Recenzja filmu Książę Czaruś (2018)
Ross Venokur

Królestwo cienkie jak szpilka

Wszystko jest w "Księciu Czarusiu" jakieś mniejsze, bardziej landrynkowe, kiczowate i zwyczajnie ulotne – kolorowe obrazki czmychają z pamięci nim w ogóle zdążą się do niej przebić. 
Filmweb sp. z o.o.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, w krainie pastelowej dachówki i gładkich jak arbuzy wieśniaków żył sobie człowiek-szpilka. Pewnego razu animatorzy wrzucili Szpilkę pod żelazko i tak powstał książę Czaruś – najbardziej szpiczasty i podłużny następca tronu w historii bajkowych monarchii. Czarosław to również król swagu – w myśl sloganu "Kocha, lubi, szpanuje", każdy dzień trwoni na wyrywaniu mieszczek, arystokratek i chłopek. Nie potrzebuje do tego ani złotego cadillaca, ani dyplomu Oxfordu, bo ciąży na nim klątwa czarownicy Anemii – wystarczy, że dowolna kobieta rzuci na Jego Podłużność okiem, a w mig się zakochuje. W teorii nie ma na co narzekać, ale czarna magia nie byłaby czarną magią, gdyby nie dawała straszliwych skutków ubocznych. Jeśli przed dwudziestymi pierwszymi urodzinami Czaruś nie zauroczy się na serio – i to z wzajemnością nie umotywowaną czarcim zaklęciem! – z królestwa wyparuje cała miłość. Król wykopuje więc synka z zamku – ma zmężnieć, przejść próby i ostatecznie wybrać jedną z trzech szlachetnie urodzonych narzeczonych: Kopciuszka, Śnieżkę albo Śpiącą Królewnę. Wszystkie odpowiednio humorzaste i bardzo, ale to bardzo nudne.


Oczywiście, z tą "szpiczastością" nieco przesadzam, bo chociaż animacje nie są – oględnie mówiąc – najmocniejszą stroną "Księcia Czarusia", to jednak w samej historii dawało się odnaleźć pewien  potencjał przenicowania klasycznych baśniowych schematów. To w końcu film przeznaczony dla dziewczynek w wieku 7-12 lat, w którym główny bohater – chłopak-arystokrata – jest nie tylko bawidamkiem, ale także typem mocno pasywnym. We wszystkich codziennych czynnościach księcia wyręczają służący i świta rycerzy. Nikt w królestwie nie wierzy w sukces wychuchanego młodzieniaszka i dlatego potencjalni teściowie przydzielają mu płatną ochronę – złodziejka Laura, piękna i mądra, w zamian za trzy wozy złota ma robić za eskortę Czarusia i pomóc mu w ukończeniu prób męskości. To Laura – przebrana za wąsatego przewodnika – strzela w filmie z łuku, poluje, obmyśla plany i ma jako tako rozwinięte życie wewnętrzne i intelekt. I właśnie fakt, że cukierkowa bieda-estetyka – typowy róż i złoto księżniczkowych zamków, pałaców i lasów – kontrastuje z silną dziewczyńską bohaterką – taką, co to lubi dobrze zarobić i ma łeb nie od parady – dawał jakieś nadzieje na ciekawe rozwinięcie. Prym wiodła już nie ospała i ckliwa Śnieżka z jakimś kolejnym całuśnym ochroniarzem, ale mężna Laura, harcerka wychowana na pełnym morzu, która żadnej pracy się nie boi.


No i wszystko to niestety idzie z dymem, bo po pierwszych obiecujących skowronkach babskiej siły następuje szybka wolta – Czaruś wyciąga miecz, a Laura okazuje się typową miłośniczką biżuterii i tanich błyskotek. Film wraca na znajome księżniczkowe tory, opowiadając prościutką i sztampową historię o mocy romantycznej miłości i dobrym małżeństwie jako motorze wszelkich kobiecych pragnień. Tradycyjny związek, wszystkie te weselne torty, powłóczyste suknie i portrety ślubne bez mrugnięcia okiem zastępują marzenia o dalekich krainach, przygodach, skarbach i podboju. Wędrówka Laury i Czarusia opiera się na utartych baśniowych schematach, podrasowanych obecnością "bossów" rodem z kiepskich gier wideo i dość makabrycznymi stereotypami – jak w przypadku ludożerczych "bab-schabów", przedstawionych w anachronicznej i krzywdzącej konwencji afrykańskich "dzikusek". Tak samo przerywniki w postaci piosenek pop – w polskiej wersji językowej wykonywanych między innymi przez Honoratę Skarbek – nie mogłyby służyć nawet jako podnóżki u starych disneyowskich szlagierów. Wszystko jest w "Księciu Czarusiu" jakieś mniejsze, bardziej landrynkowe, kiczowate i zwyczajnie ulotne – kolorowe obrazki czmychają z pamięci nim w ogóle zdążą się do niej przebić.  


I chociaż możecie to uznać za biadolenie starego dziada, to już reakcja dziecięcej publiczności pozostaje barometrem czułym i precyzyjnym. Na moim seansie co rusz słyszałem za plecami szepty dziewczynek: "Mamo, czy możemy już iść?". I jakoś wątpię, żeby chodziło o wyjście do łazienki. W końcu po co siedzieć na czymś, co podejrzanie przypomina rutynową popołudniową rekreację przed telewizorem albo tabletem – w towarzystwie serialowych księżniczek, królewiczów i koników. Producencki portfel może i się po filmie powiększy – bo uwaga rodziców została przykuta kolejną ofertą odpoczynku od własnej latorośli – ale dziecka nowym opakowaniem tak łatwo się nie oszuka. Nawet jeśli jest się jak Czaruś i rzuca na lewo i prawo maślane spojrzenia. Człowiek-szpilka to jednak nie prawdziwy książę. A małe "księżniczki" wiedzą o tym doskonale.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 73% uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie