Recenzja filmu Podziemny krąg (1999)
David Fincher

If you died now, how would you feel about your life?

Może zacznę od banalnego stwierdzenia: wbrew nazwie nie jest to film o nielegalnych walkach ani nawet o miłośnikach tych walk. Musze więc przyznać, że tłumaczenie polskie jest całkiem trafne. ...
Filmweb sp. z o.o.
Może zacznę od banalnego stwierdzenia: wbrew nazwie nie jest to film o nielegalnych walkach ani nawet o miłośnikach tych walk. Musze więc przyznać, że tłumaczenie polskie jest całkiem trafne. Organizowanie i uczestniczenie w walkach to tylko sposób na zrobienie czegoś przeciw rzeczywistości, przeciwko popadaniu w schemat, w który zostaje wepchnięta większość ludzi: bezmyślne przechodzenie z jednego dnia w drugi.

O czym właściwie jest więc film? I tu zaczyna się jego prawdziwa potęga! Jest o tym, o czym chcemy, by był. Interpretacje i nadinterpretacje nieograniczone, bo to kwestia tego, na co zwrócimy w nim uwagę. Można dostrzec sprzeciw wobec marketingowemu stylowi życia, narzuconym normom, można zwrócić uwagę na ucieczkę w świat wykreowany, niemożliwość odnaleziona w sobie uczuć, w końcu zabijanie bólu psychicznego fizycznym, niszczenie nudy, wyładowywanie agresji (ale jakże z obowiązującymi i przestrzeganymi zasadami!) czy w końcu zwykły bunt. Ale dla mnie najważniejsze są chyba gratulacje, jakie padają w słowach: "Jesteś o krok bliżej dna". Aby zacząć prawdziwie żyć, muszą osiągnąć dno, poczuć ból, bliskość śmierci. I dla mnie o tym jest ta opowieść przede wszystkim – o chęci narodzenia się, a nie wegetowania. Bohaterowie dokonują autodestrukcji, by wciąż zmartwychwstawać. Tylko problem jest, że czasami nie potrafią się odbić od dna, którego muszą jednak przecież dotknąć. Przestają więc panować nad negacją rzeczywistości. Zakładają krąg ludzi mało kompatybilny z ustalonymi odgórnie normami, wartościami, system niszczący poczucie stabilizacji, występujący przeciw niewolnictwu "zadomawiania się".

Opowiadać fabuły nie będę, natomiast warto zwrócić, na początek, uwagę na jedną chociażby postać: Marlę – rewelacyjna Helena Bonham Carter, dużo bardziej wyrazistą, aniżeli jej odpowiednik książkowy (zasługa w tym wyłącznie chyba wspaniałej aktorki, jaką ona jest). W filmie zachowano taką konwencję jak w książce – na samym początku pada sformułowanie, że wszystko w życiu bohatera łączy się z tą osobą. I faktycznie. Staje się ona wszystkim tym, co nienawidzi i co kocha. Nienawidzi, bo nie pozwala mu uciekać w wyimaginowany ból, dokonywać za jego pomocą swoistego Katharsis. A kocha? Bowiem tylko na niej mu chyba zależy. Jest podobna do niego, tylko że dużo silniejsza. W sumie ciekawy zabieg – w świecie męskich walk, łamanych kości i krwi kapiącej z oczu mamy postać pięknej kobiety, niezależnej, potrafiącej sterować bardziej swym życiem niż owi mężczyźni, spotykający się w klubie.

Innym ciekawym motywem jest sam rodzaj walk – o ileż ta destrukcja wydaje się chociażby czystszym sportem niż taki boks, które nam jest dane "kontemplować" w TV. Walczą przyjaciele, nie przez nienawiść względem siebie, nie dla "chwały" czy pieniędzy. Nad dźwiękiem tych trzeszczących kości, czy też odgłosu "dławienia się własną krwią przy wciąganiu powietrza" czuć wręcz unoszącą się sympatię. Podanie przegranemu ręki i podniesienie go (lub tego co z niego zostało) ze szczerym uśmiechem... To robi wrażenie. I dziwić nie może, w końcu jedynie w klubie człowiek żył prawdziwym życiem.

Także kwestia "złotych myśli" – sformułowania najbardziej trafne padają z ust osoby, którą psychiatrzy uznaliby za niezrównoważoną (ale to już dopowiedziane mamy w powieści), w każdym razie nie przystającą do norm obowiązujących. Jednak właśnie ta postać potrafi nadać sens życiu innych ludzi, nie tylko przez tworzenie klubów walki, a chociażby zapewnia ratunek niedoszłemu weterynarzowi. Co prawda kpinę z norm i określenia "zdrowy" mieliśmy już w "Don Juanie DeMarco" z Deppem, ale i w "FC" jest to nieźle, choć mniej wyraziście, zaakcentowane przez owe trafne sformułowania: sens – w pewien "tylerowski sposób".

Dużo można by jeszcze szukać w owym obrazie łamania powielanych często w filmach schematów, ale w końcu duża w tym zasługa autora książki. Ironia obrazu, ciekawa obserwacja i budowa postaci to jego dzieło. Niebagatelną rolę odgrywa jednak i sam reżyser. W Stanach często krytykowany, za coś, co można ogólnie nazwać "niepoprawnością", czyli za coś, co przeciętny widz nie może zrozumieć. No cóż, ale to nie moje zdanie i się z nim nie zgodzę.

Mamy więc styl Finchera i zachowanie ogromu złośliwego humoru Palahniuka. Dodatkowo film wspaniale poprawia zakończenie powieści. Finał ów przemawia do mnie dużo mocniej. Może nie ma w sobie tego humoru, co książkowy, za to wspaniale ciągnie klimat całości i nie zamyka wcale historii. Pozostaje ona znacznie bardziej otwarta, niż przyjazna biel fartuchów lekarskich. Można mówić, że ta książka prosiła się o to, aby ją zekranizował właśnie Fincher. Chociażby przez motyw zniewolenia człowieka, zamknięcia go – zamknięcia w pewnej przestrzeni ze złem, któremu musi się przeciwstawić. Motyw w końcu powielony wielokrotnie – w "Obcym", "Siedem" czy "Azylu". Inne wspólne elementy można wyszukiwać. Na pytanie dziennikarza "W kinie, tak jak w życiu, interesują pana tylko sytuacje graniczne?", reżyser odpowiedział: " Tak, lecz bez wdawania się w psychologiczne niuanse. Nie robię filmów dla wybranej publiczności. Opowiadając o pewnych stanach emocjonalnych, lubię manipulować odczuciami widzów". Tak też jest w "Fight Clubie". Fincher ukazuje pewien stan bohatera, nie mamy wytłumaczenia, jakie miejsce ma chociażby w "Psychozie". To, co dzieje się w jego głowie, jest popisem dla naszej wyobraźni. My decydujemy o empatii i zrozumieniu. I za to szerokie pole manewru jestem wdzięczna twórcy. Sam mówił przecież o tym, że nie jest kaznodzieją i nie ma zamiaru nikogo pouczać. Gdyby inni też potrafili kręcić bez tej okropnej, patetycznej maniery amerykańskiej!

Jeszcze raz odwołam się do "Psychozy" – wiele filmów, w których dla pewnej części osób zaskakujące jest najbardziej (oryginalne) rozwiązanie, za drugim razem nie jest już tak ekscytujących. I właśnie – pod tym kątem mogę FC zestawić z fenomenalnym filmem Hitchcocka – warto obejrzeć raz kolejny... i kolejny... i tak dalej. Już bowiem przy drugim ujrzeniu innego znaczenia nabiera sam początek przecież: "Ludzie zawsze mnie pytają, czy znam Tylera Durdena"...

Mym zdaniem – pozycja obowiązkowa dla każdego szukającego perły w kinie współczesnym, jak również dla tych lubiący różnorodny humor. W kwestii tego ostatniego nie brak tu takich atrakcji jak scena podziału chorób... czy też katalog z meblami, zamiast standardowego Playboya.

Dużo smaku dodają także sceny synkretyczne – jak perfekcyjna scena oparzenia - krzyki Tylera "Nie odcinaj się od bólu! Pierwsze mydło powstało z popiołów bohaterów, bez bólu, bez poświęcenia, niczego nie da się osiągnąć", przeplatane ucieczką w świat jaskini i poszukiwaniem swego zwierzaka mocy. Jak reagować? Dać się zwieść i przyznać rację Tylerowi? Przecież to, co mówi nie jest tylko bełkotem! A z drugiej strony trudno powstrzymać śmiech. Wspaniały przykład manipulacji widzem... analogicznie porównywalny z "Gorzkimi godami". Wszystko staje się kwestią odbioru, tego w czyim umyśle się właśnie znajdujemy. Czy jesteśmy może tylko zimnymi obserwatorami i mamy za złe twórcom, że tak pogrywają? Ja nie mam i za każdym razem ta scena na nowo mnie bawi, lecz jednocześnie przyznaję rację Tylerowi nauczającemu niczym kaznodzieja, podczas gdy "ofiara" zwija się z bólu. 

Aby wspomnieć mimochodem jeszcze o aktorstwie – wszyscy trzymają wysoki poziom, lecz prawdziwą atrakcją jest pan Pitt, raz kolejny sprawdzający się fenomenalnie w roli "psychola". Tutaj kradnie on pole do popisu Nortonowi (jak zawsze wspaniałemu, ale nie mogącego przebić wcielenia Dereka Vinyarda), którego uważam za artystę większego formatu, bowiem nigdy nie gra, w przeciwieństwie do Pitta, minimalizując wysiłek. Tutaj jednak Brad daje z siebie 100%! "Prawdziwy romans", "Kalifornia", "12 małp", "Fight Club" – oto kreacje, których powinna być w jego dorobku jak najwięcej! Przed tym talentem warto się ukłonić... może już taka jego dola, że zawsze wyjdzie zwycięsko z bitwy z rolą wesołego psychopaty czy ćpuna. Cóż – z niesamowitą łatwością radzi sobie z rolami, które wydają się być trudniejsze znacznie niż te, po których przypięto mu etykietkę wyłącznie ładnej buzi.

W skrócie zatem: jeden z największych filmów w historii kina, wspaniale ekranizujący książkę, dodatkowo poprawiający ją w pewnych momentach.
Co składa się na wielkość filmu? Genialne aktorstwo, brak moralizatorstwa, nachalności, lekkość w sposobie potraktowania poważnego tematu (ale nie zbanalizowanie go), wspaniałe dialogi i nie traktowanie widza jak potencjalnego zjadacza popcornu, a więc pozostawienie mu dużego pola na myślenie i odbiór indywidualny. A tego wszystkiego gwarancję daje ów obraz. Hmm... teoretycznie brzmi jak frazes z reklamy... ale, z drugiej strony... w przypadku ilu współczesnych obrazów będzie on prawdziwy?

"Podziemny krąg" można nazwać filmem kultowym i idealnym. Ja nie znalazłam w nim czegoś, co byłoby zbędne.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 96% uznało tę recenzję za pomocną (490 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (11)

zobacz wszystkie
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię