Recenzja filmu Smoleńsk (2016)
Antoni Krauze

Kino wysokich lotów

Kino katastroficzne to duże wyzwanie dla polskich filmowców, w przypadku "Smoleńska" jest to niezwykle udany kompromis pomiędzy rasowym kryminałem a dokumentem. Twórcy podeszli do tematu w sposób ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Smoleńsk (2016)

Kino katastroficzne to duże wyzwanie dla polskich filmowców, w przypadku "Smoleńska" jest to niezwykle udany kompromis pomiędzy rasowym kryminałem a dokumentem. Twórcy podeszli do tematu w sposób nieszablonowy i zamiast serwowania widzom tanich efekciarskich doznań, postawili na budowanie napięcia od pierwszych minut, zręcznie obmyślany scenariusz i ciekawą, wielowymiarową kreację głównej postaci – dziennikarskiej wygi, która przeprowadza prywatne dochodzenie w sprawie katastrofy/zamachu smoleńskiego.
Filmów o Smoleńsku powstało wiele – od amatorskich nagrań z miejsca katastrofy/zamachu po analityczne dokumenty realizowane z udziałem ekspertów i świadków, jednak dopiero teraz światło dzienne ujrzał obraz Antoniego Krauzego, przedstawiający szczegóły śledztwa smoleńskiego według scenariusza Antoniego Macierewicza w świetle fikcyjnej intrygi dziennikarskiej. To bardzo sprytny zabieg i zarazem koło napędowe tempa filmu, bowiem akcja pędzi jak Tupolew i widz nie nudzi się w kinie nawet przez moment. Seans rozpoczyna się z wielkim hukiem a później jest jeszcze mocniej... to zdecydowanie nie jest kino dla ludzi o słabych nerwach. 

Historia jest opowiedziana z perspektywy lewicowej dziennikarki śledczej Niny (granej przez Beatę Fido), która zostaje wciągnięta w sieć intryg to z lewa, to z prawa, aż w pewnym momencie zaczyna się miotać nie wiedząc kto jest kim w tej politycznej układance, dokładnie jak każdy wyborca PO i PISU – to wyborna metafora naszego życia społecznego i reżyserskie oczko puszczone w stronę bardziej wymagającego widza. 

Główna bohaterka jest postacią złożoną, doskonale ukazuje to jej konflikt z matką - stojącą po drugiej stronie barykady oraz erotyczna relacja z młodszym operatorem kamery. Zupełnie zaskakująca scena seksu, choć nie jest zbytnio rozbuchana, stanowi pewien punkt zwrotny – oto powracająca ze Stanów dziennikarka, bogatsza o świeże spojrzenie na katastrofę/zamach smoleński, przeżywa katharsiss w ramionach kochanka. Można było dalej pociągnąć ten wątek, jednakże uznano, że pewien niedosyt doda pikanterii i jeszcze skontrastuje sylwetkę odgrywaną przez doskonałą Beatę Fido. Portret kobiety przedstawiony w dziele Krauzego przypomina mi kreacje z filmów Altmana i Kubricka, dawno nie mieliśmy do czynienia z tak przemyślaną, dychotomiczną rolą w polskim kinie, chapeau bas! W całej tej psychologicznej matni, pozytywną i poczciwą postacią wydaje się ojciec Niny (w tej roli znakomity Mateusz Kijowski), który wiele lat temu wyemigrował do Stanów Zjednoczonych zostawiając ją i jej matkę. Jednak jego relacje z córką są bardzo dobre, na tyle, że jego amerykańskie spojrzenie na katastrofę/zamach smoleński daje Ninie nowy punkt zaczepienia. Na wyróżnienie zasługuje rola pominiętego w obsadzie Donalda Tuska, który brawurowo odegrał swoje wystąpienie sprzed lat. Zawsze wiedzieliśmy, że jest wybornym aktorem, ale ta rola powinna przynieść mu uznanie wśród krytyków. 

Film został zrealizowany z ogromną dbałością o szczegóły. Nawet niezwykle bystry widz nie doszuka się w nim scenograficznych wpadek. Na uwagę zasługuje dobór wiosennych kwiatów (tulipanów, niezapominajek i narcyzów) składanych pod pałacem prezydenckim (w końcu był to kwiecień), a także nie pomylone gwiazdki na mundurach pilotów. Smaczkiem są za to Azjaci protestujący przeciwko pochówkowi prezydenckiej pary na Wawelu.

Czy można zrealizować film katastroficzny niemalże bez efektów specjalnych? Ekipa odpowiedzialna za "Smoleńsk" udowadnia, że można, i to z powodzeniem. Zamiast tandetnych wybuchów mamy misternie szytą grubymi nićmi intrygę oraz klimat rodem z "Silent Hill". Gęsta mgła i przejmująca oprawa muzyczna Michała Lorenca budują napięcie u widza, który przechodzi przez kolejne etapy dziennikarskiego śledztwa, przeczuwając, że zaraz stanie się coś niedobrego... 

Co rozczarowuje? Niewątpliwie brak w obsadzie Jarosława Kaczyńskiego, choć miał spore pole do popisu – mógł odegrać podwójną rolę – nie wykorzystał szansy. Chociaż Lech ŁotockiLech Łotocki dawał z siebie wszystko wcielając się w rolę prezydenta, widz może odczuwać uzasadniony niedosyt. 

Ekranizacja katastrofy/zamachu smoleńskiego to odważny krok w dziejach polskiej kinematografii. Temat trudny, grząski, a jednak ryzyko zostało podjęte. Co więcej, film trafił do kin i to wcale nie niszowych, a multipleksów. Nie jest to może superprodukcja ani kasowy hit, ale propozycja dla wymagającego widza, o elastycznym umyśle, który potrafi odróżnić prawdę od fikcji i docenić solidny warsztat reżyserski. Ode mnie mocne 8/10.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 26% uznało tę recenzję za pomocną (506 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię