Recenzja filmu Tamte dni, tamte noce (2017)
Luca Guadagnino

Kino w cieniu Platona

Film podany jest wybornie – odwołuje się do literatury, rzeźby, muzyki, układa wszystko na swoje miejsce, wycina rzeczy niepotrzebne. Jest obrazem niezwykle subtelnym, w którym żadne słowo i ...
Filmweb sp. z o.o.
Od pierwszej sceny, aż po napisy końcowe i jeszcze długo, długo po seansie przez moją głowę przelatywało całe mnóstwo refleksji. W końcu trzeba było zacząć o filmie mówić, dyskutować i dać wyraz kłębiącym się myślom, co po takim widowisku wcale nie było prostą sprawą, ale żeby cokolwiek powiedzieć, trzeba się zdecydować, od czego najlepiej zacząć. Pomyślałem o metaforycznym uścisku dłoni – podobnym do tego, kiedy główny bohater ściska rękę antycznej rzeźby wyłowionej z wody. W mojej myśli uściski między sobą wymieniliby Luca Guadagnino i sam Platon, zamykając tym samym w dniu premiery "Tamtych dni, tamtych nocy" klamrę otwartą ponad dwa i pół tysiąca lat temu przez wielkiego greckiego filozofa – klamrę myśli estetycznej, uniwersalnego piękna, homoerotycznej miłości, kompozycji wielkich dzieł oraz niewysłowionych emocji. 


    Włochy. Lato 1983. Do letniej rezydencji państwa Perlmanów przyjeżdża Oliver (Armie Hammer) – amerykański stypendysta. Jego przewodnikiem po okolicy zostaje syn gospodarzy – siedemnastoletni Elio (Timothée Chalamet),  którego początkowa niechęć do przybyłego gościa przeobraża się w zauroczenie.

Podczas jednej ze scen matka bierze do ręki "Heptameron" autorstwa Małgorzaty z Nawarry, siada przy swoim mężu rozmyślającym o greckiej rzeźbie i trzymając głowę syna na kolanach, rozpoczyna głośną lekturę o zakochanym rycerzu. Wydanie jest niemieckojęzyczne. Matka dokonuje na bieżąco przekładu i ze swoim włoskim akcentem kończy: Is it better to speak or to die? Na kinowym ekranie wyświetla się napis: Co jest lepsze - powiedzieć czy umrzeć? Scena ukazuje symboliczny obraz Europy – różnorodnej, ale utkanej z tych samych wartości, dylematów moralnych i estetycznych wizji zrodzonych w antyku i wciąż pozostającej środowiskiem koherentnym, rozwijającym się oraz powracającym z tęsknotą do starożytnych wzorców. Słowa czytane przez matkę stają się także artykulacją dylematu zakochanego Elio. Początkowo wybierający drugą z opcji, postanawia przełamać lęki i wyrazić skrywane uczucia. 

Słowa w kinie pełnią rolę drugorzędną, czasami nawet opcjonalną, jednak kiedy pojawiające się wypowiedzi ściśle odnoszą się do każdej poprzedniej i wszystkich, które nastąpią, a także do wszelkich symboli i rekwizytów, jakie daje się dostrzec na ekranie, niewątpliwie można mówić o sukcesie reżysera i scenarzysty. Podczas seansu "Tamtych dni, tamtych nocy" można odnieść wrażenie, że cokolwiek pojawia się w filmie, nie jest dziełem przypadku. Każdy najmniejszy nawet składnik ma swoją funkcję i stara się coś wyrazić. Słowo jest istotne również dlatego, że ma swoją wagę, nie jest puste, posiada znaczenie i wypowiadane jest po to, żeby coś przekazywać. Stworzeni bohaterowie zdają się posiadać nieczęsto spotykaną w kinie dojrzałą świadomość znaczenia słów oraz słuchania siebie nawzajem. Kiedy pan Perlman sugeruje, że badane przez niego antyczne rzeźby przyjmują nietypowe pozycje, sprawiając wrażenie, jakby ośmielały się uwodzić obcujących z nimi obserwatorów, w następnej scenie Elio stara się przyjmować podobne, podczas rozmowy z Oliverem. Wyrafinowany kunszt daje o sobie znać również w wyborze symboli, które nie umykają domysłom w skomplikowanych metaforycznych labiryntach. Są proste, urzekające i stonowane. Jednym z nich jest morela – bliska kuzynka brzoskwini, mająca symbolizować pożądanie, narastające pragnienia. Pojawia się już na samym początku, kiedy bohaterowie dyskutują o etymologii słowa morela, a następnie niemalże kadr za kadrem jedzą je, sięgają po sok morelowy, czy prowadzą rozmowy na tle morelowego drzewa.


W zaskakująco czarujący sposób Guadagniniemu udało się przenieść na ekran uniwersalny model ideałów – estetycznych i moralnych. Reprezentantem tych pierwszych są pojawiające się już podczas napisów początkowych fotografie antycznych rzeźb – zamyślonych chłopców, czarujących kobiet, czy muskularnych młodzieńców. Dostrzegalne jest to również w prezentacji dwójki aktorów pierwszoplanowych, którzy półnago pokazywani są w większości scen. Jest to jednak nagość subtelna, delikatna, nie mająca w sobie nic z wulgarności. Nawet w scenach erotycznych zachowuje swego rodzaju sakralną wzniosłość. Kamera i reżyserska wizja traktują ludzkie ciało jak świętość – stawiają je na pierwszym planie, w skromny sposób ukazując jego piękno. Reżyserowi w mistrzowski sposób udaje się pokazać również zjawiska niezwykle trudne do uchwycenia, jak siła pożądania, upływ czasu, czy emocje związane z oczekiwaniem, niepokój wynikający z niepewności i rozlewającą się po całym ciele ulgę radości z bycia w czyichś ramionach. Dzięki tej właśnie wrażliwości na uczucia i ludzkie piękno udaje się tchnąć w opowieść, o raczej banalnej budowie, pierwiastek cudowności.

Kompozycja faktycznie stanowi bardzo typową, melodramatyczną konstrukcję, charakterystyczną dla licznych romansów. Scenariusz jest w końcu adaptacją książki – romansu. Na filmie wykonano jednak wiele zabiegów, które sprawiają, że staje się jedyny w swoim rodzaju. Spiritus movens całej sytuacji jest Elio. Akcja toczy się dlatego, że zakochał się po raz pierwszy. Przeżywa w charakterystyczny sposób symptomy towarzyszące zauroczeniu – wypisuje w notatniku imię swojego ukochanego, na każdym kroku pragnie wiedzieć, co się z nim dzieje, jest obsesyjnie zazdrosny, prowadzi z nim słowne gierki, ale widz może obserwować swego rodzaju inicjację. Miłość sprawia, że Elio do niej dojrzewa. Zaczyna ubierać swoje uczucia w słowa, staje się zdeterminowany, zdaje sobie sprawę, czego pragnie i do tego dąży. 

Mówiąc o filmie, nie da się pominąć jeszcze jednej istotnej kwestii – próby usytuowania go wśród innych filmów LGBT. Mając na uwadze, w jaki sposób poprowadzony zostaje romans Elio i Olivera, można przyznać, że przestaje być jedynie opowieścią homoseksualną, lecz uniwersalną historią o miłości i zakochaniu. Z pełną świadomością mogę przyznać, że jest to jeden z najbardziej homoerotyczny obrazów w całej historii kina. Skupia się niemalże tylko i wyłącznie na uczuciu i emocjach – na miłości głównych bohaterów, porzucając cały marginalny sztafaż związany z elementami formy i treści charakterystycznymi dla tego rodzaju kina. Nie ma o nich mowy ani przez chwilę. Absencję w filmie notują: cała tradycji sublimacji ("Nagle, ostatniego lata"), walka o akceptację ("Modlitwy za Bobby`ego"), życie rodzinne homoseksualistów ("Śniadanie ze Scotem"), niezagojone rany po pierwszej miłości ("Moonlight"), powrót do zwyczajnego życia po homoseksualnym romansie ("Tajemnica Brokeback Mountain"), trudne relacje z rodzicami ("Zabiłem moją matkę") i wiele innych. Romans oparty na platońskiej relacji uczeń – Elio, mistrz – Oliver jest romansem czystym homoerotycznie, któremu w realizacji nie przeszkodził żaden inny wątek.


"Tamte dni, tamte noce" są przykładem kina, które wzrusza. Nie tylko przez wzgląd na  zawarte w nich słowa uśmierzenia bólu, radości ze spełnienia, prośby o pomoc lub ciszę niecierpliwości czekania na czyjeś przyjście, milczenia pełnego bezradności po czyimś odejściu, ale także przez wzgląd na formę. Film podany jest wybornie – odwołuje się do literatury, rzeźby, muzyki, układa wszystko na swoje miejsce, wycina rzeczy niepotrzebne. Jest obrazem niezwykle subtelnym, w którym żadne słowo i żaden symbol nie pojawiają się przypadkiem, nawet komizm, który płynnie przeplata dramatyczne sceny, zabierając część napięcia, a dojrzali bohaterowie niewątpliwie należący do intelektualnej elity potrafią słuchać, rozmawiać oraz rozumieć siebie nawzajem. To wszystko wyrażone w geście i w słowie podano w skromny i uniwersalnie piękny sposób dla wymagającego widza. Tak właśnie wygląda szczytowa forma współczesnego, europejskiego kina. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 96% uznało tę recenzję za pomocną (145 głosów).
patrykDJ2009
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)