Recenzja filmu Aquaman (2018)
James Wan
Marek Robaczewski

Król Arthur

Arthur Curry od początku nie zaliczał się do typowych herosów, przebranych w wąskie rajtuzy na przykładzie Supermana, czy noszących maski jak Batman. Blisko jednak kilkadziesiąt lat później to ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Aquaman (2018)
Atlantydę jako mityczną krainę obecnie uznaje się za zwykłą legendę. Nie zmienia to jednak faktu, że ta "baśń" przez dłuższy czas miała wielu swoich zwolenników i przez stulecia prowadzone były wykopaliska, mające na celu odkrycie jej prawdziwego położenia. Niedługo jednak potem "przyszły straszne trzęsienia ziemi i potopy, a wyspa Atlantyda zanurzyła się pod powierzchnią morza i zniknęła". A przynajmniej tak się wydawało bo w 1941 roku Mort Weisinger powołał do życia nowego władcę Atlantydy. A nazywał się on Aquaman.

Arthur Curry od początku nie zaliczał się do zwykłych herosów, przebranych w wąskie rajtuzy na przykładzie Supermana, czy noszących maski jak Batman. I choć może ciężko w to uwierzyć, to Aquaman wcale nie cieszył się dużą popularnością, a zamiast tego był często przez wielu wyszydzany. Blisko kilkadziesiąt lat później to właśnie on otrzymał misję uratowania uniwersum DC. Czy mógł on jednak cokolwiek zmienić na lepsze po ostatniej fatalnej "Lidze Sprawiedliwości"? Można było w to szczerze powątpiewać. Koniec zaś końców tuż przed Świętami Bożego Narodzenia w kinach pojawił się "Aquaman" w reżyserii Jamesa Wana. Czy jednak ten film, podobnie jak "Wonder Woman", zdołał rozpalić promyk nadziei i tym samym uratować uniwersum DC od pogrążenia się w całkowitym mroku? A może zamiast tego zatopił go jak statek… na dnie oceanu?

photo.title

Tom Curry (Temuera Morrison) jest zwykłym latarnikiem, mieszkającym na wybrzeżu morza. Gdy jednak pewnej nocy dostrzega on w pobliżu wody ranną kobietę, którą okazuje się być władczyni zaginionego królestwa Atlantydy Atlanna (Nicole Kidman), całe jego dotychczasowe życie się zmienia. Pomiędzy dwojgiem ludzi z dwóch nieznanych światów z czasem rodzi się uczucie. I choć ich miłość nie była sobie przeznaczona, to jednak jej owocem okazał się być Arthur Curry (Jason Momoa), który przez następne kilkanaście lat bacznie wychowywał się pod okiem Nuidisa Vulko (Willem Dafoe). W międzyczasie w Atlantydzie władzę obejmuje król Orm (Patrick Wilson), który postanawia zemścić się na ludziach i wypowiedzieć im wojnę. W związku z tym jego wybranka Mera (Amber Heard), wychowana przez Atlannę, udaje się na powierzchnię, by poprosić jej syna o pomoc. Arthur początkowo niechętnie, ale ostatecznie rusza w podróż, której celem jest odnalezienie mitycznego trójzębu Króla Atlana i przeciwstawienie się Ormowi, nim ten wywoła wojnę na skalę globalną. Czy jednak wypełni on swoje przeznaczenie, przynosząc upragniony pokój Atlantydzie?

Aquamana mieliśmy już szansę zobaczyć przy okazji "Ligi Sprawiedliwości", gdzie dał się poznać z dobrej strony, wchodząc do zespołu wspólnie z Batmanem, Wonder Woman, Cyborgiem, Flashem oraz Supermanem. Jego łobuzerski uśmiech, niepohamowany gniew, czy dosyć osobliwe poczucie humoru sprawiły, że szybko zdobył on sympatię wielu ludzi. Decyzja o nakręceniu solowego filmu o tym bohaterze spotkała się więc z wieloma pozytywnymi opiniami. Nie ma co jednak ukrywać, że DC już w przeszłości parę razy przyczyniło się do zniszczenia filmów, które zapowiadały się naprawdę bardzo dobrze. Tak było choćby w przypadku "Batmana v Superman", czy "Legionu samobójców", który pomimo świetnych zwiastunów suma summarum okazał się być wielkim rozczarowaniem. Jak tu zatem było wierzyć w "Aquamana"? Właśnie dlatego premiera nadchodzącego filmu Jamesa Wana wyczekiwana była z dużym zniecierpliwieniem, ale także z nieukrywaną sporą dozą niepewności. Na całe szczęście powrót Króla Atlantydy ostatecznie nie zawiódł, choć z drugiej strony specjalnie też nie zachwycił.

photo.title

To co szczególnie odróżnia "Aquamana" od pozostałych produkcji z uniwersum DC, to fakt, że znacznie mniej znajduje się w nim ze "snyderowskiego" mroku, a o wiele więcej barwnych kolorów i szybkiej akcji. Film Wana nie jest jednak żadnym rewolucyjnym dziełem, które by mogło na zawsze odmienić kino superbohaterskie, a kolejnym z rzędu origin-story, opowiadającym znaną już niemal wszystkim historię "od zera do bohatera". Ktoś by mógł rzec, że to nudne i schematyczne, ale w tym przypadku ta zwykła forma w pełni do siebie przekonuje. James Wan nie próbuje bowiem stworzyć na siłę wielkiego, pompatycznego widowiska, a zwykłą rozrywkę do obejrzenia dla rozluźnienia. I w tej formie "Aquaman" sprawdza się świetnie bo reżyser doskonale wie, na czym mu zależy od początku do samego końca i w ten sposób otrzymujemy standardowe, ale przyjemne kino akcji, w którym przez ponad 2 godziny ciągle coś się dzieje.

Nietrudno się zatem domyślić, że filmowemu "Aquamanowi" o wiele bliżej do zeszłorocznej mitycznej "Wonder Woman”, niż a jeżeli wykąpanemu w smarze mroku "Batmanowi v Superman". Podobnie jak w przypadku widowiska Patty Jenkins, tutaj także w głównej mierze skupiamy się na historii tytułowego bohatera, który próbuje odnaleźć swoje wewnętrzne "ja". Z tego właśnie powodu na samym początku przez kilkanaście minut przybliżona jest nam pokrótce geneza Arthura, rozpoczynająca się od pierwszego spotkania jego rodziców, a kończąca na odkryciu przez niego mocy. Taki wstęp może i za długi, ale już w tym momencie bardzo dobrze podkreśla luźny klimat tego filmu. James Wan ma własną wizję na tę historię i to cieszy bo widać, że jest bardzo konsekwentny w swoim podejściu i ani na moment nie schodzi z obranej przez siebie ścieżki. A w tym przypadku polega ona na dostarczeniu widzowi jak największej ilości frajdy, co zresztą często udaje mu się dobrze.

photo.title

Obierając jednak kurs "na koniec świata i jeszcze dalej" reżyser naraża się w ten sposób na liczne niebezpieczeństwa w postaci nietrafionych żartów, czy niezbyt angażującej fabuły. I z tej kolizji niestety nie udało się wyjść "Aquamanowi" bez obrażeń bo gdyby wziąć pod uwagę samą fabułę, to by się okazało że pod tym względem ten film prawie w niczym nie ustępuje poprzednim wytworom DC. W scenariuszu pojawia się zdecydowanie zbyt wiele wszelakiego rodzaju głupot fabularnych, a motywacje co niektórych bohaterów są kompletnie niezrozumiałe. Ponadto sama fabuła bywa często naiwna, co odbiera jej wiarygodności, wraz z dodatkowo sztucznymi dialogami, wzbogaconymi młodzieżowym slangiem. A do tego wszystkiego dochodzi jeszcze fatalna profanacja piosenki Toto "Africa" w zupełnie nietrafionej aranżacji utworu "Ocean to ocean" Pitbulla, którą w ogóle należałoby pominąć głębokim milczeniem.

Również po samych scenach akcji można się było spodziewać czegoś lepszego. Owszem, same pojedynki wcale nie są beznadziejne, a o wiele lepsze od pozostałych produkcji DC, ale i tak często pozostawiają po sobie pewien niedosyt. I tak jak początkowy pojedynek Arthura z wspólnikami Czarnej Manty robi spore wrażenie, świetnie wykorzystując ciasną przestrzeń, tak późniejsze sekwencje są nudne i schematyczne. Kompletnie nie jestem także w stanie zrozumieć, dlaczego aż 4-krotnie twórcy filmu zastosowali ten sam zabieg przy rozpoczęciu akcji, polegający na nagłym wybuchu w trakcie rozmowy. I tak właściwie to jedynie pojedynki na trójzęby bronią się bo mają w sobie coś ze starożytnych pojedynków gladiatorów. Żałuję jednak finalnej bitwy pomiędzy oddziałami króla Orma, a Arthura, która mogła być czymś na miarę "Władcy Pierścieni: Powrotu króla", a tymczasem jej potencjału nie wykorzystano, pokazując wyłącznie skalę obu armii, a nie ich starcia.

photo.title

Swoje jednak należy w tym miejscu oddać reżyserowi, który niczym główny bohater "Odysei" wyruszył w wielką, morską podróż, z której nie miał pewności, czy wróci cały. Wyzwanie to było o tyle większe, gdyż Wan nigdy nie miał do czynienia z kinem superbohaterskim. A jednak twórca siódmej części "Szybckich i wściekłych" doskonale odnalazł się w świecie Królestwa Atlantydy. Wynika to z faktu, że miał on swój własny plan na zrealizowanie tej historii. Reżyser wrzucając kolejne zabawki do filmu, wręcz zdaje się mieć wielką radochę z możliwości ich wykorzystania. I choć pod względem fabuły, najnowszy wytwór DC to nie nic specjalnego, to jednak dzięki kreatywności Wana ta historia nabiera rozpędu i można ją obejrzeć ze szczerą przyjemnością. "Aquaman” nie jest jednak do końca typowym heroes movie, gdyż poza główną osią fabularną mamy tu do czynienia z licznymi nawiązaniami do innych gatunków filmowych. W ten sposób już na samym wstępie pojawiają się tu nawiązania do "E.T.", czy "Harry'ego Pottera"(scena kontaktu głównego bohatera ze zwierzętami niemal żywcem wyjęta z "Komnaty Tajemnic"), a w późniejszej części filmu także do "Gwiezdnych Wojen", "Władcy Pierścieni", czy nawet "Indiany Jonesa", gdy Arthur wraz z Merą wyruszają, by odnaleźć zaginiony Trójząb Atlana. I nie powiem: ogląda się to naprawdę dobrze, tym bardziej, że James Wan ma szeroki wachlarz swojego asortymentu i nie boi się go wykorzystywać. Aż chciałoby się więc rzec: "James Wan, you are the chosen one!"

Jednym z najważniejszych zarzutów, skierowanych niemal do wszystkich produkcji DC, był ten, dotyczący przeciętnej strony wizualnej. Tym bardziej zatem cieszy fakt, że "Aquaman" nie musi się zmagać z podobnymi problemami. Przede wszystkim do sporej poprawy doszło w kwestii montażowej, co widoczne jest szczególnie w pierwszej połowie filmu, gdzie Arthur na naszych oczach z uroczego bobaska staje się dorosłym człowiekiem. Sceny te jednak wcale nie są szybko urywane, a zamiast tego łagodnie przechodzą przez zwykłe przedmioty do kolejnych etapów życia. Mała zmiana, a tak cieszy oko. Również zdjęcia Dona Burgessa pięknie ukazują faunę Atlantydy, a z kolei ścieżka dźwiękowa Ruperta Gregsona-Williamsa zaskakująco całkiem dobrze podkreśla klimat tego filmu poprzez wykorzystanie elektronicznych motywów, wymieszanych z tymi bardziej symfonicznymi. Złego słowa nie można też powiedzieć o efektach specjalnych, które tym razem nie rażą swoją sztucznością. Oczywiście, trzeba przymknąć oko na pewne niedoskonałości, ale co ważne nie wynikają one z przesytu CGI. Na mnie osobiście wielkie wrażenie pod tym względem zrobiły stwory, których kreatywne projekty spokojnie mogłyby się równać z tymi z "Gwiezdnych Wojen". Tym bardziej więc szkoda, że "Aquaman" nie ma w tym roku szansy na Oscara za najlepsze efekty specjalne (nie znalazł się na tzw.: "shortliście", uwzględniającej 10 kandydatów) bo zdecydowanie należała mu się choćby nominacja w tej kategorii.

photo.title

Po seansie filmu już bez żadnego wahania mogę stwierdzić, że Jason Momoa okazał się być idealnym wyborem do zagrania tytułowej roli. Arthur Curry w jego wykonaniu to skrzyżowanie silnego mięśniaka z baru i rockmana w skórzanej kurtce, długimi włosami i tatuażami na rękach. I choć taki wizerunek znacznie odbiega od komiksowego wyobrażenia, gdzie Arthur przypominał młodego Luke’a Skywalkera, to jednak według mnie ta zmiana była słuszna. Dzięki temu bowiem jego przemiana w późniejszej części filmu jest lepiej zaakcentowana, a sam aktor również ma większe pole do popisu. Jego łobuzerski uśmiech, czy luźna postawa do życia doskonale współgrają z charyzmatycznym aktorem. W poprzedzających zwiastunach Arthur Curry zarzekał się, że nie jest przywódcą, ale mylił się: bo to właśnie on dźwiga na swoich barkach ciężar całego filmu. Gdyby mu się nie udało, to zapewne sam film odniósłby klęskę. Ale Jason Momoa po raz kolejny nie zawiódł oczekiwań widzów i dał popis świetnego aktorstwa.

Dzielnie kroku Królowi Atlantydy dotrzymała również księżniczka Mera, odgrywana przez zniewalającą swoim urokiem Amber Heard. Przyznać jednak trzeba, że Mera to ciekawa bohaterka tylko do czasu, gdy jest wspólnie na ekranie z Aquamanem. Bez niego bowiem to postać mająca znaczenia dla fabuły. Gdy jednak wspólnie podróżuje z Arthurem, co chwilę posyłając mu uszczypliwe uwagi, a jednocześnie tym samym zbliżając się do niego coraz bliżej, to naprawdę da się ją polubić – i to nie tylko ze względu za oszałamiającą urodę, ale i całkiem niezły charakterek. Uczucie miłosne pomiędzy tym dwojga poza sztuczną sceną "pocałunku na wojnie" nie jest więc przesadzone bo Jason Momoa wspólnie z Amber Heard tworzą naprawdę świetny duet.

photo.title

Pozostała część obsady nie prezentuje się jednak równie udanie. W ich przypadku zabrakło przede wszystkim lepszego scenariusza, który mógłby bardziej rozwinąć osobowości granych przez nich postaci. I tak dla przykładu Nicole Kidman, wcielająca się w matkę głównego bohatera, doskonale pasuje do roli Atlanny bo faktycznie ma coś w sobie zarówno z matki, jak i królowej. Niestety poprzez niewielką ilość czasu na ekranie, aktorka nie miała szansy zbytnio się wykazać. Podobnie można także rzec w przypadku Willema Dafoe, który dobrze sobie radzi w nietypowej dla siebie kreacji szlachetnego mentora Vulko, ale ciężko nie odczuć, że to tylko postać poboczna. Inny zaś weteran kina, Dolph Lundgren pokazał się tutaj chyba tylko po to, by pokazać swoje falujące włosy w wodzie. Nieco lepiej pod tym względem zaprezentował się zaś główny antagonista tego filmu, czyli Król Orm, który w porównaniu do innych villainów DC jest przynajmniej trochę bardziej honorowy i ma jakieś zrozumiałe motywacje (masowe zabijanie zwierząt morskich i śmiecenie w ocenach powinno być karalne!), lecz nawet z dobrą grą aktorską Patricka Wilsona to wciąż typowy czarny charakter, który w swoich poczynaniach w głównym stopniu kieruje się żądzą władzy.

Kompletnie rozczarowująca okazała się być natomiast Czarna Manta. W komiksach ta postać od zawsze uchodziła za największego wroga Arthura Curry’ego, w związku z czym oczekiwania względem tego bohatera mogły być bardzo wysokie. A tymczasem doszło tutaj do niemiłego zaskoczenia, gdyż Czarna Manta jest najgorszym aspektem w całym filmie. W filmie Jamesa Wana to czarny pirat, który chyba w związku z tym, że jest w czarnym stroju, postanowił stać się czarnym charakterem, a skoro tak to mianować siebie jeszcze przydomkiem Czarnej Manty. Niestety to nie tylko beznadziejnie rozpisana, ale także fatalnie zagrana postać bo Yahya Abdul-Mateen ciągle wykrzywia swoja twarz w tym samym jednym grymasie. Również sam wygląd stroju tego "arcyłotra" jest karykaturalny do tego stopnia, że na moim seansie publiczność najgłośniejszą salwą śmiechu wybuchła… właśnie na widok Czarnej Manty. Efekt tego jest natomiast jest taki, że to zdecydowanie jeden z gorszych antagonistów ostatnich paru lat.

photo.title   photo.title   photo.title

Podsumowując, "Aquaman" to bez wątpienia widowisko o wiele lepsze zarówno od "Batmana v Superman", czy nieszczęsnego "Legionu samobójców". Nie zmienia to jednak faktu, że to w dalszym ciągu film niepozbawiony swoich wad. Film Jamesa Wana można by więc bez problemu określić mianem "bajeczki" – ale bajeczki, którą nawet pomimo wielu swoich niedociągnięć zaskakująco ogląda się z przyjemnością. Wynika to z zupełnie odmiennego podejścia reżysera do kina superbohaterskiego w DC, który nie przeładowuje fabuły zbędnym mrokiem i patosem, koncentrując się w głównej mierze na dostarczeniu widzowi zwykłej, przyjemnej rozrywki i niezapomnianych wrażeń audio-wizualnych. I to mu się udało bo "Aquaman" to piękny wizualnie rollercoaster z fantastycznymi efektami specjalnymi, świetnym Jasonem Momoą w roli głównej, czy przepiękną Atlantydą, do której mam nadzieję, że jeszcze w przyszłości powrócimy bo aż samemu chciałoby się wejść do tego raju. Według pewnej legendy któregoś dnia przybędzie do Atlantydy nowy król, który obejmując tron, już na zawsze przyniesie jej pokój. Ten obiecany władca rzeczywiście się zjawił, a nazywa się on Aquaman. I na takiego Króla Arthura wbrew pozorom, ale warto było czekać.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 89% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)