Recenzja serialu CSI: Kryminalne zagadki Nowego Jorku (2004)
Deran Sarafian
Emilio Estevez

Kryminalna moda na sukces

"Kryminalne zagadki Nowego Jorku" to spin-off popularnego serialu "Kryminalne zagadki Las Vegas". Serial opowiada o laboratorium kryminalistycznym, przynależącym do oddziału nowojorskiej policji. ...
Filmweb sp. z o.o.
"Kryminalne zagadki Nowego Jorku" to spin-off popularnego serialu "Kryminalne zagadki Las Vegas". Serial opowiada o laboratorium kryminalistycznym, przynależącym do oddziału nowojorskiej policji. Ma ono zapewnioną dużą autonomię, a jego głównym zadaniem jest zbieranie materiału dowodowego do aktualnie prowadzonego dochodzenia. Placówkę prowadzi Mac Taylor (Gary Sinise), zaś jego podwładni to w dużej mierze laboranci, w tym patolodzy oraz detektyw śledczy (Eddie Cahill), zawsze służący pomocą. Choć początkowo twórcy nie mieli w zamiarze angażować się za bardzo w życie prywatne i emocjonalne członków zespołu, to z czasem się zdecydowali, bo "CSI: Kryminalne zagadki Nowego Jorku (2004)CSI" jak każdy serial przecież wciąż ewoluuje.

Trudno jest jednoznacznie ocenić i zrecenzować cały serial (a uważam, że warto to zrobić na podstawie wszystkich odcinków, a nie pojedynczego sezonu, aby pozbyć się zakłamania), ponieważ każdy kolejny sezon jest inny od poprzedniego. Początkowe odcinki są bardzo mroczne i męczące oko. Na szczęście, dyrektor CBS postanowił zainterweniować i operator musiał zdjąć niebieski filtr z obiektywu kamery, przez co "CSI" ożyło - co nie zmienia faktu, że i tak jest najkrwawszym z pozostałych. I dobrze, bo tam gdzie zwłoki, tam powinna być i krew - nie powinno się tego wypierać.

Jednak to, co z początku fascynuje, wkrótce staje się schematyczne. Chodzi o metody laboratoryjne i całą tą otoczkę "nauki wcielonej". Na początku badania DNA wciągają, a po obejrzeniu Danny'ego Messera zdejmującego odciski palców z potłuczonej szyby moglibyśmy przysiąc, że sami też byśmy tak potrafili. Lecz z czasem, badania zaczynają się powielać i stają się nużące. Jednak na ratunek przychodzi technologia! To ona z czasem staje się jednym z bohaterów serialu, dzięki któremu nie możliwe było by złapanie jakiegokolwiek bad guya.

Poza zwykłymi pogoniami za drobnymi rzezimieszkami dane nam też będzie zobaczyć zmagania z seryjnymi mordercami, co pozwoli nam na głębsza penetrację ich sadystycznej psychiki. Bo przecież, nawet najwytrwalszemu widzowi w końcu może znudzić się jakże - typowe "morderstwo w afekcie".

Nowojorscy policjanci przedstawieni są jako - co najmniej - pracoholicy. Nie dość, że w pracy potrafią siedzieć do w pół do drugiej w nocy, to jeszcze podczas powrotu do domu natrafią na ciało zamordowanej osoby. Nie zawahają się również wyjść z wystawnego bankietu i pobrudzić smokingu krwią, aby tylko poprowadzić śledztwo. Krótko mówiąc, marzenie, aby tacy czuwali nad naszym bezpieczeństwem.

Kto więc będzie gonił za podejrzanymi, a w przerwach na kawę będzie badał próbki krwi? Przede wszystkim Gary Sinise, którego kreacja detektywa Maca Taylora budzi wątpliwości. Sinise gra trochę sztywno i ozięble, jednak nie źle. Po prostu z tej postaci można by więcej wykrzesać. Gdyż żyje ona dzięki scenariuszowi, bo właśnie tam zawiera się jej największy potencjał, nie zaś w grze aktorskiej Gary'ego. Można mu jednak wybaczyć, w końcu jego postać jest wdowcem - może mieć problemy z wyrażaniem uczuć.

Postacią, której twórcy poświęcili najwięcej czasu na przestrzeni sezonów, niewątpliwie jest Danny Messer (Carmine Giovinazzo). Jest on uważany za jedną z bardziej skomplikowanych postaci w serialu - ma włoskie korzenie, co z łatwością można wyłapać, m.in. po słynnemu zakrzywianiu ust a'la De Niro oraz równie gorącym temperamencie. Poza tym wyróżnia się lekkim podrygiwaniem podczas rozmowy oraz ochoczym sformułowaniem "boom!", gdy znajdzie ważny dowód. Zobaczymy także Hilla Harpera, który swoim "spojrzeniem numer 2" oraz mrużeniem oczu wprost do kamery powali niejednego widza. Nie mówię tego w negatywnym kontekście, po prostu po jakimś czasie staje się to dość zabawne. No i to skupienie na twarzy, kiedy wpatruje się w koniec pęsety, z której zwisa włos... Dobrze, koniec. Już się nie nabijam.

Wystąpi też Eddie Cahill, który po pierwszym sezonie podejmuje dobrą decyzję i goli bokobrody, jednak w siódmym pogrąża się doszczętnie zapuszczając elvisowską grzywę. Poza tym, w nowszych sezonach tworzy on fantastyczny duet z Carmine'em Giovinazzo, grając przed podejrzanymi "złego policjanta" i "dobrego policjanta".
Jako patolog wystąpi wspaniale nadający się do tej roli - Robert Joy. Aktor stworzył kreację zabawnego i często rozkojarzonego doktora, podchodzącego do życia z dużym dystansem i lekko cynicznym optymizmem - czyli typowego patologa. Jeżeli chodzi o humorystyczną partię, to niewątpliwie przoduje tutaj [person=350944]AJ Buckley[/person] (nagrywający także zakulisowe materiały, które wrzuca na Youtube'a), grający trochę zdziecinniałego technika - Adama Rossa, który odpowiada za wszystkie postępy w dziedzinie technologii komputerowej. Dobrze się przy tym bawi i wprowadza do laboratorium wiele pozytywnej energii - grzech go nie lubić.

Zapewne wywołam oburzenie, jeżeli stwierdzę, że stara, dobra i uśmiechająca się nazbyt często Melina Kanakaredes (grająca niegdyś Stellę Bonaserę) dobrze zrobiła, nie podpisując z twórcami kontraktu na siódmy sezon. Zastąpiła ją Sela Ward, dzięki której serial ożył. Jej postać wprowadziła trochę humorystycznych akcentów i w moim mniemaniu, wyszło to Nowemu Jorkowi na dużo lepsze. Serial zyskał wreszcie żywą i ciekawą postać kobiecą. A tych w "CSI" jak na lekarstwo. Jeżeli jesteśmy już przy kobiecych rolach, to warto wspomnieć także o Annie Belknap grającej Lindsay - miło usposobionej dziewczynie, której rola w nowszych sezonach schodzi trochę na bok, jednak nadal równie przyjemnie się ją ogląda.

Moje (tytułowe) porównanie do "Mody na sukces" było nie przypadkowe, co prawda nie chodziło mi o jakość, ale raczej o pokaźną liczbę odcinków, jaką serial zdążył już wypuścić - bo ponad sto sześćdziesiąt. Jak na dzisiejsze czasy to dość dużo, zważywszy, że większość obecnych seriali zamyka się w półgodzinnych ramówkach, a sezonu mają często nie więcej niż kilkanaście odcinków. Mimo iż "CSI: NY" to serial pod względem liczby odcinków dość obszerny, to jednak warto poświęcić mu uwagę. A jeżeli komuś się nie spodoba, to zawsze może nacieszyć oko licznymi, przepięknymi panoramami Nowego Jorku.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 57% uznało tę recenzję za pomocną (30 głosów).
Lagoo
ocenia ten serial na:
1 10 6/10 niezły
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię