Recenzja filmu Z dystansu (2011)
Tony Kaye

Młodzi gniewni nowej generacji

Kultowego klasyka lat 90. o tytule "Młodzi gniewni" większości kinomanów przedstawiać nie trzeba. Żelazna pozycja opowiadająca o ambitnej nauczycielce, która chce wyedukować (i wychować) ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja dvd Z dystansu (2011)
Kultowego klasyka lat 90. o tytule "Młodzi gniewni" większości kinomanów przedstawiać nie trzeba. Żelazna pozycja opowiadająca o ambitnej nauczycielce, która chce wyedukować (i wychować) niepokornych uczniów pochodzących z niższych sfer społecznych, broni się po dziś dzień, oferując jedną z najbardziej charakterystycznych ról Michelle Pfeiffer w jej karierze. Co prawda od czasu wspomnianego filmu widz raz po raz raczony jest kolejnymi produkcjami poruszającymi wdzięczny temat ciężkiego życia belfra, niemniej żaden z duchowych następców nie dorównał sukcesem poprzednikowi. Owszem, zarówno obraz "Młodzi gniewni – historia Rona Clarka" ukazujący blaski i cienie zawodu w ciepły i optymistyczny sposób czy nieco dosadniejsze pozycje typu francuska "Klasa" skupiające się na środowiskach niemalże patologicznych to tytuły udane i godne uwagi, jednak nie wybijają się szczególnie żadnym konkretnym elementem. Dość niespodziewanie na scenę wkroczył jednak nowy kandydat w postaci filmu "Z dystansu" z 2011 r. z Adrienem Brodym w roli głównej. Film przeszedł przez kina bez echa... zupełnie niesłusznie.

Henry Barthes (Adrien Brody) to typowy nauczyciel z wieloletnim stażem, cierpiący na syndrom wypalenia zawodowego. Pomimo starań, mężczyzna sam zaczyna powoli wątpić w swą dydaktyczną misję, stopniowo akceptując tragiczną kondycję systemu szkolnictwa. Kariera Barthesa jest o tyle ciekawa, że pracuje on jako nauczyciel zastępczy, nie zagrzewając zbyt długo miejsca w żadnej placówce. Pewnego razu trafia do podrzędnej szkoły w Nowym Jorku, w której uczniowie już dawno zwątpili w dobre intencje wychowawców. Niemniej dzięki swemu zaangażowaniu i nietypowemu podejściu nowy belfer zjednuje sobie szacunek klasy. Nauczyciel szczególnie przypada do gustu nieśmiałej Meredith (Betty Kaye), zakompleksionej nastolatce rozpaczliwie szukającej akceptacji ze strony rówieśników. Jedna z koleżanek po fachu, Madison (Christina Hendricks), również zwraca uwagę na nowy narybek, bacznie śledząc poczynania Barthesa. Życie tego ostatniego nabierze także dodatkowego kolorytu, gdy w przypływie dobroci postanowi on udzielić noclegu młodocianej prostytutce Erice (Sami Gayle), która wzburzy i tak już skomplikowane życie Henry'ego. Podczas paru tygodni zastępstwa Barthes postawiony zostanie przed szeregiem sytuacji, z których będzie musiał wyjść obronną ręką.

Film "Z dystansu" to istny czarny koń i perełka w morzu pozycji opowiadających o nauczycielach i ich różnorakich problemach, zarówno zawodowych, jak i osobistych. Jeżeli bowiem za reżyserię całego przedsięwzięcia odpowiada nie kto inny jak sam Tony Kaye, twórca mocnego i bezkompromisowego "Więźnia nienawiści", widz ma prawo oczekiwać kina kontrowersyjnego i wyciągającego brudy ludzkich charakterów na pierwszy plan. Utalentowany reżyser również i w przypadku opisywanego w tej recenzji filmu nie patyczkuje się z ukazaniem zepsutej społeczności uczęszczającej (z przymusu) do szkoły. Zaniedbana placówka to miejsce, w którym nauczyciel traktowany jest jak zło koniecznie, będąc wyszydzanym i traktowanym bez choćby krzty szacunku. "Z dystansu" frapuje nie tylko ze względu na odważne zobrazowanie codzienności rządzącej szkołami "drugiej kategorii", ale również dzięki dobrze zarysowanym postaciom, zarówno tych grających pierwsze skrzypce, jak i bohaterów ubarwiających drugi plan.

Dzięki wpleceniu w fabułę serii miniwywiadów z wychowawcami, w tym również samego Barthesa, "Z dystansu" dodatkowo zyskuje na realizmie oraz na pogłębieniu postaci zastępczego nauczyciela. Henry, pomimo zmęczenia ciężkim zawodem i problemów ze schorowanym ojcem, stara się zachować resztki optymizmu i dobroci serca. Dzięki dobrze skonstruowanej postaci i wysiłkom Adriena Brody'ego, widz jest w stanie uwierzyć w szczere pobudki popychające Barthesa do zaopiekowania się nastoletnią prostytutką. Stopniowy rozwój relacji pomiędzy Ericą i jej wybawcą powoli zmierza do kulminacyjnego punktu, który autentycznie wzrusza (brawa dla Gayle za odegranie targających dziewczyną emocji). Kolejny wyraźnie zarysowany wątek to nić porozumienia (a może i czegoś więcej...) zbliżająca nieśmiałą, lecz artystycznie uzdolnioną Meredith i jej opiekuna, który jako jedyny zdaje się dostrzegać zakompleksioną uczennicę i jej wrażliwą naturę. Problem pojawi się jednak w momencie, gdy nastolatka zechce rozwinąć platoniczne uczucie...

Początkującemu scenarzyście (Carl Lund) pod batutą Kaye'a udało się również przybliżyć sylwetki pozostałych członków grona pedagogicznego, do tego odegranych przez znanych i cenionych odtwórców. Stary ekranowy wyga James Caan kreuje niezwykle ciekawą postać Seaboldta, nauczyciela podchodzącego do uczniów z humorem i ironią, stosującego cięte riposty w odpowiedzi na równie cięte teksty butnych nastolatków. Doris Parker zaś, w którą wcieliła się Lucy Liu, jest jedną z osób z zawodowym powołaniem, która nie może znieść tego, że młodzi ludzie marnują swoją przyszłość.

Dramaty targające głównymi i drugoplanowymi bohaterami wydają się niezwykle autentyczne i ludzkie, co z kolei momentalnie budzi sympatię i współczucie widza. Pomimo wyświechtanego i maglowanego x razy wątku powolnej akceptacji świeżego nauczyciela przez zbuntowanych uczniów film ani razu nie popada w typowy dla gatunku banał. Duża w tym również zasługa świetnie rozpisanych dialogów i kwestii, w których widać powoli ulatniającą się nadzieję (monologi Barthesa do kamery), aczkolwiek znalazło się też miejsce dla pokrzepiających wymian zdań (rozmowa Seaboldta z Parker). Wraz z trzymającymi za serce, choć bynajmniej ckliwymi, scenami, film wzrusza i wpisuje się w pamięć również ze względu na słodko-gorzką końcówkę.

Jedyne, czego zabrakło, by film "Z dystansu" był pozycją bezapelacyjnie kultową (choćby w węższych kręgach), to udanej ścieżki dźwiękowej. Oczywiście oprawa muzyczna produkcji idealnie podkreśla nastrój i emocje ukazywane na ekranie, niemniej w przeciwieństwie do "Młodych gniewnych" dzieło Kaye'a nie zmusiło mnie do namiętnego odsłuchiwania chwytliwej piosenki. Cokolwiek by pisać o "Gangsta’s Paradise" od Coolio, motyw ten jest rozpoznawalny i kojarzony ze starym hitem po dziś dzień.

Film "Z dystansu", pomimo pozornie wyczerpanego tematu, zdołał dołożyć swoje 3 gorsze do kina o aroganckiej młodzieży szkolnej i zrezygnowanych nauczycielach. Produkcje takie jak obraz Kaye'a powinny znajdować się na liście obowiązkowych tytułów do zaliczenia przez każdego szanującego się dydaktyka. Po seansie z tym niebanalnym i świetnie nakręconym kawałkiem kina w każdego wychowawcę winny wstąpić nowe siły i chęć "naprawy świata”, choćby przez krótką chwilę (z racji zawodu co nieco na ten temat wiem). Abstrahując jednak od poprzedniego argumentu, "Z dystansu" to po prostu ambitne kino ze złożonymi postaciami i ciekawymi wątkami, pozbawione ogłady czy przesadnej cenzury (vide: fotka krocza, pokazana w celach wychowawczych, oczywiście). Ze względu na jakość i przekaz filmu można by go określić nieco na wyrost jako "Młodzi gniewni" XXI wieku... tyle że bez rapu Coolia. Cóż, jakoś jestem w stanie to przeboleć.

Ogółem: 8+/10

W telegraficznym skrócie: film, który można by zadziornie określić mianem "Młodych gniewnych" nowego pokolenia; dzieło Kaye'a świetnie ukazuje znany temat (patologiczne środowisko szkolne) w nietuzinkowy i wciągający sposób; godna pochwał reżyseria (seria miniwywiadów + kreskówkowe animacje wplecione w historię), postacie z dobrze nakreślonymi charakterami i własnymi problemami i (tylko) dobra muzyka składają się na film zapadający w pamięć. Totalne zaskoczenie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (69 głosów).
kulak4
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)