Recenzja filmu Łzy słońca (2003)
Antoine Fuqua

Jak w kilka dni zbawić Afrykę

Po zamordowaniu prezydenta i rzekomo całej jego rodziny w Afryce na dobre rozpoczyna się wojna domowa. Amerykański porucznik Waters (Bruce Willis) dostaje rozkaz ewakuowania z afrykańskiej wioski ...
Filmweb sp. z o.o.
Po zamordowaniu prezydenta i rzekomo całej jego rodziny w Afryce na dobre rozpoczyna się wojna domowa. Amerykański porucznik Waters (Bruce Willis) dostaje rozkaz ewakuowania z afrykańskiej wioski dr Leny Kendricks (Monica Bellucci). Na miejscu okazuje się jednak, że lekarka nie zamierza opuszczać swoich pacjentów. Waters zgadza się na zabranie tych, którzy są w stanie poruszać się samodzielnie. Muszą dostać się do Kamerunu, i to jak najszybciej, aby zdołać uciec ścigającym ich rebeliantom.

Film jest amerykański do bólu. Wystarczy zresztą dowiedzieć się, o co w nim chodzi, aby to wiedzieć. Zakończenie wszyscy znają, a sam obraz z pewnością byłby patetyczno-patriotyczną papką, gdyby nie dwie rzeczy, które go ratują.

Moją uwagę przykuł kontrast pomiędzy okrucieństwem wojny a pięknem Afryki, uchwyconym we wspaniałych zdjęciach Maura Fiora. Można się pozachwycać, ale tylko trochę, bo zaraz w kadr włażą jakże pociągająco ubrudzeni Amerykanie i czar pryska. Tak więc, aby ów kontrast dostrzec, trzeba się mocno starać i umieć przymknąć oko na patetyczność całego filmu, na którą postawiono wystarczająco silny akcent, aby wszystko inne pozostało w jej cieniu.

Druga rzecz to interesująca muzyka. To dzięki niej "Łzy słońca" są obrazem choć trochę poruszającym i momentami trzymającym w napięciu. Poza nią i zdjęciami film nie ma szczególnych zalet. Afrykańscy Murzyni są tutaj źli albo dobrzy, przy czym ci dobrzy są całkowicie nieporadni i biedni, zupełnie zdani na łaskę dobrych i dzielnych Amerykanów. Sceny walk, dobrze nakręcone i dynamiczne (ale czemu  zawsze zwycięskie dla Amerykanów?!), przypominały mi momentami strzelaniny z gier komputerowych, zwłaszcza że nasz bohater też ma więcej żyć niż kot. Do filmu należy podejść raczej sceptycznie, jak do kina czysto rozrywkowego, nie oczekując za wiele. Ale tu nawet nie ma za dużo rozrywki. Twórcy niepotrzebnie melodramatyzują, co wiele psuje. Wielką, gorzką pigułkę "amerykańskości" da się jakoś przełknąć, ale po co się męczyć? Oglądanie filmów powinno być chyba przyjemnością... Cóż, może zresztą warto go obejrzeć dla zdjęć i muzyki, dlatego, że ogólnie bardzo dobrze wypada od strony technicznej...? Nie mam pewności. Dobre zdjęcia, montaż i muzyka to najwyraźniej za mało na naprawdę porządny film, "Łzy słońca" to bowiem obraz jedynie oglądalny.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 38% uznało tę recenzję za pomocną (40 głosów).
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię