Recenzja filmu Łuk (2005)
Ki-duk Kim

Impotencja twórcza

Po filmie "Pusty dom" nazwisko Kim Ki-Duk zapadło mi bardzo głęboko w pamięć. Dlatego też z wielkimi nadziejami wybrałem się na "Łuk", spodziewając się kolejnej porcji cudownych przeżyć i ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Łuk (2005)
Po filmie "Pusty dom" nazwisko Kim Ki-Duk zapadło mi bardzo głęboko w pamięć. Dlatego też z wielkimi nadziejami wybrałem się na "Łuk", spodziewając się kolejnej porcji cudownych przeżyć i fascynujących doznań z pogranicza jawy i snu. Niestety nowy film okazał się tragiczną pomyłką, bełkotliwym spazmem pozbawionego nowej idei umysłu.

A zaczęło się całkiem nieźle. Co prawda pierwszym sygnałem ostrzegawczym była forma i sceneria łudząco podobna do tej z filmu "Wiosna, lato, jesień, zima... i wiosna". I tam i tu mamy dojrzałego mężczyznę mieszkającego pośrodku wielkiej wody. I tam i tu na jego głowę spada odpowiedzialność związana z wychowaniem dziecka. I tam i tu wielki świat upomni się o swoją zgubę. Mimo tych podobieństw, początek filmu zapowiadał się bardzo ciekawie. Z jednej strony była to opowieść o młodej dziewczynie żyjącej pośród ciszy i harmonii przyrody, całkiem szczęśliwa i radosna. To przypowieść o raju, gdzie wszystko jest na swoim miejscu, gdzie czas praktycznie nie ma znaczenia, bo każdy dzień jest cudownym przeżyciem pełnym głębokich doznań jedności wszelkich elementów. Jest to zarazem opowieść o grzechu. Ten świat raju trwać nie może, bo też - jak sugeruje to Kim Ki-Duk - nie leży w naturze człowieka delektowanie się szczęściem. Tę harmonię i spokój docenić może starzec, który widział świat, który wiele przeżył. Nie doceni tego jednak młoda, niespokojna dusza. Prędzej czy później pojawią się pragnienia, a te doprowadzą do grzechu. Ciekawość, potrzeba przekroczenia dotychczasowych ograniczeń sprawią, że dziewczyna odrzuci harmonię i ulegnie pokusie niebezpiecznego, pełnego chaosu świata zewnętrznego. Raj runie, pogrążając się w mrokach sztormu niespełnionych uczuć i pragnień. Harmonię zakłóci przemoc i walka o dominację.

"Łuk" w pierwszej części to także opowieść o stworzycielu, doświadczonym przez los, który pragnie jedynie piękna i spokoju. Uciekając od świata grzechu i przemocy, utrzymuje z nim niewielki kontakt. Zamiast tego tworzy swój własny mały raj. Wszystko jest piękne, lecz niestety nietrwałe. Dlaczego? Ponieważ ten raj oparty jest na egoistycznych pobudkach. W tym mikroświecie liczy się tylko jedna osoba - jej twórca. Inni stają się narzędziami, instrumentami lub żywymi dekoracjami. Może się o nich troszczyć, może im zapewniać rozrywkę, może ich nawet szczerze kochać i chronić przed niebezpieczeństwami zewnętrznego świata, a jednak koniec końców okazuje się więziennym strażnikiem.

Jest mniej więcej w połowie tego filmu scena, kiedy świat zaczyna się walić. Radość przeradza się w strach, miłość w odrzucenie. W "Wiośnie..." w tym momencie młody bohater umyka z ograniczeń niewielkiego raju, by powrócić jako grzesznik. W "Łuku" stwórca okazuje się bardziej egoistyczny. Kurczowo trzyma się swoich planów. Dramatycznie pragnie zachować status quo, przez co staje się potworem. Pragnąc spokoju, radości i harmonii przemienia się w szatana, jednocześnie pozostając postacią tragiczną, cierpiącą.

I wtedy następuje końcowy akt. Z niedowierzaniem patrzyłem, jak Kim Ki-Duk minuta po minucie niszczy własne dzieło, niczym główny bohater filmu. Ostatnie dwadzieścia minut to szaleńczy natłok symboli, który zlewa się w jeden wielki niezrozumiały bełkot zdziadziałego umysłu. Byłem świadkiem zupełnie niezrozumiałego festiwalu bezguścia i złego smaku, którego szczytem była astralna defloracja. Zabrakło jeszcze tylko ciąży, a byłoby jasne, jak Kim Ki-Duk wyobraża sobie niepokalane poczęcie. Bollywood, ze swoim rozdętym kiczem, może chować głowę w piasek ze wstydu. Radosna twórczość grafomana, jakim jawi się w tym filmie reżyser, przekracza wszelkie pojęcie. Zamiast głębokiej opowieści o grzechu, poświęceniu i miłości, dostałem historię perwersyjnego impotenta, niemalże pedofila, przez dziesięć lat wychowującego dziewczynkę tylko w jednym celu: by została jego żoną.

Gdyby nie pierwsza połowa, "Łuk" nie wart byłby funta kłaków. A tak zostaje przynajmniej wspomnienie potencjału, jaki ten film miał w sobie. Cóż, magia Kim Ki-Duka nie trwała długo. Na szczęście pozostaje "Pusty dom".
Następny projekt reżysera obejrzę już bez tak wygórowanych oczekiwań.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 47% uznało tę recenzję za pomocną (30 głosów).
torne
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie