Recenzja filmu Tomb Raider (2018)
Roar Uthaug
Leszek Zduń

Legenda (nie)zapomniana

Sukces Lary Croft nie wynikał jedynie z tej przyczyny, że taka piękna i wysportowana kobieta była w stanie zachwycić nie jednego mężczyznę. Oczywiście, miało to jakieś tam znaczenie, ale słynna ...
Filmweb sp. z o.o.
Lara Croft to obecnie jedna z najbardziej popularnych postaci z gier wideo. Pierwsza gra z udziałem pięknej pani archeolog pojawiła się w 1996 roku. Już wtedy jako "żeńska wersja Indiany Jonesa" Lara zdobyła powszechne uznanie i wielką popularność. Prawdziwym jednak przełomem miała się okazać wersja filmowa z 2001 roku z Angeliną Jolie w roli głównej. Niestety "Lara Croft: Tomb Raider" spotkała się z wieloma mieszanymi opiniami. A po kolejnej, nieudanej "Kolebce życia" o naszej pięknej kobiecej ikonie zapomniano na parę lat. Na szczęście wyjątkowo udanym podejściem do tematu okazała się wówczas znakomita gra "Tomb Raider" z 2013 roku, która nie tylko imponowała pod względem stylistycznym, ale również intrygowała fabułą, a Lara w końcu została w niej przedstawiona bardziej realistycznie. Kilka lat później pojawiła się więc decyzja o tym, by nakręcić filmową adaptację tej świetnie przyjętej gry. Wielu fanów zapewne ucieszyło z tego faktu, ale z drugiej strony pojawiło się także duże grono sceptyków, które pamiętając ostatnią próbę przeniesienia Lary na wielki ekran, nie dawało filmowi Roara Uthauga większych szans. Czy więc "Tomb Raider" okazał się udanym powrotem Lary Croft? I z żalem muszę powiedzieć, że tak się nie stało, gdyż poza paroma lepszymi momentami, ten film nie ma niczego do zaoferowania oglądającemu i nawet jedna świetna Alicia Vikander to niestety za mało...

photo.title

Załoga statku "Endurance" płynie poprzez niebezpieczne fale w pobliżu jednej z wysp koło Japonii. Wydaje jej się, że będzie to zwykła, archeologiczna ekspedycja w poszukiwaniu mitycznej krainy Yamatai, którą niegdyś rządziła królowa Himiko. Ich jednak wszelkie oczekiwania spełzają na niczym, kiedy niespodziewany sztorm rozbija statek u wybrzeży wyspy. A tam wszystko okazuje się jeszcze bardziej tajemnicze. Kolejni członkowie załogi giną, a inni ukrywają się w poszukiwaniu pomocy. Jedną z nich jest Lara Croft, która wraz z przybyciem na wyspę od tej pory będzie musiała się nauczyć odwagi i wytrwałości, by stawić czoło wszelkim przeciwnościom losu…

Och, pardon! To było streszczenie gry, a nie filmu. Otóż w nim Lara Croft (Alicia Vikander) jest córką sławnego Lorda Richarda (Dominic West), który po śmierci żony, usilnie poszukiwał odnalezienia sensu w swoim życiu. I właśnie nim miały się okazać podróże. Kiedy wyruszył on jednak na poszukiwanie wyspy Yamatai, to nigdy stamtąd nie powrócił. Tymczasem jego córka Lara, dalej rozwijała się pod okiem opiekunki Any Miller (Kristin Scott Thomas). Co prawda nie poszła ona na studia do Oxfordu, ale i tak nauczyła się zarabiać na siebie jako kurierka, dostarczająca przesyłki na rowerze. Mimo wszystko bardzo brakowało jej ojca, do którego wciąż żywiła głęboki żal. Kiedy jednak pewnego dnia w ręce Lary trafia tajemniczy przedmiot Richarda związany z tajemnicą królowej Himiko, to postanawia go odnaleźć i w tym celu przybywa do Hong Kongu, gdzie wraz z Lu Renem (Daniel Wu) wyrusza na wyspę. Lecz nie tylko ona chce poznać sekrety Yamatai – również złowroga organizacja Trójca, na czele z Matthiasem Vogelem (Walton Goggins) pragnie odkryć moce Himiko. Czy więc Lara zdoła odnaleźć ojca i powstrzymać wrogów, zanim tamci zagrożą zagładą całemu światu?

Warto zauważyć jak kolosalne znaczenie miałby ewentualny sukces "Tomb Raidera". Ciężko bowiem obecnie nakręcić udaną adaptację gry komputerowej. W ten sposób stworzył się wręcz pewien paradoks, wedle którego wykonanie takiego widowiska jest rzeczą "niemożliwą". I nikomu rzeczywiście dotąd ten czyn się nie udał. "WarcraftDuncana Jonesa ze studia Blizzard nie zdobył przychylności wszystkich widzów, a tymczasem "Assassin's Creed" okazał się totalną klęską. Jedna z ostatnich nadziei spoczęła zatem na Larze Croft, która pomimo paru kontrowersji (związanych głównie z wyborem aktorki do jej roli), miała szanse odmienić to złe oblicze. Lecz i ona nie zdołała tego uczynić, gdyż Roarowi Uthaugowi zdecydowanie brakuje doświadczenia reżyserskiego, przez co w efekcie "Tomb Raider" zupełnie niczym nie jest w stanie zachwycić oglądającego, a najważniejszy wątek dotyczący przemiany Lary został jedynie skrócony do powtarzającego się tekstu: "Tatuś Cię kocha". 

photo.title

Początkowo jednak nic nie zwiastuje tego upadku legendy, ponieważ na samym wstępie bardzo ciekawie nakreślono w nim charakter głównej bohaterki, który znacznie różni się od tych osobowości, które mieliśmy już szansę zaobserwować w grach komputerowych i filmach z udziałem Angeliny Jolie. Przede wszystkim główna zmiana podejścia scenarzystów dotyczy jej rodu – w najnowszym "Tomb Raiderze" Lara wyrzeka się bowiem wszelkich bogactw ojca, starając się nie wychylać sprzed szeregu, a zamiast tego wieść spokojne, ale pracowite życie. I takie postępowanie ma nawet sens, który scenarzyści przedstawiają nam pod postacią jej rozbudowanych relacji z ojcem. Dzięki temu wstępowi możemy naprawdę bardzo polubić Larę Croft i to nie tylko ze względu na wcielającą się w nią śliczną Alicię Vikander. Jej motywacje są zrozumiałe i nawet chęć jej zdobycia czegoś w życiu poprzez intensywne treningi w sztukach walki również odnajdują tutaj swoje wytłumaczenie.
Problem pojawia się natomiast wtedy, gdy scenarzyści nieudolnie próbują przejść do głównego tematu – czyli podróży Lary na wyspę Yamatai. Zanim bowiem w ogóle nasza bohaterka wsiada na pokład "Endurance’a" to przedtem musi odbyć rozmowę dotyczącą śmierci ojca, poszperać w jego papierach i odszukać Lu Rena. Ten etap niezbyt angażuje emocjonalnie i sprawia wrażenie rozciągniętego do granic możliwości. Roar Uthaug stara się co prawda nie poświęcać dla niego zbyt wiele czasu, ale takie sceny jak ta pościgu w Hong Kongu są zupełnie niepotrzebne i lepiej byłoby ten cenny czas poświęcić dla ubogacenia i rozwinięcia wątku Lary. Przez to także cierpi decydująca część finału – kiedy nasza wyczerpana bohaterka w końcu trafia na Yamatai i poznaje złowrogą organizację Trójca. Wówczas bowiem reżyser nagle z niewiadomych przyczyn zaczyna się gdzieś śpieszyć i kolejnym wątkom poświęca zdecydowanie za mało uwagi, pomimo tego, że są one o wiele ciekawsze od tego w Hong Kongu. Przez to więc cierpi nie tylko sama fabuła i film, ale także jego bohaterowie, którzy poza Larą nie odgrywają niestety w tej historii większego znaczenia…

photo.title

Głównym błędem twórców było wybranie niedoświadczonego Roara Uthauga na reżysera filmu. W swoim dotychczasowym dorobku miał on bowiem zaledwie parę mniejszych produkcji. Dla przykładu, ostatnia "Fala" jego autorstwa, miała całkiem niezłe sceny katastroficzne, ukazujące powódź w mieście Åkneset, ale pod względem fabuły był to jeden wielki chaos. I podobnie jest w przypadku "Tomb Raidera". Nie można bowiem i w nim reżyserowi odmówić całkiem nieźle zrealizowanych scen akcji – ale pamiętajmy, że Lara Croft to nie sama akcja, a także intrygująca historia. A jej z kolei brakuje bo fabuła jest niepoukładana, co chwilę potrzeba jej jakiegoś przyspieszenia, a brakuje zaś chwili zwolnienia i skupienia się na bohaterach. W efekcie tak jak scena sztormu koło wybrzeży Yamatai jest naprawdę rewelacyjnie nakręcona, tak późniejsze sceny na wyspie nie są już w stanie zainteresować widza. Główna w tym wina źle napisanego scenariusza autorstwa Genevy Robertson-Dworet i Alastaira Siddonsa, którzy użyli tu wielu uproszczeń i pomimo ciekawego wstępu, skrócili najważniejszą część podróży Lary na Yamatai. Dodatkowo mamy tu do czynienia z infantylną relacją ojca z córką, paroma absurdami, nieudanymi twistami, a także na siłę "wzruszającą" końcówką, która zamiast pożądanych emocji, wzbudza jedynie zażenowanie.
Na szczęście w tym całym chaosie pojawia się Alicia Vikander, która po raz kolejny udowadnia, że jest niezwykle utalentowaną aktorką, która sprawdza się w każdej roli. Pamiętam, jak przed premierą "Tomb Raidera" wiele osób narzekało na jej wybór. I całe szczęście, że twórcy nie posłuchali tych protestów, a zamiast tego poszli własną drogą, przedstawiając Larę nie jako "poczucie pożądania", a zwykłą kobietę, której czasem się coś udaje, a czasem zalicza upadki tak jak my. Dzięki temu widz jest w stanie o wiele bardziej zrozumieć motywacje głównej bohaterki – a co za tym idzie ją polubić. Żałuję jednak, że nie postarano się przedstawić lepiej proces przejścia Lary na wojowniczkę, bo to by jeszcze lepiej zarysowało jej osobowość. Mimo to, i tak ta Lara jest znacznie lepsza od tej w wykonaniu Angeliny Jolie, głównie ze względu na samą Vikander, która idealnie pasuje do tej roli, a w scenach kaskaderskich radzi sobie znakomicie. Odwaliła ona kawał świetnej roboty, zarówno tej fizycznej jak i aktorskiej, więc tym bardziej jestem zdania, że zasługuje ona na pojawienie się w tej roli w kolejnej części – tyle tylko, że niech tym razem pracuje z bardziej uzdolnionym reżyserem, bo nie powinno się marnować potencjału tak świetnej szwedzkiej aktorki, jaką jest bez wątpienia Alicia Vikander.

photo.title

Parę słów należy się też stronie wizualnej, która ku mojemu sporemu zaskoczeniu, jest całkiem niezła i poza paroma momentami prawie w ogóle nie przeszkadza w oglądaniu, choć początkowo na to wskazywały zwiastuny. Co prawda, nie wszystkie sceny akcji zostały tutaj zrealizowane na najwyższym poziomie bo to wciąż daleko od poziomu serii "Mission: Impossible", ale i tak ogląda się je z pewną przyjemnością. Niektóre z nich, tak jak lot spadochronem, czy akcja na spadającym samolocie są wręcz odwzorowane w skali 1:1 do gry. Nie wszystkim może to co prawda spodobać, ale myślę, że fani "Tomb Raidera" docenią te nawiązania. Natomiast zdjęcia autorstwa George’a Richmonda w ciekawy sposób przedstawiły mityczną i tajemniczą aurę wyspy Yamatai, a z kolei muzyka Junkie XL nie wpada może w ucho, ale i tak pojawia się w niej parę interesujących motywów, które całkiem udanie budują klimat całości.
Kompletnie zmarnowano natomiast potencjał wątku królowej Himiko. Scenarzyści uparli się bowiem tutaj o pewien schemat i usilnie do samego końca nie chcieli z niego wyjść. Powiedziane jest na początku, że Himiko była pierwszą władczynią Japonii, która posiadała nadprzyrodzone moce. Według legendy otworzenie jej grobu gwarantowało temu, kto to zrobi, nieskończone życie. I tak jak w grze próbowano skupić się na tym wątku, tak w filmie w ogóle nie został on rozwinięty. Zamiast tego pojawiły się tu irytujące zagadki z bardzo prostymi odpowiedziami (Typu: Jaki jest kolor życia?). Mało tu z kolei samego skupienia się na Himiko, która poza udanym nawiązaniem do 1000 służących, ostatecznie okazuje się, że jest dosłownie i w przenośni "bombą". I gdzie, ja się pytam, podziała się jej Burzowa Gwardia, która w grze, gdy tylko się pojawiała, aż mroziła krew w żyłach? Jeden z najlepszych aspektów gry, a tutaj został tak brzydko pominięty… A szkoda.
Nie pomaga temu też pozostała część obsady, która poza świetną Alicią Vikander nie do końca udanie wcieliła się w swoje role. Główna wina i w tym przypadku leży po stronie scenariusza, który nie daje im zbyt dużych możliwości, ale i sami aktorzy mogli się lepiej spisać. Doskonałym tego przykładem jest choćby główny antagonista tego filmu, Matthias Vogel, w którego wcielił się Walton Goggins. Bo choć aktor naprawdę stara się go uczynić charyzmatycznym bohaterem, to jednak fabuła długo go ignoruje, przez co jego wysiłki spełzają na niczym. Podobnie jest też w przypadku ojca Lary, Richarda Crofta, którego początkowo da się zrozumieć, ale później wychodzi z jego postaci parodia, przypominająca połączenie rozbitka z Janosikiem. Owszem, czemu nie ukazać jego szaleństwa, ale ten motyw nie jest w ogóle rozwinięty i traci na znaczeniu, także przez średnią grę aktorską Dominica Westa. I jedynym, który się z tej sytuacji wybronił, to Lu Ren, którego jako jedynego poza Larą jesteśmy w stanie szczerze polubić. Jego pijactwo i dodatkowy wątek ojca dodają mu autentyczności, a Daniel Wu zalicza kolejną całkiem udaną rolę. Mimo wszystko, to i tak za mało bo w grze z 2013 roku było zdecydowanie więcej ciekawszych postaci, których tym bardziej szkoda, że nie pojawiły się w filmowej wersji.

photo.title   photo.title   photo.title

"Tomb Raider" nie okazał się więc niestety ku mojemu sporemu rozczarowaniu udanym powrotem naszej ukochanej pani archeolog na wielkie ekrany. I nawet Alicia Vikander, która zalicza kolejną świetną rolę i jest moim skromnym zdaniem najlepszą dotychczasową Larą Croft, nie zdołała odmienić tego złego wrażenia. Bo choć początek mógł dawać duże nadzieje na zobaczenie widowiska, które odmieni oblicze adaptacji gier komputerowych, to jednak późniejsze skróty fabularne, zupełnie nietrafione plot-twisty, czy zmarnowane potencjały paru postaci, sprawiły, że film Roara Uthauga nie zachwyci zarówno tych, którzy po raz pierwszy mają do czynienia z panną Croft, jak i tych, którzy znają się z nią nieco dłużej. To po prostu zwykły, niczym niewyróżniający się blockbuster, o którym widz szybko zapomni zaraz po jego obejrzeniu. A szkoda, bo ja liczyłem na znacznie więcej. I tak jak przed premierą "Tomb Raider" miał szansę być filmem, dzięki któremu już nigdy nie zapomnimy o legendzie gier komputerowych, tak koniec końców spowodował jedynie, że Lara Croft z powrotem może pójść w nasze zapomnienie…
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
Optimus_999
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni