Recenzja filmu Deadpool 2 (2018)
David Leitch

Każdy przyjemniaczek zasługuje na rodzinę

"To będzie kino familijne" – informuje nas Deadpool, a zaraz potem dodaje, że powinno się ono zacząć od jakiegoś morderstwa. Ten podtekst zwraca jednak uwagę, bo rzeczywiście druga część ma coś w ...
Filmweb sp. z o.o.
Wade Wilson tylko z pozoru sprawia wrażenie gbura, dla którego najważniejsze jest robienie nieprzyzwoitych rzeczy. Ten zabójca w czerwonej masce to niezwykle uczuciowy mężczyzna, który ma problem... bo wszystkie swoje emocje wyraża poprzez słowa. Wandal? Psychopata? Nic z tych rzeczy. To tylko zwykły przyjemniaczek ze swoim specyficznym poczuciem humoru, Wydawać by się mogło, że taki nieprzyzwoity superbohater nie jest w stanie wzbudzić sympatii publiczności... A jednak. Film Tima Millera z 2016 roku nie tylko wniósł powiew świeżości do całego uniwersum MCU, ale jednocześnie sam w sobie stanowił niesamowite zaprzeczenie definicji superbohatera. Wade Wilson w ogóle nie wpisuje się w cechy zwykłego herosa: może i jest odważny, ale jednocześnie bezlitosny, mściwy i wulgarny. I pomyśleć, że za to właśnie wielu widzów go pokochało.

Lecz choć "Deadpool" był dla Marvela jak szalony refren dla spokojnej piosenki, tak jednak miał swoje liczne błędy. Po pierwsze fabuła: Nijaka. Zemsta i miłość? Nic odkrywczego. Kolejne zarzuty mogą być także skierowane względem postaci drugoplanowych. Bo tak jak Ryan Reynolds szalał na ekranie, tak reszta obsady już niekoniecznie na czele z beznadziejnym antagonistą. Humor był. A sens akcji? Nie bardzo. W ten sposób w "Deadpoolu" otrzymaliśmy parę mocnych kopów adrenaliny (sami wiecie od kogo), ale były one czasami w moim odczuciu nietrafione. Czy więc w drugiej części udało się naprawić te niedociągnięcia i w efekcie stworzyć udane widowisko akcji? Odpowiedź na to pytanie jest krótka: Owszem, przygody tego przystojniaczka wciąż ogląda się z przyjemnością. Bo choć "Deadpool 2" miewa swoje mniej lub bardziej widoczne wpadki, to i tak po tym filmie aż chciałoby się mieć takiego "przystojniaka" w swojej rodzinie...

photo.title

Deadpool jak to Deadpool - nie może wytrzymać bez walki i mocnych słów. Suma summarum po pokonaniu Ajaxa niewiele się zmieniło w jego życiu bo Wade Wilson (Ryan Reynolds) dalej walczy przeciwko rzezimieszkom ze swojej dzielnicy, ale stawia także czoła m.in.: samurajom. Wraz z ukochaną Vanessą (Morena Baccarin) wiedzie szczęśliwe życie, pełne miłości, a niedługo pragną też utworzyć własną "fabrykę dzieci". Dodatkowo Wade wciąż może liczyć na bezpłatną taryfę ulgową od taksówkarza Doppindera (Karan Soni). Sprawa się zaś komplikuje wraz z pojawieniem się w jego życiu młodego mutanta Russella (Julian Dennison). Ten nagły zwrot akcji doprowadzi Czerwonego Najemnika do opuszczenia przez wszystkich bliskich, trafienia do więzienia i starcia się z wysłannikiem z przyszłości, tajemniczym Cable'm (Josh Brolin). W tej trudnej sytuacji Deadpool będzie musiał nie tylko zmierzyć się z własną moralnością, ale także zwrócić się o pomoc do starych przyjaciół, a nawet utworzyć specjalną grupę X-Force. Czy jednak uda mu się jednak uratować Russella, nim będzie za późno? A może... zrozumie coś jeszcze?

Nie jestem fanem "Deadpoola". Powiedzmy to sobie szczerze, ale jasno. Oglądając film Tima Millera, prawie w ogóle nie czerpałem z niego frajdy. Tak więc jak inni byli zachwyceni humorem filmu, tak ja byłem do niego bardzo sceptycznie nastawiony. Ten film nie zrobił na mnie najmniejszego wrażenia.
Oczywiście, Ryan Reynolds był jak stworzony do roli Wade'a Wilsona, ale w czasie seansu miałem nieodparte wrażenie, że tylko ON chce ciągnąć tą historię do przodu. Nie zdziwi więc nikogo fakt, że na drugą odsłonę w ogóle nie czekałem. Moje zaskoczenie było zatem tym większe, gdyż koniec końców okazało się, że "Deadpool 2" to nie tylko o niebo lepszy film od pierwszej części, ale i przyjemna rozrywka... I to nawet dla kogoś, kto (jak ja) jest anty-fanem wszelkiego rodzaju wulgaryzmów i scen nieprzyzwoitych. Zaskoczeni?

photo.title

Już na samym wstępie reżyser, David Leitch udowadnia, że jego film będzie znacznie różnić się od pierwszej części, czerpać z innych tekstów popkultury i mieć inne tempo akcji. Z czego to wynika? Twórca "Johna Wicka" ma inne podejście do postaci Deadpoola. Nie traktuje go na zasadzie czystego niepohamowanego gniewu, który chce udowodnić, że nic nie jest w stanie go powstrzymać. Zamiast tego serwuje nam ciepłe, wysmażone zapiekanki z wątkiem skupiającym się na Wadzie, a nie na Deadpoolu. Nie bez przyczyny tak dużo w tej części nasz anty-bohater pozuje bez maski. To tylko bowiem ukazuje widzowi, że twórcy starają się przedstawić bliżej widzowi tą skomplikowaną postać w roli zwykłego człowieka, któremu tak jak nam, zdarza się dostać w kość... I to nie raz.

Nie mogło jednak w tym wszystkim zabraknąć humoru, który już od pierwszych scen jest wyczuwalny. Śmianie się z piosenki z "Krainy lodu" uwagi skierowane względem Hugha Jackmana, żarty w stronę DC, czy dowalenia Ryana Reynoldsa do siebie samego... Wszystko tu jest. Miejscami żartów jest wręcz zbyt wiele i czuć ich lekki przesyt. David Leitch nie ma jednak zamiaru wychodzić z tego niebanalnego sposobu na przedstawianie humoru. W efekcie nasz ukochany przyjemniaczek od razu wyśmiewa Logana, a w kolejnych scenach odpowiednio także japońskich samurajów, yakuzę, czy nawet piosenkarkę Taylor Swift. Bije się zatem z wszystkimi dookoła i sprawia wrażenie jakby był drugim Johnem Wickiem... i jedyne czego mu brak, to psa.

Lecz w jednym momencie cała ta zabawna, humorystyczna struktura pierwszej części znika. Dzieje się to w zupełnie najmniej niespodziewanym momencie, w którym wydaje się, że życie Wade'a już na stałe się utrwaliło. Ale nie. Nasz anty-bohater przeżywa radości i smutki... z którymi musi się zmierzyć osobiście. Jest to o tyle ciekawy zabieg, że w pierwszej części w ogóle nie mieliśmy szansy na wniknięcie w osobowość Wade'a. A tymczasem tutaj mamy zbudowaną osobowość głównego bohatera i w związku z tym pojawiają się nawet sceny dramatyczne z jego udziałem... które autentycznie pokazują nam, że poziom powagi drugiej części poszedł zdecydowanie do góry. I jest to z całą pewnością decyzja prawidłowa.

photo.title

Nie oszukujmy się jednak – fabuła "Deadpool 2" nie jest niczym nowatorskim, co by mogło zmienić kino superbohaterskie. Wręcz przeciwnie. Fabularnie ten film to kolejny schemat. Często można odnieść wrażenie, że historia ma jedynie na celu wprowadzanie kolejnych postaci. I w efekcie trochę tego wszystkiego za dużo i trochę suszy w gardle, ale i tak… wciąż się chce tego więcej. Te zabawne momenty są przeplatane bowiem także tymi bardziej dramatycznymi, które w moim odczuciu są najlepszą zmianą w stosunku do pierwszej części. Lecz pojawiają się tu też kompletnie zmarnowane wątki – jak ten dotyczący grupy X-Force. Paradoksalnie sceny z wyborem członków są jednymi z najlepszych, ale ich późniejsza akcja… jest chyba jednym z najgorszych momentów filmu. Oczywiście, humor jest, szczególnie gdy na ekranie pojawia się Brad Pitt (!!!), ale jednak scenarzyści kompletnie nie wykorzystali potencjału tego teamu. Wystarczy tylko wspomnieć, że grany przez Billa Skarsgårda (znany z rewelacyjnej roli Pennywise’a w "To") Zeitgeist pojawia się zaledwie w 2 scenach. Tak właściwie, to mówiąc o drużynie X-Force pochwalić można jedynie Roba Delaneya, który świetnie się spisuje w roli zwykłego człowieka Petera, który zostaje superbohaterem. 

Również sceny akcji z czasem na tym przesycie cierpią. Tych wszystkich skoków, wyrywań kończyn, czy easter-eggów jest za wiele. Główny problem polega w tym miejscu na zbyt dużej liczbie bohaterów, z których większość nie ma szansy w ogóle się wykazać. Doskonałym tego przykładem są choćby X-Meni, którzy w tym filmie są zdecydowanie potraktowani po macoszemu. I tym bardziej tego szkoda bo widać, że Stefan Kapicic wciąż doskonale czuje się w roli wielkiego blaszanego i twardego Colossusa, który pod skorupą metalu skrywa głębsze emocje. Świetna jest przede wszystkim jego relacja z Deadpoolem… Tylko niestety to i tak za mało.
Na szczęście sam Deadpool jest fenomenalny w ponownym wykonaniu Ryana ReynoldsaOn bowiem znów to zrobił! Jest bezsprzecznie genialny jako Wade Wilson. Nikt tak jak on nie byłby w stanie wcielić się w tego anty-bohatera, go zrozumieć i nabijać się ze wszystkiego dookoła (włącznie z sobą samym). Niesamowite jest także to, że Ryan Reynolds w tym wszystkim ma wielki dystans do siebie samego i potrafi uchwycić kontakt z widzem, przekonując go do swoich racji. I to mu się tak kapitalnie udaje, że na wszystkie jego brutalne odjazdy można wręcz przymknąć oko… bo w końcu to Deadpool, którego co ważne da się szczerze polubić!

photo.title

W większości dobrze spisała się również pozostała część obsady. Szczególnie Zazie Beetz jako wiecznie farciarska Domino to aktorski strzał w dziesiątkę. W komediowej kreacji świetnie odnalazł się też znany z "jedynki" Karan Soni, którego w roli zafascynowanego poczynaniami Wade’a taksówkarza Doppindera słusznie jest znacznie więcej niż w poprzedniej części. I zwraca na siebie uwagę widza - szczególnie gdy mówi o "Wywiadzie z wampirem", Tomie Cruise lub w momentach, gdy sam próbuje zostać zabijaką… Naprawdę potrafi rozbawić do łez. Ale nie wszystko jest tutaj idealne. Moreny Baccarin w roli ukochanej Deadpoola, Vanessy jest bowiem zdecydowanie za mało, a Julian Dennison wcielający się w rolę młodego, agresywnego mutanta Russella nie wykorzystał swojego potencjału. Scenarzyści co prawda nie mieli na niego specjalnego pomysłu, ale sam młody aktor również często irytował.

Tego samego zaś nie można powiedzieć o Cable’u, granym przez rewelacyjnego Josha Brolina. Przyciąga on uwagę widza od pierwszej chwili i hipnotyzuje go do samego końca. Brolin niedawno cieszył się ze świetnej roli Thanosa w "Wojnie bez granic", a tu w kreacji charyzmatycznego zabójcy z przyszłości, udowadnia, że idealnie nadaje do ról czarnych charakterów. Tym bardziej, że wbrew pozorom, nie jest to zwykły antagonista, bo jego motywy są zrozumiałe i co zaskakujące – go też da się polubić. I to nawet pomimo tego, że ciągle chodzi po trupach. Jego niesamowita relacja z Deadpoolem udowadnia, że każdy zły ma swoje miejsce na świecie i też może zrobić coś dobrego dla drugiego człowieka. Zresztą sam Wade często sprawia wrażenie dziwnie podobnego do Cable’a…

photo.title   photo.title   photo.title

"Deadpool 2" to zatem zaskakująco udana kontynuacja, która z całą pewnością jest lepsza od pierwszej części. Mamy tu do czynienia nie tylko z bardziej interesującą fabułą, ale i ciekawszymi bohaterami. Co prawda, nie wszystko wyszło idealne bo wymuszonych gagów jest zbyt wiele, potencjał ekipy X-Force został zmarnowany, a wiele postaci sprawia wrażenie wciśniętych na siłę. Mimo to Deadpool nie ma racji, gdy mówi, że "Scenarzyści się nie popisali". Stworzyli oni historię do widowiska, które ogląda się z przyjemnością bo ma dużo akcji i humoru. W porównaniu jednak do pierwszej części ten film nie jest skierowany jedynie do tych, którzy nie mają problemów z wulgarnym słownictwem. Na końcu "Deadpoola 2" pojawia się motto, które ukazuje, że każda osoba zasługuje na rodzinę. Wielkość nie tkwi bowiem w naszych czynach, a w celach dla jakich je poświęcamy. I Wade Wilson jest tego doskonałym przykładem.

"To będzie kino familijne" – informuje nas Deadpool, a zaraz potem dodaje, że powinno się ono zacząć od jakiegoś morderstwa. Ten podtekst zwraca jednak uwagę, bo rzeczywiście film Davida Leitcha ma coś w sobie z tych szczęśliwych rodzinek ze Stanów Zjednoczonych puszczanych na kanałach komediowych. Ale tylko wtedy, gdy wyobrazimy sobie ją z oszpeconym awanturnikiem, ślepą babcią, wieczną szczęściarą z afro, parą zakochanych w sobie dziewczyn, metalowym złomem, otyłym, burzliwym nastolatkiem i ogarniętym obsesją mordowania taksówkarzem. Ale to właśnie dla takiej ekipy można by było złamać nawet przysłowiową czwartą ścianę i stać się prawdziwym członkiem rodziny, na którą przecież każdy z nas zasługuje. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 66% uznało tę recenzję za pomocną (29 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)