Recenzja serialu Westworld (2016)
Jonathan Nolan
Jonny Campbell

Labirynt wspomnień – recenzja 1. sezonu

"Westworld" to serial, który po prostu trzeba obejrzeć. Wielu osobom co prawda może nie do końca spodobać się jego treść, niektórzy mogą mieć problemy ze zrozumieniem wszystkich wątków. Na tym ...
Filmweb sp. z o.o.
Filmy science-fiction to ważna gałąź w światowej kinematografii. Co roku w kinach pojawia się wiele propozycji z tego gatunku. Ich tematyka jest najczęściej bardzo zróżnicowana – pojawiają się w nich zagadnienia takie, jak obce cywilizacje, niezbadane planety, nowe technologie, futurystyczne wizje cywilizacji, podróże w czasie i wiele innych. Ten szeroki wachlarz podejmowanej tematyki stanowi chyba jedną z najważniejszych cech wyróżniających te produkcje na tle pozostałych propozycji. Niestety, w obecnych czasach na ekrany trafia wiele "dzieł", które wykorzystują znane już pomysły, a nie wnoszą niczego nowego. Często przynoszą nawet milionowe dochody, korzystając z dość trwałej popularności gatunku. Brakuje im jednak pomysłowości – a tego chyba najbardziej potrzebuje twórca filmów science-fiction w swojej karierze. Wiele historycznych klasyków, które na trwałe wpisały się w dorobek kultury masowej, zdobyło swoją pozycję właśnie dzięki niej. Powróćmy na chwilę pamięcią do tamtych czasów, aby lepiej zrozumieć, dlaczego do dzisiaj science-fiction jest uznawany za jeden z najważniejszych gatunków filmowych.

Początki fikcji naukowej, znanej nam głównie z filmów Christophera Nolana, Jamesa Camerona i George'a Lucasa, sięgają początków ubiegłego stulecia, kiedy to przemysł filmowy dopiero co się rozwijał. Już wtedy niektórzy pionierzy sztuki filmowej chcieli poprzez kino stworzyć magiczną kulę, w której wyobraźnia i wrażenia widza miały być najważniejsze. Pierwszym z nich był Georges Méliès, który w 1902 roku wyprodukował słynną "Podróż na Księżyc", opowiadającą o wyprawie naukowców na Srebrny Glob. Uznawana jest ona obecnie za arcydzieło. Można powiedzieć, że to Méliès zapoczątkował stosowanie efektów specjalnych, co okazało się kluczowe w przedstawianiu fantastycznych historii. Następne wielkie dzieło w tej tematyce to "Metropolis" Fritza Langa, przedstawiające futurystyczną wizję świata z cechami antyutopii, uznawane obecnie za początek science-fiction. Kolejne znane tytuły, to chociażby "Doktor Who" czy "Planeta Małp". Prawdziwym przełomem okazała się jednak "2001: Odyseja kosmiczna"Stanleya Kubricka , której premiera miała miejsce w 1968 roku. Kubrick był bardzo cenionym i wielokrotnie nagradzanym reżyserem i tym arcydziełem wywindował science-fiction na poziom do tej pory nieosiągalny. Odtąd nie można już było lekceważyć tego gatunku. Drugim bardzo znanym jego filmem okazała się także niezapomniana "Mechaniczna pomarańcza".

Pod koniec lat 60. talent pisarski odkrył w sobie natomiast amerykański lekarz Michael Crichton. Był on typem niespokojnego ducha – wierzył w różne niestworzone rzeczy typu aura i jasnowidzenie. Wtedy jednak zdarzył się przełom – jego powieść, "Wyższa konieczność", zdobyła jedną z najważniejszych nagród literackich, Edgar Award. Wydana w kolejnym roku "Andromeda znaczy śmierć" stała się już bestsellerem. Odtąd Crichton skupił się wyłącznie na pisaniu w klimacie sci-fi. Wiele z jego dzieł zostało zekranizowanych, większość zresztą przez samego autora. Najgłośniejszą z nich był jednak "Park Jurajski" i jego kontynuacja "Zaginiony Świat", opowiadające o niebezpiecznym eksperymencie, jakim było przywrócenie do życia dinozaurów. To właśnie Kubrick i Crichton najbardziej przyczynili się do ożywienia gatunku science-fiction. Gdyby nie oni, być może nigdy nie powstałyby filmy takie, jak "Obcy", "Matrix" lub "Gwiezdne wojny". Michael Crichton zmarł zaś w 2008 roku na raka. Świat nie zapomniał jednak o jego dokonaniach, czego przejawem okazała się decyzja stacji telewizyjnej HBO o wyprodukowaniu serialu na podstawie jednego z jego najlepszych filmów - mowa tu o "Świecie Dzikiego Zachodu". Do pracy nad całością został wybrany Jonathan Nolan, scenarzysta "Incepcji"i "Mrocznego Rycerza". Tak powstał "Westworld". Czy jednak jest to udany powrót do twórczości Crichtona ? Czy ma w sobie to, czym zachwycał m.in. "Park Jurajski"? I czy "Westworld" to godny hołd dla kina science-fiction?



Serial Jonathana Nolana jest luźną adaptacją filmu Michaela Crichtona z 1973 roku. Jego akcja rozgrywa się w przyszłości. Przedstawiony świat jest inny niż znany nam obecnie. Nie liczą się w nim już ludzkie emocje ani wartości takie, jak miłość lub przyjaźń, a jedynie nauka. Jedną z osób, która propaguje taki sposób myślenia, jest Dr Robert Ford (Anthony Hopkins). Wraz ze swoim dawnym przyjacielem Arnoldem założył on najnowocześniejszy park rozrywki Westworld, który na myśl przywodzi świat Dzikiego Zachodu. W nim każdy może wcielić się w dowolną rolę. Na terenie parku można spotkać także hosty – usłużne roboty w ludzkim ciele. Jednym z nich jest Dolores Abernathy (Evan Rachel Wood), która wraz ze swym ojcem-hostem wiedzie spokojne życie na farmie. W mieście pracuje uczciwa, lecz wybuchowa Maeve Millay (Thandie Newton). Do parku przyjeżdża także Teddy Flood (James Marsden) – młody, przystojny i tajemniczy mężczyzna powiązany z Dolores. Nie brakuje tu również czarnych charakterów, jak np. Hector Escaton (Rodrigo Santoro), który na czele bandy plądruje miasta. Jednak goście przybywający do parku są bezpieczni – hosty są niezdolne do wyrządzania im krzywdy. Westworld mógłby się wydawać idealnym miejscem dla każdego. Zmienia się to jednak, gdy jedna przypadkowa fotografia wywołuje lawinę niebezpiecznych wydarzeń. Czy jednak twórcom parku uda się powstrzymać awarię, zanim będzie za późno? Czym jest labirynt, który nagle stał się celem poszukiwań wszystkich? I kto tu jest zagrożeniem – zbuntowane hosty, czy ich twórcy?

Seriale powinny charakteryzować się dobrą fabułą, która z odcinka na odcinek coraz bardziej intrygowałaby widza. Reżyser musi mieć dobry pomysł na jej poprowadzenie, aktorzy powinni wiarygodnie przedstawiać emocje swoich bohaterów, a muzyka, zdjęcia i montaż udanie dopełniać dzieło. I wiele produkcji spełnia te wymagania. To jednak nie gwarantuje jeszcze sukcesu. Potrzeba jeszcze klimatu, który będzie łączył wszystkie wymienione wcześniej elementy. Dzięki niemu widzowie po skończeniu projekcji wciąż rozmyślają nad tym, co zobaczyli. Gdy film charakteryzuje się wyjątkowym klimatem, wszystkie jego składniki – muzyka, montaż, fabuła – są w idealnej harmonii. Dotyczy to także seriali, gdy po zakończeniu odcinka natychmiast chce się obejrzeć następny. "Westworld" ma w sobie te magię. Prawie każdy jego odcinek ogląda się z zapartym tchem i wielkim skupieniem. Widz zostaje wciągnięty w świat zagadek, tajemnic i mrocznej nauki. Nic mu w tym nie przeszkadza. Propozycje z gatunku sci-fi często kojarzymy z kinem rozrywkowym, typu "Gwiezdne Wojny" lub "Harry Potter". Serial Nolana należy do mądrego sci-fi – gdzie nie akcja, ale emocje odgrywają główne znaczenie. To wszystko łącznie sprawia, że "Westworld" jest dziełem niezwykłym.



O produkcji Jonathana Nolana nie można powiedzieć, że istotna jest w niej wyłącznie fikcja naukowa. Oczywiście, każdy odcinek dostarcza licznych dowodów na to, że należy on do tego gatunku – hosty lub bardzo rozwinięte badania. Warto jednak zauważyć, że "Westworld" zawiera także odwołania do innych tematów. Dobrym przykładem są znakomite nawiązania do westernów w postaci kowbojów, napadów bandytów, miasteczek jak z Meksyku i ogólnie całego parku, którego wygląd i krajobrazy są niczym żywcem wyjęte z Dzikiego Zachodu. W tym serialu widz ma również okazję, aby zmierzyć się z wieloma tajemnicami, zagadkami i niedopowiedzeniami. Jest świadkiem intryg, a sam w trakcie akcji może już rozmyślać na ewentualnymi odpowiedziami na postawione wcześniej pytania. To zaś sprawia, że serial zawiera również cechy kryminału. Nie brakuje tu także momentów grozy, kiedy bohaterowie są świadkami lub sami robią rzeczy niebezpieczne, co na myśl przywodzi podobne sytuacje w thrillerach. Wszystko to wskazuje, że "Westworld" jest dziełem unikalnym. I choćby dlatego Nolan zasługuje na brawa, a serial na uznanie.

Jednym z najmocniejszych atutów serialu jest jego niezwykła strona wizualna. Wszystko w niej idealnie do siebie pasuje i współtworzy spójną całość. To z kolei pomaga w prawidłowym odbiorze treści przez widzów. To bardzo znacząca kwestia, szczególnie w serialach, ponieważ zadaniem autorów jest zachęcenie widzów do dalszego oglądania przez następne kilka godzin. To trudniejsze wyzwanie niż podczas produkcji filmu. Tym większy szacunek należy się twórcom strony wizualnej, bo ona bardzo ułatwia widzowi oglądanie. Na szczególne słowa uznania zasługuje twórca serialu, Jonathan Nolan. Wykazał się sporą odwagą, że zdecydował się na te dość ryzykowne przedsięwzięcie, tym bardziej, że do tej pory nie miał do czynienia z adaptacjami. Mimo to widać, że uzyskał doskonały efekt. Na dodatek osobiście wyreżyserował pierwszy i ostatni odcinek, stanowiące idealny początek i zwieńczenie historii. To w nich najbardziej można poczuć ducha "Westworldu". A ostatnie sceny dziesiątego odcinka to prawdziwa wisienka na torcie. Warto zwrócić także uwagę na pracę jego żony, Lisy Joy. Od początku wspierała męża, wraz z nim wymyśliła historię, napisała scenariusze odcinków i była zaangażowana aż do samego końca. Wysoką ocenę wystawiłbym również reżyserom i scenarzystom pozostałych epizodów. W zgrabny sposób poprowadzili wątki bohaterów, a co najważniejsze - żaden z nich nie wpłynął źle na przebieg całej historii. Szczególnie wyróżniał się odcinek siódmy Freda Toye oraz dziewiąty Michelle MacLaren. Nie sposób też nie wspomnieć o fantastycznych zdjęciach. Świetnie budowały one klimat widowiska. Piękne były zwłaszcza ujęcia w miasteczkach oraz w siedzibie parku Westworld. Wiele osób miało udział przy ich powstaniu, ale najbardziej utkwiły mi w pamięci zdjęcia Paula Camerona z pierwszego odcinka. Niesamowita jest także ścieżka dźwiękowa niemieckiego kompozytora Ramina Djawadiego. Natychmiast wpada ona w ucho widza i na długo pozostaje w jego pamięci, czego sam doświadczyłem. Przede wszystkim jednak wytwarza magiczną aurę, na którą nie sposób nie zwrócić uwagi. Któż by pomyślał, że taki efekt osiągnie Djawadi, a nie uznany autorytet z dziedziny muzyki filmowej, jak John Williams czy Hans Zimmer. Nie po raz pierwszy jednak Niemiec udowadnia, że jest uzdolnionym kompozytorem. Pokazał to już chociażby w "Grze o tron". Również w innych produkcjach, jak "Iron Man" lub "Warcraft", gdzie najważniejsza była akcja, jego muzyka również się wyróżniała. Tym razem jednak Ramin Djawadi przeszedł samego siebie. Rewelacyjny jest choćby genialny motyw z czołówki odcinków (link do odsłuchania: https://www.youtube.com/watch?v=rYelEUVQ50g), utwór "Sweetwater" (https://www.youtube.com/watch?v=X35voOs4rQA) czy jeszcze świetny "Paint it, black" (https://www.youtube.com/watch?v=3iZ9JRVmJ5o) . Może z racji młodszego wieku kompozytor nie dorównuje jeszcze Zimmerowi, ale za kilka lat jest szansa na zmianę tego.



Innym czynnikiem sprawiającym, że "Westworld" można nazwać serialem wyjątkowym, jest utalentowana obsada. Większość z aktorów i aktorek zagrała znakomicie, dzięki czemu kreowane przez nich postacie są ciekawe i zauważalne dla widza. Jedną z takich bohaterek z mocno rozwiniętym wątkiem jest Dolores Abernathy. Grająca ją Evan Rachel Wood dostała bardzo ważną rolę w serialu. Główna historia dotyczy w końcu jej zmagań, podróży, a także przemiany, którą widz może obserwować w kolejnych odcinkach. Ze spokojnej, uległej farmerki Dolores zmienia się w groźną, zdecydowaną kobietę, która szuka prawdy o samej sobie. Aktorka świetnie ukazała rozterki wewnętrzne swojej bohaterki. Tylko momentami bywała irytująca. Podobnie można pochwalić Thandie Newton, która wcieliła się w postać Maeve Millay. Również jej wątek ma duże znaczenie dla losów serialu. Angielka gra nerwową, wybuchową kobietę, która podobnie jak Dolores, chce dowiedzieć się, kim jest, bo nie zdaje sobie sprawy z tego, że w rzeczywistości jest hostem. Jej historia po zarażeniu "świadomością" także nabiera tempa. Zaczyna być agresywna, przewiduje różne sytuacje, a twórcy nie mają już nad nią kontroli. Wątek ten jest niezaprzeczalnie niezwykle intrygujący, ale momentami przesadzony i za długi. Thandie Newton okazała się świetna w tej roli. Dla obu aktorek to ich najlepsze dotychczasowe role, które mogą stanowić przełom w ich zawodowych karierach. Z postaci drugoplanowych warto zwrócić uwagę na Sidse Babett Knudsen i Angelę Sarafyan.

  

Nie ukrywajmy jednak - to mężczyźni skradli show. Dotyczy to szczególnie dwóch aktorów – Anthony'ego Hopkinsa i Eda Harrisa. Trudno nazwać to zaskoczeniem, bo to niezwykle utalentowani aktorzy z wielkim doświadczeniem. Szczególnie cieszy mnie sukces Hopkinsa, czyli niezapomnianego Hannibala Lectera. Ostatnio przeżywał on słabszy okres swojej kariery, gdyż nie mógł trafić na odpowiednią dla siebie rolę. Na szczęście ma to już za sobą. Walijczyk otoczył swoją postać w serialu niesamowitą aurą tajemniczości. I choć Robert Ford nie należy do pierwszoplanowych bohaterów, to jednak jego znaczenie jest absolutnie kluczowe. Hopkins był tak rewelacyjny, że aż brakuje słów, by opisać jego grę szczegółowo. Wystarczy powiedzieć, że to absolutne mistrzostwo. Podobnie można stwierdzić w przypadku tajemniczego i brutalnego Mężczyzny w Czerni, granego przez znakomitego Eda Harrisa. Jego postać z całą pewnością nie budzi sympatii, ale myślę, że właśnie o to chodziło twórcom. Ma on być wręcz odrażający, a przez to także intrygujący. Harris gra tak wyraziście, że jeszcze mocniej to podkreśla. Końcowe ujawnienie tożsamości jego bohatera jest zupełnym zaskoczeniem. To właśnie Anthony Hopkins i Ed Harris wyznaczają poziom, do którego pozostali aktorzy starają się dorównać, nie bez powodzenia. Dobrym przykładem jest Bernard Lowe, grany przez Jeffreya Wrighta. To również ciekawa postać, która pełni funkcję prawej ręki doktora Forda. Nikt jednak nie wie, nawet Bernard, że łączy ich coś jeszcze. Jeffrey Wright zagrał świetnie i żałuję tylko, że twórcy poświęcili mu zbyt mało czasu. Nie sposób także zapomnieć o fantastycznym Rodrigo Santoro, który dał z siebie wszystko, aby zwrócić uwagę widza. Najwyraźniej udało się to Brazylijczykowi, bo postać bandyty Hectora Escatona jest niezwykle charakterystyczna. To jego rola życia. Zawiódł mnie natomiast Teddy Flood – przystojny kowboj zakochany w Dolores. Nie wniósł on niczego znaczącego do fabuły, a odtwarzający go James Marsden nie zrobił niczego, co mogłoby to zmienić. Nic by się nie stało, gdyby tego wątku w serialu nie było. Warto wspomnieć jeszcze o postaci ojca Dolores, Petera Abernathy. Występuje on zaledwie w dwóch odcinkach, ale ma znaczący wpływ na całość. To od niego wszystko się zaczęło. A gdy grający go Louis Herthum powiedział do Forda: "Chcę poznać stwórcę" i zaczął się śmiać, przebiegły po mnie ciarki. Był naprawdę niesamowity.

  

"Westworld" to serial, który po prostu trzeba obejrzeć. Wielu osobom co prawda może nie do końca spodobać się jego treść, niektórzy mogą mieć problemy ze zrozumieniem wszystkich wątków. Na tym jednak polega właśnie urok tego, co stworzył Jonathan Nolan – nie wszystko ma być jasne dla widza, a raczej zmusić go do refleksji. Ma to także na celu stworzenie tajemniczej aury, od której aż kipi w każdym odcinku. Jeśli jednak w trakcie trwania serialu ktoś nadal ma wątpliwości, czy warto oglądać, to niech jednak nie rezygnuje z tego, bo ostatnie dwa odcinki są doskonałe. Zapewniam, że wszystko, co było niezrozumiałe, stanie się jasne. I jeszcze jedna uwaga – ostatnie sceny wgniatają w fotel. Czy zatem Jonathanowi Nolanowi udało się stworzyć pasjonujące widowisko sci‑fi, które do końca trzyma w napięciu? Według mnie tak, bo "Westworld" to jeden z najlepszych seriali ostatnich lat. A twórca osiągnął coś niezwykłego. On oddał hołd nie tylko Crichtonowi, ale całemu gatunkowi science-fiction.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 78% uznało tę recenzję za pomocną (83 głosy).