Recenzja filmu Istota (2009)
Vincenzo Natali

It's alive!

"It's alive!" - te słowa zostały wykrzyczane przez podekscytowanego doktora Frankensteina w kulminacyjnym momencie znanej powieści Mary Shelley.  Owa powieść ma już prawie dwieście lat i została ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Istota (2009)
"It's alive!" - te słowa zostały wykrzyczane przez podekscytowanego doktora Frankensteina w kulminacyjnym momencie znanej powieści Mary Shelley.  Owa powieść ma już prawie dwieście lat i została przez filmowców (i nie tylko) wyeksploatowana na wszelkie możliwe sposoby. W efekcie w kulturze masowej już na dobre zadomowił się mit szalonego naukowca z domieszką prometeizmu. Garściami czerpie z niego również Vincenzo Natali w swoim najnowszym dziele pt. "Istota".

Elsa i Clive są genetykami, którzy postanowili skrzyżować ludzkie i zwierzęce DNA. Projekt wydaje się im o tyle ambitny, o ile może to być pierwszy krok w stronę dokonania przełomu w medycynie i uporania się z wieloma nieuleczalnymi chorobami trapiącymi ludzkość. Poza tym i tak, prędzej czy później, ktoś to zrobi... Po wielu próbach udaje im się stworzyć tytułową istotę o wdzięcznym imieniu Dren. W miarę upływu czasu fascynacja efektem ich działań nie bez powodu zaczyna się mieszać z przerażeniem...

Natali jest twórcą znanym fanom horroru dzięki uznawanemu dzisiaj za klasyk gatunku filmowi "Cube". Było to kameralne dzieło pokazujące zachowania ludzi reprezentujących różne typy charakterów w dość przerażających i klaustrofobicznych warunkach. Siłą napędową filmu było przedstawienie przemiany normalnego człowieka w potwora pod wpływem "sprzyjających" temu okoliczności. W rezultacie to nie zmyślne pułapki (których nie powstydziliby się scenarzyści "Piły") były najbardziej szokującą częścią filmu, ale właśnie z pozoru zwykli ludzie, którzy w okrutnych okolicznościach wyzbywają się wszelkich moralnych barier.

Również w "Istocie" pobrzmiewają echa tego zamysłu. Obsadzając w jednej z głównych ról Adriena Brody'ego, reżyser miał w zamyśle wzbudzić w widzach mieszane uczucia dotyczące jego bohatera. Brody jest aktorem o specyficznej, bardzo poczciwej fizjonomii twarzy, co sprawia, że nie da się go nie lubić. Tym bardziej trudniej  jest nam potępić jego działania, które mimo wszystko są moralnie dwuznaczne. Również kreacja kanadyjskiej aktorki Sarah Polley, grającej partnerkę Brody'ego, nie jest łatwa w odbiorze. Elsa, będąca współtwórcą Dren, może nie sprawia wrażenia tak sympatycznej osoby jak Clive, ale za to widza może wzruszyć jej historia (trudne relacje z matką) i pragnienie macierzyństwa zmieszane ze strachem przed utratą całkowitej kontroli nad własnym życiem, który się z owym macierzyństwem wiąże. Jednak naukowcy, mimo swych zalet, pokazują nam również ciemną stronę swojej osobowości. Rodzi się pytanie: czy rzeczywiście to Dren jest w tym trójkącie potworem?

Jak widać, film zmusza do refleksji, ale niestety ma również swoje wady. "Istota" jest nie tylko filmem sci-fi (a nawet bardziej science, niż fiction), ale również horrorem i niestety pod kątem patrzenia na ten film jako na straszak pojawiają się zgrzyty. Natali już 10 lat temu miał gotowy scenariusz i w ciągu tej dekady nanosił na niego liczne poprawki. Gdybym tego nie wiedział, to po seansie stwierdziłbym, że został on napisany po macoszemu przez jakiegoś twórcę filmów klasy B. Zwłaszcza końcowe sceny są dość groteskowe, żeby nie powiedzieć: żenujące. Przychodzi mi do głowy tylko jedno usprawiedliwienie takiego stanu rzeczy: film jest mocno inspirowany horrorami lat 30. ubiegłego wieku (jak choćby ekranizacją wspomnianego we wstępie "Frankensteina" z Borisem Karloffem w roli potwora) nie tylko fabularnie, ale również pod względem formy. Stąd klasyczna gonitwa po lesie, czy sztampowe dialogi w najbardziej dramatycznych momentach. Te chwyty działały na widza kilkadziesiąt lat temu, ale na dzień dzisiejszy są już niestety trochę przeterminowane.

W efekcie film jest bardzo nierówny. Kilkakrotnie po kiepskich scenach mających budować napięcie (i całkowicie się z zadania niewywiązujących) dostajemy bardzo ciekawe, dobrze zagrane sceny dialogowe i odwrotnie. W jednej chwili ma się wrażenie, że oto właśnie zmarnował się cały potencjał filmu, aby zaraz na nowo zaciekawić się poruszanymi wątkami. Niestety pod koniec filmu szala zostaje przeważona na stronę taniego straszaka…

Natali swoim filmem poruszył dość ciekawy, ponadczasowy problem zabawy w Boga i konsekwencji z tego wynikających. Chwała mu za to. Szkoda tylko, że ambitne kino sci-fi zostało zmieszane z naprawdę słabym horrorem. Niemniej jednak film warto zobaczyć chociażby po to, aby wyrobić sobie własną opinię na temat takiej gatunkowej hybrydy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 74% uznało tę recenzję za pomocną (46 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię