Recenzja filmu Jurassic World: Upadłe królestwo (2018)
J.A. Bayona
Elżbieta Kopocińska-Bednarek

Katastrofalna erupcja

"Park Jurajski" był niczym spełnienie naszych marzeń. Do dzisiaj nie spotkaliśmy się z równie dopracowanymi do perfekcji efektami specjalnymi, modelami stworzeń, czy z niezwykłym klimatem, ...
Filmweb sp. z o.o.
"Witajcie w Jurassic Park" – doskonale pamiętam to niezwykłe uczucie, kiedy John Hammond otworzył przed widzami w 1993 roku park, który niczym spełnienie marzeń na nowo odrodził fascynację dinozaurami. W tle piękna muzyka Johna Williamsa i ujęcie na bramę z napisem Jurassic Park. Te wszystkie drobne szczegóły sprawiły, że widz mógł się poczuć, jakby się przeniósł do świata prehistorycznego. I nic dziwnego, że "Jurassic Park" podbił serca wielu widzów. Ten film nie stanowił jedynie niezwykłego powrotu dinozaurów. Steven Spielberg tą produkcją chciał spełnić własne marzenia z dzieciństwa i pozostałych ludzi, którzy marzyli o tym, by zobaczyć te stworzenia jeszcze raz. W efekcie jego film zmienił całe kino. Do dzisiaj bowiem nie mieliśmy do czynienia z równie dopracowanymi do perfekcji efektami specjalnymi, modelami stworzeń, czy z niezwykłym klimatem, którego nie dałoby się przyrównać z niczym innym...

Nie wszystko jednak było tak cudowne jak na samym początku. Bo tak jak "Park Jurajski" rzeczywiście mógł zachwycić, tak kolejne odsłony nie dorównały mu w żadnym stopniu. Co prawda nie były to też w pełni beznadziejne kontynuacje, ale trudno nie było nie dostrzec rosnącego zmęczenia materiałem. A szczególnym tego wyrazem okazał się trzeci "Park Jurajski", który nie tylko nie miał w sobie niczego, czym zachwycały poprzednie dwie odsłony, lecz nie sprawdzał się również w roli kina rozrywkowego. Czy więc było sens kręcić kolejne filmy o dinozaurach? Chyba nie… ale Universal postanowił zaryzykować i 14 lat później na ekranach kin pojawił się "Jurassic World". Miał być to test na sprawdzenie tego, czy ludzie wciąż chcą oglądać filmy o dinozaurach… ale takiego wyniku chyba nikt się nie spodziewał. Bo film Colina Trevorrowa tak dobrze się sprawdził w roli kina rozrywkowego, że widzom to w pełni wystarczyło. Efekt? Ponad 1,5 miliarda pieniędzy ze sprzedaży biletów na całym świecie i 5 miejsce w historii kina w box-officie. Wynik niesamowity, to i decyzja o nakręceniu sequela pojawiła się szybko. Pytanie było tylko, w którym kierunku pójdzie ta seria. I tak jak "Jurassic World" obudził nadzieje widzów na ponowny powrót do dzieciństwa, tak "Upadłe królestwo" miało być tego ostatecznym zwieńczeniem. Czy jednak tak się stało? Czy "Jurassic World: Upadłe królestwo" to spełnienie naszych marzeń?

photo.title

Minęły 3 lata od czasu zamknięcia parku Jurassic World, w którym ludzie na własne oczy mogli zobaczyć dinozaury. Lecz wraz z dramatycznym oswobodzeniem się niebezpiecznego Indominusa Rexa, wszystko przepadło raz na zawsze. Jurassic World został zamknięty, dinozaury zapomniane, a właściciele parku muszą wypłacać odszkodowania. Sytuacja się jednak zmienia wraz z informacją o tym, że na wyspie Isla Nublar zaczyna się budzić wulkan. Wówczas amerykański kongres na czele z Dr Ianem Malcolmem (Jeff Goldblum) podejmuje debatę nad tym, czy uratować dinozaury. Decyzja okazuje się zaskakująca – rząd postanawia pozwolić im umrzeć. Nie wszyscy jednak zgadzają się z takim wyrokiem. Claire (Bryce Dallas Howard), pracująca na rzecz ochrony dinozaurów, postanawia je uratować i pomocną dłoń wyciąga do niej dawny przyjaciel Johna Hammonda, Benjamin Lockwood (James Cromwell), który ma zamiar wywieźć je na bezludną wyspę z dala od ludzi. Wspólnie organizują wyprawę na Isla Nublar w skład której wchodzi pani weterynarz Zia Rodriguez (Daniella Pineda), informatyk Franklin Webb (Justice Smith), a także Owen Grady (Chris Pratt), który po licznych namowach, postanawia uratować Blue – welociraptorkę, którą sam wychował. Muszą się jednak śpieszyć, gdyż będzie im próbował w tym przeszkodzić najemnik Ken Wheatley (Ted Levine). Dodatkowo niedługo dojdzie do erupcji wulkanu. Czy więc w obliczu takiego zagrożenia uda im się uratować dinozaury przed zagładą? Nie będzie łatwo.

Odkąd pamiętam, zawsze byłem wielkim fanem dinozaurów. Zbierałem ich figurki, czytałem książki i oglądałem filmy dokumentalne… Prawdziwą jednak miłością okazał się "Jurassic Park". Ten film był dla mnie osobiście spełnieniem marzeń. Prezentem, którego wartość przekroczyłaby wszelką skalę. Pokochałem więc ten świat, tych bohaterów, tą historię. Na "Jurassic World" wybrałem się więc, żywiąc nadzieję, że znowu poczuję tak jak wtedy. I tak jak zapewne na co niektórych to zadziałało, tak ja osobiście nie byłem równie zachwycony bo to nie było nic odkrywczego. O wiele zatem większe nadzieje można było mieć względem "Upadłego królestwa". Nie tylko bowiem zwiastun oferował coś nowego, ale i samo nazwisko J.A. Bayony (reżysera m.in.: "Siedem minut po północy") wskazywało, że to niezwykle utalentowany twórca filmowy, po którym można się spodziewać bardzo wiele. Niestety ostatecznie te nadzieje spełzły na niczym... bo "Jurassic World: Upadłe królestwo" to całkiem niezła rozrywka, ale z kompletnie niewykorzystanym potencjałem.


Sam początek na to nie wskazuje. Wręcz powiem więcej, jest on naprawdę bardzo dobry. Pojawia się w nim najwięcej z klimatu "Parku Jurajskiego", a dodatkowo pojawiające się dinozaury autentycznie robią wrażenie. Ten wstęp znakomicie buduje napięcie, a wraz z jego zakończeniem pozostawia oglądającego w wrażeniu, że ten film naprawdę może się udać. Niestety wraz z upływem czasu te nadzieje znowu okazują się złudne i "Upadłe królestwo" krok po kroku staje się erupcją, która zakończyć się może tylko w jeden sposób – upadkiem.

Ten upadek nie następuje jednak od razu, a stopniowo się rozwija na oczach widza. Nie powiem, film J.A. Bayony stara się być uniwersalny. I początkowo to się udaje. Bo po tym mrożącym krew w żyłach wstępie, dostajemy informacje ze świata, rozmowy w kongresie i spojrzenie na nową pracę Claire – sceny, które zupełnie nie pasują do serii "Jurassic Park". Samo zaś pojawienie się  Dr Iana Malcolma również zostanie przyjęte z życzliwością, pomimo tego że wygłasza on… dosyć kontrowersyjną przemowę. I na nią też warto zwrócić uwagę, gdyż pokazuje, że temat ewolucji nie ogranicza się jedynie do dinozaurów, a także nas, ludzi. Wraz z tym słowami wypowiedzianymi przez kogoś, kto sam niegdyś widział te stworzenia nabierają one większego znaczenia, ukazującego jak my sami zmieniliśmy się na tle tych kilkudziesięciu milionów lat… Upadkiem w tym przypadku nie można zatem określić pozostawionych na śmierć dinozaurów, a zachowania ludzi, którzy udowadniają, że to nie Isla Nublar, a Ziemia zaczyna się stawać prawdziwym tytułowym Upadłym Królestwem.

photo.title

Akcja najnowszej części zaczyna się na dobre wraz z pojawieniem się postaci Benjamina Lockwooda – dawnego wspólnika Johna Hammonda. Jest to ciekawy zabieg, gdyż stanowi on piękne nawiązanie do "Parku Jurajskiego". W zasadzie ten wątek, pojawienie się słynnej "bursztynowej" laski Hammonda, wystawy z modelami dinozaurów, czy samego budynku wiktoriańskiego są jednymi ze zdecydowanie najlepszych pomysłów w tej odsłonie. Niestety wątpliwości pojawiają się wraz z próbą rozwinięcia postaci Lockwooda, którego zupełnie brak. Scenarzysta Colin Trevorrow zupełnie o nim bowiem zapomina w dalszej fazie filmu (choć to najciekawsza postać), a później w ramach usprawiedliwienia serwuje nam jedynie pewien plot-twist, który niestety jest jedną z najgorszych rzeczy, która pojawiła się w historii całej tej serii.

Większych natomiast uwag nie można mieć względem powrotu naszych bohaterów na wyspę Isla Nublar. Dostajemy tutaj sporo wartkiej akcji i choć wiele zabiegów za bardzo przypomina te z "Zaginionego Świata", to wraz z dobrym poprowadzeniem akcji, te liczne nawiązania wcale nie przeszkadzają. Bo na ekranie naprawdę zaczyna się coś dziać. Sceny akcji są nakręcone z dużym animuszem, a skala wybuchu wulkanu dodatkowo jest uwydatniona poprzez liczne ujęcia, ukazujące jego erupcję. Akcja z ratunkiem Blue przyspiesza coraz bardziej, a serce widza wraz z nim. Zarówno Owen, jak i Claire muszą się zmierzyć z wieloma przeszkodami, a ich późniejsza ucieczka jest niezwykle emocjonująca. Tym bardziej, że swoje jedno z najlepszych wejść zalicza tutaj T-Rex. To właśnie wtedy, gdy akcja dzieje się na Isla Nublar, J.A. Bayona ma najwięcej do zaoferowania oglądającemu, a sam jego film ogląda się z czystą przyjemnością.

Do katastrofy dochodzi w momencie, gdy kończy się wątek na Isla Nublar. Zupełnie wtedy brakuje twórcom kreatywności, a sam pomysł z wywiezieniem dinozaurów z wyspy to zwykła zrzynka z "Zaginionego Świata". Scenarzyści Colin Trevorrow oraz Derek Connolly  nieudolnie próbują poprowadzić akcję, opierając się o liczne schematy i głupoty w zachowaniach kolejnych bohaterów. Samym strzałem w stopę było ukazanie Owena jako superbohatera. To nie jest on. Owen, jakiego znam, zawsze starał się wyjść z sytuacji, ale przy użyciu sprytu a nie heroicznej odwagi. Najgorszy jednak w tym wszystkim okazał się sam pomysł z aukcją dinozaurów. No dobrze, byłoby to jeszcze zrozumiałe, gdyby antagonista miał jakieś zrozumiałe motywacje. Ale nie – to zwykły biznesmen, który chce się wzbogacić. Nudne i schematyczne. 

photo.title

Największy problem "Upadłego królestwa" polega na tym, że zupełnie tu nie widać spójności pomiędzy wizją J.A. Bayony, a Colina Trevorrowa. Bo tak, jak hiszpański reżyser próbuje stworzyć historię pełną szybkiej akcji, tak scenarzysta ciągle to spowalnia, układając te same klocki. Pominę fakt, że film opiera się w końcowej fazie o tyle głupot i absurdów (zdejmowanie kołderki przez Indoraptora), że aż z bólem się na to patrzy. Druga sprzeczna kwestia jest zaś zauważalna, gdy zapędy reżysera po akcji na Isla Nublar, naraz zostają przyhamowywane. Wygląda to tak, jakby Trevorrow, nie mógł pogodzić się z tym, że Bayona ma lepszy pomysł od niego i rozpoczął z nim rywalizację o dominację w stadzie. Przez to "Upadłe królestwo" staje się produkcją niespójną, której każda zmiana niesie za sobą złe skutki…

W filmie J.A. Bayony więcej miejsca jest dla ludzi, niż dla samych dinozaurów. Już samo to zdanie wskazuje, że coś jest nie w porządku. W końcu to dinozaury miały od zawsze pełnić najważniejszą rolę. A w przypadku "Upadłego królestwa" tak nie jest. I to martwi bo sami bohaterowie to z reguły nudne postacie. Doskonałym tego przykładem jest choćby Benjamin Lockwood, który choć początkowo wzbudza zainteresowanie widza, to jednak później o nim on zapomina. Sama zaś Bryce Dallas Howard, która powtarza swoją rolę Claire również nie zachwyca. Co prawda, nie można jej mieć nic większego do zarzucenia, bo stara się jak może, ale trudno się specjalnie zainteresować jej losem. Zupełnie nie wykorzystano ponadto potencjału Jeffa Goldbluma, który jest świetnym aktorem, ale tutaj pojawia się… w zaledwie dwóch scenach.

Również postacie drugoplanowe pozostawiają sporo do życzenia. Jedynie Daniella Pineda jako pani weterynarz Zia Rodriguez może wzbudzić lekką sympatię. Z kolei Ken Wheatley w wykonaniu Teda Levine jest zupełnie nijakim najemnikiem, który może i jest twardzielem, ale i skończonym idiotą. Toby Jones w roli handlowca, Gunnara Eversola dostaje za mało czasu na ekranie, a z innych postaci, rozczarowuje również Rafe Spall, który jest totalnie beznamiętny w roli Eli Millsa i gdy tylko pojawia się na ekranie, to aż się nie chce na niego patrzeć. Królem jednak beznadziejnej gry aktorskiej i tak pozostanie Justice Smith, który spełnia funkcję wiecznego krzykacza, który ma nas rozbawiać, a tak jak Jar Jar Binks w "Mrocznym widmie" wzbudza jedynie żałość. I jedyną aktorką, która zdołała sobie lepiej poradzić… okazała się młodziutka Isabella Sermon, której wątek interesuje, a sama aktorka zagrała bardzo naturalnie. Ale że debiutantka uratuje honor drugiego planu, tego to bym się nigdy nie spodziewał.

photo.title   photo.title   photo.title

Na szczęście od strony wizualnej "Jurassic World" prezentuje się o niebo lepiej. Co prawda, i tutaj znajdzie się parę drobnych uwag, ale efekty specjalne znowu nie zawodzą i tak jak w poprzedniej części nie są może znakomite, ale z całą pewnością nie widać w ich przypadku żadnego przestoju. Również zdjęcia autorstwa Óscara Faury są bardzo dobre, a momentami wręcz opanowane do perfekcji. Szkoda tylko, że muzyka Michaela Giacchino jest zupełnie nijaka w tej odsłonie. Żaden z motywów tego kompozytora nie zwraca na siebie szczególnej uwagi, przez co także sam klimat filmu nie jest zbyt dobrze zbudowany. A tego już wybaczyć mu nie można.

Największą zaletą "Upadłego królestwa" jest zaś wyjątkowa relacja pomiędzy Owenem, a Blue. W tej części mamy szansę na poznanie opiekuna, jak opiekował się swoją podopieczną. Są to sceny piękne, ukazujące ich niezwykłą wzajemną relację. I to właśnie ta dwójka stanowi obecnie największą siłę serii "Jurassic World"! Sam wcielający się w Owena Chris Pratt powraca w świetnym stylu i choć momentami jego rola zbytnio przypomina Star-Lorda, to jednak to wciąż gość, którego darzy się sympatią. Lecz to raptorka Blue rządzi niepodzielnie na ekranie, która gdy tylko się pojawia, to z miejsca raduje serce oglądającego. Pozostałe dinozaury nie prezentują się jednak równie dobrze, a jak na film o dinozaurach, sama Blue to zdecydowanie za mało.

photo.title

"Jurassic World: Upadłe królestwo" to niestety film, który rozczarował. Bo choć to przyjemne w oglądaniu widowisko, to niestety w ogóle nie udało się wykorzystać jego potencjału. Film J.A. Bayony sprawdza się w roli zwykłej rozrywki, ale jako kontynuacja serii już niekoniecznie. A jako że ja miałem wielkie oczekiwania względem "Upadłego królestwa", to ostatecznie czuję spory niedosyt. Jest tutaj taka jedna scena, która może wzbudzić wzruszenie. Po ucieczce przed erupcją wulkanu, na porcie pojawia się samotny brachiozaur, skazany na śmierć. Wpatruje się on smutno w odpływający statek i chwilę później umiera. Ta scena nie tylko pokazuje, w jak niebezpiecznym kierunku poszli ludzie, ale i stanowi odpowiedź na to, co zrobili twórcy. Bo może i ten film zarobi sporo pieniędzy na całym świecie, ale prawda jest taka, że wraz z nim era dinozaurów już przeminęła. John Hammond legendarny twórca Parku Jurajskiego powiedział niegdyś: "Dinozaury nie potrzebują naszej ochrony. One potrzebują tylko tego, byśmy dali im spokój". I może rzeczywiście zamiast dalej drążyć tą serię, lepiej by było w końcu raz na zawsze dać spokój dinozaurom, by mogły się zapisać w pamięci ludzi jako niezapomniana legenda, a nie stworzenia, które wyginęły w wyniku katastrofalnej erupcji…
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (38 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)