Recenzja filmu Nieśmiertelny (1986)
Russell Mulcahy

It's a kind of magic

Od czasu premiery kultowego "Nieśmiertelnego" minęło już ponad ćwierć wieku. Dziś, po całej masie kontynuacji i rozmaitych wariacji, jedno wiemy na pewno. Pierwsza część niezmiennie od 1986 ...
Filmweb sp. z o.o.
Od czasu premiery kultowego "Nieśmiertelnego" minęło już ponad ćwierć wieku. Dziś, po całej masie kontynuacji i rozmaitych wariacji, jedno wiemy na pewno. Pierwsza część niezmiennie od 1986 pozostaje na szczycie, a na drugim miejscu… drugiego miejsca nie ma, nie ma nawet trzeciego, bo za monopolistycznym podium jest długa, bezkresna pustka i dopiero za nią, gdzieś z mrocznej otchłani wyłania się "teledysk" pod tytułem "Nieśmiertelny 3".

Po sukcesie "jedynki" nikt chyba nie przejmował się tym, że "Nieśmiertelny" stanowił zamkniętą całość. Producenci z Hollywood puścili więc w ruch machinę nienagannego partactwa, produkując serię czterech sequeli, dziś szczycących się mianem jedynych z najgorszych, jakie na świat wydało kino. Ostatecznie stanęło na "Źródle", którego wartka akcja toczy się gdzieś w litewskich lasach. "Nieśmiertelny: Źródło" choć dziełem wybitnym nie jest, świetnie sprawdza się w roli niezłego pracza mózgu. Oglądania "na sucho" mimo wszystko nie polecam. Wróćmy jednak do części pierwszej.

Świat jest pełen anomalii, ale gdyby raz na jakiś czas, gdzieś w jego zakątkach rodzili się ludzie obdarzeni darem nieśmiertelności? Któż z nas nie chciałby być wiecznie młody? Hollywood coś o tym wie, podobnie jak branża kosmetyczna. Tysiącletnie życie może być oczywiście pasjonujące, ale nie oszukujmy się, wieje trochę nudą. Obdarzeni magią wiecznego życia nieśmiertelni postanowili więc nieco umilić sobie ten czas i zagrać w zupełnie śmiertelną grę. Zasady są proste, walczymy uczciwie, jeden na jednego. Wygrywa ten, kto zetnie głowę przeciwnikowi, bo tylko tak można zabić innego nieśmiertelnego. Tylko po co dążyć do wzajemnej eksterminacji? Jak to w każdej grze bywa, na zwycięzcę czeka nagroda. Czym jest? Nie wiadomo, krążą tylko legendy, ale szansę na jej wygranie na pewno można zwiększyć, likwidując konkurencję. A likwidować się opłaca, gdyż zabijając innego nieśmiertelnego, przejmujemy jego moc, siłę oraz wiedzę. Żeby jednak nie szukać się po świecie, w czasie "zgromadzenia" – kiedy to przy życiu pozostanie już tylko kilku, wszyscy udadzą się na odległy ląd, by walczyć o nagrodę. Gdzie? Oczywiście do miasta, które nigdy nie zasypia – Nowego Jorku.

photo.title photo.title photo.title

Z racji, że górale to z natury twardziele, jasne było, że do fazy końcowej jeden dotrwa na pewno. Przyznam się, że czuję niesamowitą ulgę, gdy pomyślę, że polscy spece od tłumaczeń tytuł filmu mogli przetłumaczyć dosłownie. Wracając jednak do samych górali, Connor MacLeod, z pochodzenia Szkot, żyje od 450 lat i to jego historię dane nam jest poznawać, wspominając razem z nim "stare dobre czasy". Scenariusz "Nieśmiertelnego" napisany został przez będącego jeszcze na studiach Gregoryego Widena, lekką ręką, ale nie on decyduje o sile tej produkcji.

Potęga "Nieśmiertelnego" swoją moc czerpie z kilku źródeł. Na problem nieśmiertelności chyba po raz pierwszy spojrzano z tak głębokiej perspektywy humanizmu. Nieśmiertelność jest darem, czy może przekleństwem? A może to my, zwyczajni śmiertelnicy posiadamy prawdziwy dar jakiego nie mogą posiąść nieśmiertelni? Kto z nas, choć przez chwilę nie zaznał kiedyś samotności, a cóż dopiero być samotnym przez całe wieki? Ta problemowa uniwersalność sprawia, że film chwyta za serce nie mniej niż disnejowski "Król Lew".

Niemały był w tym udział aktorów. Bezcenna mimika Christophera Lamberta, jego charakterystyczne parsknięcie i uśmiech nadały postaci MacLeoda bardzo ludzkiego wymiaru. Do historii przeszła bluźniercza scena z katedry świętego Patryka świetnie zagrana przez Clancy'ego Browna. Wreszcie niezapomniana drugoplanowa kreacja Seana Connery w roli szarmanckiego hiszpańskiego łamacza niewieścich serc oraz mentora głównego bohatera – Ramireza.

  photo.title photo.title photo.title

Ponowny seans "Nieśmiertelnego" utwierdził mnie jedynie w przekonaniu, że temu filmowi towarzyszy jakiś nieodparty urok. Russell Mulcahy w Hollywood dopiero raczkował i po tylu latach Christopher Lambert nadal uważa, że był to jeden z najlepszych i najbardziej kreatywnych reżyserów z jakim miał okazję współpracować. Magię czuć nie tylko w sprawnej ręce reżysera, ale również w znakomitych zdjęciach. Szkocja we wspomnieniach MacLeoda olśniewa swym pięknem. Szerokie pasma gór, krystalicznie czyste jeziora, stare gęste lasy, skalne szczyty i rozbijające się o nie morskie fale – dopiero "Braveheart" równie atrakcyjnie przedstawił krainę panów w "spódniczkach".

Wreszcie na końcu, muzyka. Christopher Lambert chyba z nieco przesadną skromnością mówił, że ani on, ani nawet Connery nie stanowili o głównej sile tej produkcji. "Queen" był dla "Nieśmiertelnego" tym, czym była muzyka Johna Williamsa dla "Gwiezdnych Wojen". Prosty opening nie porywałby tak, gdyby nie "Princess of Universe". Wątek romantyczny mocno zaakcentował wybitnie emocjonalny i uczuciowy "One Year of Love", czy wreszcie oddająca sens filmu ballada "Who wants to live forever". "Queen" był jednym z kluczy sukcesu, ale chyba nieco niesłusznie zapomina się o ścieżce dźwiękowej skomponowanej przez Michaela Kamena. Motyw przewodni tak jak i sam film, nie ma epickich aspiracji więc ciężko porównywać go z "Braveheartem" czy utworami Hansa Zimmera. Znajdziemy w nim jednak to, co znaleźć powinniśmy, tajemnicę, nieznaną pradawną siłę, przede wszystkim przygodę.

"Nieśmiertelny" jest jednym z kultowych osiągnięć kinematografii lat 80. W czasach, kiedy w kinowym mainstreamie o sukcesie czy porażce często decydują efekty specjalne, "Nieśmiertelny" jawi się jako jakaś anomalia. Film pod tym względem zestarzał się mocno, ale nie tu tkwi jego piękno, bo pod żadnym innym względem nie stracił ani odrobinę. Gatunkowa mieszanka pozwala osadzić "Nieśmiertelnego" gdzieś w granicach Kina Nowej Przygody, jest to bowiem kino tematycznie na tyle uniwersalne, że przystępne niemal dla każdego. Jak na ironię, slogan filmowy mówił, że na końcu "Może zostać tylko jeden" – i został. Pierwszy i jedyny, którego gorąco polecam.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 94% uznało tę recenzję za pomocną (36 głosów).
Navil
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)