Recenzja filmu Rozstanie (2011)
Asghar Farhadi

Irreversible

Simin (Leila Hatami) chce wyjechać z kraju. Za granicą czeka na nich lepsza przyszłość, argumentuje. Jej mąż, Naader (Peyman Moaadi), za nic nie chce słyszeć o takim rozwiązaniu. Musi zostać, ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Rozstanie (2011)
Simin (Leila Hatami) chce wyjechać z kraju. Za granicą czeka na nich lepsza przyszłość, argumentuje. Jej mąż, Naader (Peyman Moaadi), za nic nie chce słyszeć o takim rozwiązaniu. Musi zostać, opiekować się swoim chorym na Alzheimera ojcem. W tej sytuacji Simin występuje o rozwód i wyprowadza się do rodziców. Małżonek wynajmuje opiekunkę, by doglądała chorego. Wspólnie z córką zajmuje się domem, czekając aż butna żona sama wróci...

O czym jest "Rozstanie"? O społecznych różnicach? O ciężkim losie kobiet w świecie Islamu? To pierwsze skojarzenia, jakie pojawiają się na rzucone hasło: "kino irańskie". Ale obraz Asghara Farhadiego wybiega poza ten stereotyp. Zamiast pretensjonalnego zaangażowania oferuje opowieść o zwykłych ludziach. Takich, jacy żyją w Polsce i w każdym innym rejonie świata. Nie skrajna biedota, ale też żadni bogacze. Ludzie, którzy starają się w miarę godnie przejść przez życie. Co w tym interesującego? Otóż to - na pierwszy rzut oka w zasadzie nic. Chodzi jednak o to, jak tą z pozoru prostą historię nam opowiedziano.

Dla mnie w pierwszej kolejności "Rozstanie" jest filmem o tym, co nieodwracalne. To, co najbardziej poruszające i dramatyczne, rozgrywa się tu w drobnych gestach, czynach zaniechanych. W trakcie seansu obserwujemy, jak ciąg pozornie nieznaczących lub mało znaczących zdarzeń tworzy ze, zdawałoby się, błahej sytuacji sytuację bez wyjścia. Decydują zacietrzewienie, urazy, błędnie pojmowana duma. To one nie pozwalają iść na ustępstwa, osiągać jakichkolwiek kompromisów. Oboje, Simin i Naader, liczą tak naprawdę, że druga strona "pójdzie po rozum do głowy", nagnie się. Żadne z nich nie chce rozstania, ale nie mają też woli, aby ratować swój związek. Analogicznie sprawa ma się w przypadku konfliktu z Razieh, opiekunką ojca i jej mężem. Tutaj również nie ma żadnego dialogu, chodzi o to, aby postawić na swoim. Za wszelką cenę. I jako widzowie przyglądamy się, jak kolejne drogi innego, lepszego wyboru zostają zamknięte. Narasta spirala kłamstwa i uprzedzeń, która z czasem tworzy mur nie do pokonania.

Farhadi opowiada o tym wszystkim w tonie beznamiętnym, spokojnie, bez prób oceniania swych bohaterów. Buduje przy tym napięcie zgoła wcale nie kojarzące się z kameralnym dramatem. Przez cały czas oczekujemy wybuchu, przeczuwamy nadciągającą tragedię. Ale żadnej wielkiej tragedii de facto nie ma. Tak jak w życiu - poniewczasie przychodzi po prostu czas na niewygodne pytania zadawane samemu sobie. To widać dopiero w spojrzeniach, niby obojętnych, a tak naprawdę przegranych. Dlatego, kiedy na ekranie lecą już napisy końcowe, drążące wcześniej "co się zaraz wydarzy?" zastąpione zostaje przez: "co by było gdyby?". Ale tego już się nie dowiemy...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (64 głosy).
Caligula
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)