Recenzja filmu Aleksander (2004)
Oliver Stone

Jak bęben afrykański - imponujące wyglądem, a puste w środku

Takiej pomyłki nikt się po Olivierze Stonie nie spodziewał. Autor tak wielkich filmów jak "Pluton" czy "Rozmowy radiowe" przez dziesięć lat marzył o stworzeniu filmu o jednym z najwybitniejszych ...
Filmweb sp. z o.o.
Takiej pomyłki nikt się po Olivierze Stonie nie spodziewał.

Autor tak wielkich filmów jak "Pluton" czy "Rozmowy radiowe" przez dziesięć lat marzył o stworzeniu filmu o jednym z najwybitniejszych wodzów wszech czasów, Aleksandrze Macedońskim i zbierał pieniądze na jego ekranizację, chcąc ukazać ludowi wielką postać w innym świetle - jako tyrana, wariata dążącego do spełnienia niewykonalnych marzeń o dorównaniu herosom takim jak Herakles, oraz gnębiciela swojego wojska.

Oparł swój film na podstawie biografii Aleksandra dokonanej przez historyka Robina Lane'a Foxa. Uczeń widać bardzo pojętny, bo rzeczywiście wiele tutaj faktów historycznych, ale scenariusz jest tak fatalnie napisany, a sam film niewiarygodny, że zasługuje na postawienie na półce obok frywolnych i mitycznych "Troi" i "Heleny Trojańskiej" - co napawa grozą, gdyż pokazuje, że Amerykanie już filmów kostiumowych w realiach starożytnych robić nie umieją.

Dla tych, co na historii nie uważali, zacznijmy może od wyjaśnienia, kim był Aleksander Wielki. Był to znakomity władca państwa macedońskiego w latach 336-323, syn swego poprzednika, Filipa II, oraz księżniczki Epiru, Olimpii. Nielubiany przez ojca, kochany przez matkę, władzę przejął po zamachu na życie rodziciela, który wcale nie chciał mu oddawać tronu. Podbił prawie cały znany wtedy świat od Egiptu na zachodzie aż po dolinę Indusu na wschodzie, zakończył swój wielki pochód dopiero po buncie wygłodniałych żołnierzy. Zmarł tajemniczo w Babilonie.

Biografia wielkiego wodza ukazana jest z perspektywy jednego z jego dziedziców, Ptolemeusza w osobie Anthony'ego Hopkinsa, opisuje dzieje swojego krewnego przy zaskakująco dokładnej "mapie" zbudowanej z kamieni (najwyraźniej Grecy posiadali już umiejętność budowania mozaik, co pachnie groteską). Robi to w nieumiejętny, jak to u osób dokonujących retrospekcji bywa, sposób, gadając to niby do swoich podwładnych, a przy tym do widzów, a i tak nikt go nie słucha, bo ta lekcja historii jest fascynująca jak gra w szachy (nie uwłaczając szachistom).

Stone chciał tu ukazać dziecinne wręcz dążenia Aleksandra Macedońskiego do spełnienia swoich marzeń. Widzimy, jak młody uczeń wdaje się w polemikę z w gruncie rzeczy pustym umysłowo, choć zgrywającym mądrego Arystotelesem (Christopher Plummer w patetyczny sposób rozwiewający marzenia chłopca). Także ojciec przyszłego wodza mówi o władzy jako o cierpieniu wręcz mitycznym.

Wizja życia Aleksandra według Foxa jest co najmniej zaskakująca. Filip II (Val Kilmer nie do poznania) został tutaj przedstawiony jako tyran i hulaka, natomiast Olimpię ukazano jako wiecznie odurzoną wariatkę, którą - nie wiedzieć czemu - gra Angelina Jolie. Jest to sytuacja śmieszna, ponieważ Jolie jest tylko rok starsza od Colina Farrella w roli dorosłego już Aleksandra, którego gra matkę, a nieudolna próba udawania obłąkanej ponoć (na podstawie domysłów Foxa) księżniczki Epiru stawia pytanie: jak można było do filmu angażować 29-letnią wtedy aktorkę tylko na podstawie jej seksapilu? Czysty kicz, chyba że sam jej biust miał przyciągnąć widownię.

Sam Kilmer też nie zachwyca. Jego charakteryzacja jest dobra i nie można go łatwo poznać, ale nie powinien on pod makijażem ukrywać swojego talentu, którego obok zmarszczek również nie widać.

Dobija Farrell, który szafuje podniosłymi zdaniami, a w gruncie rzeczy odczuwa zmęczenie swą rolą (dosłownie, bo charakteryzacja w scenie wyprawy do Indii tylko tę hipotezę potwierdza).

Lepiej powinno być przy scenach batalistycznych, w które Stone zaangażował setki statystów. W "Aleksandrze" przedstawiono jednak tylko dwie bitwy: pod Gaugamelą w 331 roku p.n.e. oraz nad rzeką Hydapses w 327 p.n.e., przy czym nie wiadomo, dlaczego całkowicie pominięto bitwę pod Issos w 333 p.n.e., a w filmie na polu pod Gaugamelą Aleksander patrzy tak dziwnie na swego przeciwnika Dariusza III, jakby widział go po raz pierwszy. Niezrozumiałe są również trwożliwe narzekania dowódców u boku Macedończyka, którzy oczywiście nie znają Issos, w którym też Persowie mieli przewagę liczebną...

Można oczywiście przyznać, że rozmach tych bitew (których i tak jest za mało jak na film o największym wodzu świata) jest imponujący, ale jak one zostały wykonane... Nuda powoduje, że tytuł wywołuje efekt lepszy niż środki nasenne. Autor zdjęć, Rodrigo Prieto, najwyraźniej był na sporej balandze, a gdy jego ekipa przyszła kręcić film, nie zdążyła wytrzeźwieć. To powinno tłumaczyć, dlaczego drżenia kamery podczas walki są straszne i nienaturalnie sztuczne, co spotęgowano lejącą się w niesamowitych ilościach juchą, a niekiedy obraz zyskuje psychodeliczne kolory (za tak wiarygodny obraz widoku człowieka po pijanemu Rodrigo powinien dostać Oscara!). Kulminacją zaś obrazu nędzy i rozpaczy jest wspomniana walka nad rzeką indyjską. Zastanawiające, dlaczego toczy się ona nie w dżungli (a Indie to klimat równikowy, nieprawdaż?), ale w lesie rodem z klimatu umiarkowanego. Magia?

Na burę zasługuje też patetyczna muzyka Vangelisa. Po odsłuchaniu tego "czegoś" widz ma ochotę wyłączyć głośnik.

Można rościć także pretensje do Stone'a, dlaczego konflikt Aleksandra z ojcem niespodziewanie zatrzymał przygotowaniem młodzieńca do bitwy już po śmierci Filipa, a kontynuował go już pod koniec filmu sceną zabójstwa aleksandrowskiego rodzica (co jest bez sensu). Nie rozwinął dodatkowo wątku homoseksualnego - miłości Aleksandra do swojego rówieśnika Hefajstiona w osobie Jareda Leto (jak już podjęło się tak kontrowersyjny temat, to czemu go nie rozwinąć?) czy też nie ukazał wielkiej wyprawy na Azję z punktu widzenia wyczerpanych walką zwyczajnych żołnierzy. Skoncentrował się za to - obowiązek w filmie kostiumowym! - na scenie gwałtu Olimpii przez Filipa czy też na miłosnych igraszkach Aleksandra z jego pierwszą żoną, księżniczką Baktrii Roksaną (Rosario Dawson).

Żenuje także scenariusz, będący postmodernistycznym zlepkiem cytatów. Już przytoczona na początku sentencja z Wergiliusza "Fortuna sprzyja odważnym" zostaje wypowiedziana przez Ptolemeusza (trzy wieki przed "Eneidą"!). Kolejna - z ust Olimpii - "Najlepszą obroną jest atak" - dewiza Napoleona. Następny cytat - "Przygotujcie jadło, albowiem wieczerzać będziemy w piekle" - zapożyczony z komiksu "300". Dalej jeszcze głupiej, bo wołanie Aleksandra "Czy chcecie żyć wiecznie?" to zawołanie Fryderyka Wielkiego, a wódz macedoński też lubi nazywać filmowych towarzyszy "psami".

Poza tym TROCHĘ to dziwne, że Grecy mówią z amerykańskim akcentem, a nasz Macedończyk zaciąga po irlandzku (i do tego jeszcze jest praworęczny, co nie jest prawdą historyczną), nieprawdaż?

Efektem takiej ignorancji (a można tu jeszcze wspomnieć o innych kolorach strojów perskich żołnierzy niż w rzeczywistości itp.) była klęska kasowa w USA (ponad 120 milionów dolarów straty!). Przed katastrofą tytuł uchroniła publiczność spoza Stanów, a i tak film zrobiony za 155 mln $ wyszedł na jedynie 12 mln $ salda dodatniego.

Srebrnej Żabie dla Prieto (na którą zdecydowanie nie zasłużył) towarzyszyło aż sześć nominacji do Złotej Maliny dla najgorszych: aktora (Farrell), aktorki (Jolie), reżysera (Stone), zdjęć (Prieto), scenariusza (Stone, skompromitowany Christopher Kyle z ostatnim piśmidłem w życiu, oraz Laeta Kalogridis) i aktora drugoplanowego (Kilmer). Stone zaś stracił szacunek, na który pracował latami. Złe dzieło, jeśli dziełem to można nazwać.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 44% uznało tę recenzję za pomocną (27 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie