do czynienia wielu rzeczy niezgodnych z etyką i poszanowaniem praw drugiego człowieka. Kluczem do sukcesu w tejże sytuacji jest więc kierowanie się własną moralnością bo choć na tak brutalnej wojnie często trzeba łamać reguły, to jednak najważniejsze w tym wszystkim jest to, by nie stać się wyłącznie sicario lub soldado, a pozostać człowiekiem z własnym honorem, wartościami i zasadami – i to nawet jeśli będzie trzeba za to zapłacić tą najwyższą cenę. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (21 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)