Recenzja filmu Mściciel z Wall Street (2013)
Uwe Boll

Maklerzy dla lwów

Uwe Boll nie pierwszy raz rozlicza się z powszechnie znienawidzonym środowiskiem biznesowym, tym razem stawia jednak nie na czystą rządzę zemsty, ale na identyfikację z jednostkową tragedią, ...
Filmweb sp. z o.o.
"Wilk z Wall Street" jest znakomitym filmem, świetnie się na nim bawiłem i w pełni rozumiem powszechne uwielbienie dla tej historii, ale dla rzeczywistego Jordana Belforta nie potrafię odnaleźć krzty sympatii. "Atak na Wall Street" jest natomiast filmem, który urzeczywistnia faktyczne odczucia lwiej części społeczeństwa w stosunku do maklerów i krętaczy ze znienawidzonej nowojorskiej ulicy.

Wielu reżyserów miało ciężkie początki, ale Uwe Boll popełnił błąd, którego po dziś dzień wielu nie potrafi mu wybaczyć - sprofanował trzy gry komputerowe z rzędu ("House of the dead", "BloodRayne" i "Alone in the dark"). Niewątpliwie są to produkcje fatalne i zmasowany atak na każdy ich aspekt nie jest na wyrost, niemniej przekreślanie całego dorobku Bolla a priori jest niesprawiedliwe i krzywdzące. W ostatnich latach niemiecki reżyser wykazał się brakiem kompromisu, na który stać niewielu w tej branży. Nikt inny nie stworzyłby tak odważnej czarnej komedii jak "Postal", nie porwałby się na film gloryfikujący naprawę społeczeństwa poprzez jego wyrzynanie ("Rampage") i od dawna nikt nie stworzył tak interesującego seryjnego zabójcy jak Seed. "Assault on Wall Street" jest kolejnym dowodem na to, że Boll umie kręcić i nie boi się podejmować kontrowersyjnych tematów.

Kryzys finansowy z 2007 roku wciąż ma ogromny wpływ na globalną gospodarkę, a jednak w filmie jest tematem niemal całkowicie przemilczanym. Próbę ukazania jego kulisów podjął J.C. Chandor w "Chciwości", ale perspektywa Uwe Bolla jest zgoła odmienna, bliższa szaremu człowiekowi. W "Assault on Wall Street" kolosalny krach ukazany jest przez pryzmat jednej, przeciętnej rodziny. W Polsce skutki wydarzeń z Wall Street nie były aż tak intensywnie odczuwalne, ale dla wielu Amerykanów zła koniunktura wprost przyczyniła się do ich kompletnego bankructwa. Jim jest człowiekiem, którego tragedia przybrała wszelkie możliwe wymiary. Nie tylko stracił oszczędności życia i pracę, ale również wymagającą kosztownego leczenia żonę. W konsekwencji postąpił tak, jak postępuje wiele osób, które nie mają niczego do stracenia - upomniał się o sprawiedliwość.

Akcja rozwija się bardzo powolnie. To nie jest kolejne "Rampage", gdzie na ekranie dominuje krwawa rzeź. Boll próbuje maksymalnie wymęczyć widza, zmusić go do odczucia strat, jakie poniósł jego bohater. Niestety takie dłużyzny niemal zawsze kończą się znudzeniem publiczności i po niespełna godzinie nie mogłem się już doczekać, kiedy padną pierwsze maklerskie truchła. Dominic Purcell nie jest całkowicie anonimowym aktorem (jego najbardziej rozpoznawalna rola to Lincoln Burrows z "Prison Break"), ale mam wrażenie, że znacznie lepiej sprawdziłby się na jego miejscu chociażby Edward Furlong grający tu postać z drugiego planu. Bardzo chciałem się wczuć w nieszczęście Jima, ale jego smutne oczy i smutna muzyka w tle nie przekonały mnie. Oprócz  Purcella i Furlonga (wciąż znanego przede wszystkim z roli w "Terminator 2") udało się Bollowi zaangażować szereg rozpoznawalnych postaci z dawnych lat: Clinta Howarda ("Lodziarz"), Johna Hearda ("Kevin sam w domu"), Keitha Davida ("Coś"), Michaela Paré ("Wioska przeklętych") czy Erica Robertsa śrubującego w ostatnich latach rekord w największej ilości zaliczonych planów filmowych.

Głównym problemem filmu jest nastawienie na krytykę totalną - obrywa się prawnikom, służbie zdrowia, urzędnikom. Tragedia Jima jest tak rozległa, że wręcz trudno w nią uwierzyć. Domyślam się, że Boll chciał powołać bohatera, jakim mogłoby się poczuć wielu widzów, ale jeśli coś jest dla każdego, jest dla nikogo. Gdy jednak zemsta zaczyna się dopełniać, chyba niewielu będzie potrafiło powstrzymać się od kibicowania Jimowi. Niemiecki reżyser bezbłędnie zagospodarował ostatnie minuty filmu, tworząc znakomitą atmosferę za sprawą zarówno świetnego podkładu muzycznego, jak i w końcówce dobrze sprawdzającej się drewnianej gry Purcella, ale przede wszystkim dzięki niesamowitemu Heardowi, który okazał się znacznie lepszym aktorem niż się spodziewałem. Szczerze pisząc, gdy Jim ukrócił łeb giełdowego potwora, czułem się jakby to Kapitan Ameryka po raz kolejny uratował świat  przed zakusami nazistów. Jak jednak uczy doświadczenie wyniesione z przygód Mścicieli, kiedy odetnie się głowę hydry, na jej miejscu wyrastają dwie nowe.

"Rampage" i "Assault on Wall Street" różnią się sposobem dochodzenia do wspólnego celu - rozliczenia finansowych elit, które de facto mają większą władzę niż politycy i których nienawidzi niemalże całe społeczeństwo. Dla podobnych wizji warto Bollowi dawać kamerę do ręki, ale lepiej, żeby nikt nie dawał mu pozwolenia na broń.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 84% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).
Cosimo_Villa_Nova
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię