Recenzja filmu Spragnieni miłości (2000)
Kar Wai Wong

Hong Kong, moja miłość

Dobra wiadomość zarówno dla zwolenników, jak i przeciwników Wong Kar-Waia "Spragnieni miłości" to film w zupełnie innym stylu niż trzy poprzednie, znane polskiemu widzowi: "Chungking Express", ...
Filmweb sp. z o.o.
Dobra wiadomość zarówno dla zwolenników, jak i przeciwników Wong Kar-Waia "Spragnieni miłości" to film w zupełnie innym stylu niż trzy poprzednie, znane polskiemu widzowi: "Chungking Express", "Upadłe anioły", "Happy Together". Dla zwolenników może to być potwierdzenie wszechstronności talentu reżyserskiego, zaś dla przeciwników miła niespodzianka. Nowy film azjatyckiego reżysera to uczta dla oka, ucha, serca i intelektu, a jego fabuła wcale nie jest najważniejsza. Musimy poddać się jego nastrojowi i dać się unieść powolnemu rytmowi - zdecydowanie odpuśćmy sobie czekanie na nagłe zwroty akcji i napięcia. Wygląda na to, że reżyser chce odnaleźć wszystkie zadumane chwile, które zgubił w szybkim tempie poprzednich obrazów.
Rezygnując z agresywnego montażu i nerwowych ujęć Wong Kar-Wai opowiada jednak znowu swoją ulubioną historię. Tak, jak we wcześniejszych filmach, bohaterowie są piękni i młodzi, bardzo samotni i zamknięci w sobie. Miejscem rozgrywających się wydarzeń również jest Hongkong, a ukazana przestrzeń miasta - klaustrofobiczna, ciemna i zamknięta: wąskie uliczki, ciasne mieszkania. Dopiero, gdy akcja przenosi się do Singapuru, na ekranie widać niebo (tak jak w ostatniej scenie "Upadłych aniołów", gdy bohaterowie wyjeżdżają z tunelu). Tym razem jednak akcja filmu została umieszczona w latach sześćdziesiątych, do których reżyser ma ponoć sentyment. Być może nie uwierzylibyśmy w tę historię, gdyby działa się współcześnie - w naszych czasach seks tratuje się jako zabieg higieniczny, a takie słowa jak skrupuły, wierność i obowiązek tracą swoje znaczenie. Jednak wtedy - w 1962 roku - nawet na Zachodzie przemiany obyczajowe i rewolucja seksualna nikomu się jeszcze nie śniły, zaś w Hong Kongu tym bardziej; obowiązywał tam azjatycki model zachowania: skryta powściągliwość i tradycyjne wartości.
Para głównych bohaterów, pani Chan (z mężem) i pan Chow (z żoną) wynajmują pokoje w tej samej kamienicy, w sąsiednich mieszkaniach. Ona jest sekretarką, on redaktorem gazety. Oboje podejrzewają swoich współmałżonków, którzy często wyjeżdżają, o zdradę; oboje czują się samotni - widać to zwłaszcza na tle wesołych biesiad właścicieli mieszkań. Panią Chan i pana Chow zaczyna łączyć coś niezwykłego…
Brzmi to jak początek filmowego romansidła średniej klasy - tym bardziej, że w głównych rolach reżyser obsadził popularnych w Azji aktorów - Tony'ego Leunga i Maggie Cheung (w tamtej części świata widzowie traktują ich pewnie, jak my Julię Roberts i Richarda Gere`a). Jak opowiedzieć o miłości, nie popadając w schematy? Przede wszystkim, nie wolno być dosłownym. Cały film składa się z niedomówień, nic nie jest powiedziane wprost, nie pada żadne wyznanie miłosne, a jedyna scena erotyczna została wycięta podczas montażu - naszym domysłom pozostawiono pytanie, czy rzeczywiście się wydarzyła. Pani Chan nie uwodzi swojego sąsiada, choć jej wygląd wydaje się temu zaprzeczać. Nosi obcisłe sukienki podkreślające talię i biodra. Ten strój jest równie dwoisty jak dążenia bohaterki: chęć podobania się walczy z poczuciem obowiązku (stójka przywodzi na myśl tradycyjny strój chiński). Skąd więc wiemy, że między bohaterami, którzy zachowują się z olbrzymią rezerwą (nawet nie flirtują) rodzi się uczucie?
Gdy piękna pani Chan mija się w drzwiach / na korytarzu / na schodach / w ciasnym zaułku z przystojnym, zawsze eleganckim panem Chow, często towarzyszy temu pełna żalu i niewypowiedzianej tęsknoty muzyka Michalea Galasso oraz zmysłowe hiszpańskojęzyczne tanga i walce. Dzięki urzekającym zdjęciom w ciepłych barwach i rozproszonym świetle nawet rynna czy uliczny bruk zalany deszczem wydaje się piękny. Poszczególne sceny płynnie, powoli przechodzą jedna w drugą, a często zwalniane tempo i liczne powtórzenia podkreślają nastrój bohaterów. Równie wolno rodzi się uczucie między głównymi bohaterami - zbudowane z przelotnych spojrzeń, dotknięć i słów. Czy starczy im odwagi, żeby wreszcie przestać liczyć na kolejne przypadkowe spotkanie? Czy wezmą los w swoje ręce? A może nie im jest dane o tym decydować?
W ostatniej scenie pan Chow odwiedza ruiny starożytnej świątyni Angkor Wat w Kambodży - niemego świadka milionów miłosnych dylematów i dramatycznych wyborów. Wobec wieczności człowiek znaczy niewiele, a jego życie jest krótkie. W tej sytuacji stajemy przed wyborem: żyć chwilą, korzystać z możliwości, jakie podsuwa nam życie - bo więcej się nie powtórzą; czy przyjąć postawę fatalistyczną, która pozbawia nasze poczynania większego sensu - bo i tak nie jesteśmy w stanie niczego zmienić. Hedonistyczna kultura Zachodu, kładąca nacisk na indywidualne dążenie do szczęścia może się przejrzeć w tym filmie jak w lustrze: u podstaw zachowania bohaterów filmu leży konfucjańska obowiązkowość i buddyjski spokój. Może dlatego ta historia tak fascynuje.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (140 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)