Recenzja filmu Tajemnica Filomeny (2013)
Stephen Frears

Matka, syn i złe zakonnice

Idealne proporcje komizmu i powagi, doskonałe prowadzenie aktorów i wątków oraz angielski touch of class to już zasługa Frearsa i trwała cecha jego kina. Po okropnej wpadce, jaką były "Żądze i ...
Filmweb sp. z o.o.
Rok 2002, czas rządów Tony'ego Blaira w Wielkiej Brytanii. Philomena Lee (Judi Dench) jest religijną Irlandką, która w latach 50. jako młoda niezamężna dziewczyna zaszła w ciążę. Rodzina oddała ją – jako zhańbioną – do zakonu, gdzie urodziła dziecko, które zakonnice oddały do adopcji "godniejszym ludziom". W 50. urodziny syna, będąc już w wieku emerytalnym, postanawia go odnaleźć. W pojedynkę jest bezsilna, postanawia więc przerwać milczenie. W śledztwie pomóc ma jej Martin Sixsmith (Steve Coogan) – dziennikarz polityczny, który właśnie stracił pracę w rządzie Blaira i próbuje uciec czyhającej na niego depresji. Razem ruszają w podróż, by odszukać syna Philomeny. A także, jak to zazwyczaj w kinie drogi bywa, w poszukiwaniu samych siebie.

Zabawna z nich para. Ona jest skromną staruszką, oddaną Bogu, rodzinie i złej literaturze; on ironicznym, otrzaskanym w świecie absolwentem Oxfordu, który "zamiast wierzyć, pyta". Energia filmu opiera się na zderzeniu ze sobą klas społecznych (w tym Wyspiarze są świetni) oraz wyjątkowym połączeniu talentów głównych aktorów. Jeżeli swój wcześniejszy film, "Pani Henderson", Stephen Frears oparł w całości na wdzięku Judi Dench, to tu dostaje ona godnego partnera. Steve Coogan, wybitny brytyjski aktor komediowy, który dał się zapamiętać jako Alan Partridge, Phileas Fogg czy Thristram Shandy, z wdziękiem potrafi  przepleść angielską rezerwę i dziennikarski cynizm zwyczajnym ludzkim ciepłem.

Coogan jest autorem sukcesu filmu z jeszcze jednego powodu. To on, wraz z Jeffem Popem, pisał scenariusz "Philomeny". Oparli go na reportażu "The Lost Child of Philomena Lee" autorstwa autentycznego Martina Sixsmitha. Nic dziwnego, że postanowili go zekranizować, jest tu bowiem to, czego potrzeba dobrej historii – seks i religia, miłość i tęsknota, przyjaźń i polityka. Wszystko w idealnych proporcjach. Choć "Philomena" jest krytyczna wobec dawnych praktyk Kościoła katolickiego i jego pogardy dla ciała, nie popada w ponury ton "Sióstr Magdalenek". Każdy z bohaterów czegoś o sobie i świecie musi się nauczyć, pokazane jest to jednak bez mentorskiego tonu. Z uśmiechem, ale na serio.

Idealne proporcje komizmu i powagi, doskonałe prowadzenie aktorów i wątków oraz angielski touch of class to już zasługa Frearsa i trwała cecha jego kina. Po okropnej wpadce, jaką były "Żądze i pieniądze", mistrz wraca do wysokiej formy. "Philomena" nie osiąga wprawdzie poziomu "Niebezpiecznych związków" czy "Nadstaw uszu", ale zbliża się do kunsztu "Królowej" – najbardziej dochodowego filmu w jego karierze. Produkował ją zresztą Harvey Weinstein, który doskonale wie, jak zbierać nagrody i zarabiać na dobrym kinie. Bez wątpienia więc nowy film Frearsa, prócz artystycznego, skazany jest także na sukces komercyjny.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (116 głosów).
Adam Kruk
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie